10 Feb 2009

Kartka z meczownika: Hull i koniec ze Scolarim

Omawianie moich spostrzeżeń z sobotniego meczu jest już kwestią drugorzędną. O czym mógłbym napisać? Że menadżer podjął kolejne tragiczne decyzje personalne? Że obrona the Blues jest jak szwajcarski ser? O ile w meczach przeciwko Spurs i Arsenalowi podopieczni Phila Browna uderzali głównie z dystansu, w pole karne Chelsea wchodzili jak nóż w masło. Mogę też narzekać, że w drugiej połowie spędziłem jakieś 20 minut gadając z siedzącym obok gościem. Na boisku nie działo się absolutnie nic, a my wytykaliśmy kolejne błędy w minionych meczach. Lista była długa, raz po raz ktoś obok coś dorzucał.

A jednak, Ricardo Quaresma zaliczył bardzo udany debiut w barwach Chelsea. Przez godzinę gry stworzył więcej okazji bramkowych, aniżeli Florent Malouda przez cały sezon. Serio. Jeżeli to jest najsłabszy zawodnik Interu Mediolan, to piłkarze Manchesteru United powinni bać się najbliższego meczu w Lidze Mistrzów. Z drugiej strony, jak to możliwe, że beznadziejny w Serie A Portugalczyk z miejsca jest liderującym na boisku piłkarzem Chelsea? Dzięki za komentarze pod ostatnim wpisem o nim, chyba faktycznie razem z Cristiano Ronaldo powinien był trafić do Premier League wcześniej, zamiast się szwendać po półwyspach Morza Śródziemnego.

Ale to już koniec. Wierzę, że na długo. Siedziałem dzisiaj na zebraniu rady unii studenckiej (dwie godziny aksamitnej nudy), kiedy o 4.20pm dostałem smsa "bye, bye Scolari". Minęło kilka godzin podczas których wszystko mogłem jeszcze raz przemyśleć. A że na południu Anglii cały czas pada, pogoda iście refleksyjna. Siedzę teraz wygodnie w domu, oddycham jakby spokojniej, głębiej i pewniej. Coś się uwolniło, coś nadało mi spokoju ducha.

Nick Hornby metaforycznie pisał kiedyś o osobie menadżera w ukochanym klubie. Książkę pożyczyłem, więc dokładnego cytatu nie podam, ale porównano tę rolę z kimś bliskim w rodzinie. Za Scolarim tęsknić nigdy nie będę i jestem wdzięczny, że nie będzie już prowadzić Chelsea. Poza tym, zwolniony nie został typowy gaffer, ale gość, który o sobie samym mówił per "coach". Poważnie - żadna strata.
Uwielbiam Anglików: ich kulturę, kraj oraz zwyczaje, ale z mojego prawie trzyletniego doświadczenia widzę, że ten flegmatyzm oraz niechęć do zmian jest ich cechą narodową. Dopiero wczoraj rano, w linku który zamieściłem pod notką, można było usłyszeć otwarte zarzuty dziennikarzy nt. efektów pracy Brazylijczyka przy Fulham Road. Ciekawe, że na polskich blogach Chelsea trafnie argumentowane głosu pojawiały się już od porażki w Rzymie, a przed meczem z United na Old Trafford niemalże błagałem o zwolnienie menadżera, aby tylko uniknąć kompromitacji. Ani pierwszego, ani drugiego się nie udało uniknąć.

Wybitne angielskie media nie kryły zaskoczenia zwolnieniem menadżera Chelsea, BBC pisze nawet o sensacyjności tego newsa. Co więcej, w ankiecie przy tej wiadomości 69 procent respondentów uznało decyzję o zwolnieniu za złą, a wtórował im sam sir Alex Ferguson mówiąc:
"To znak czasów. W obecnym świecie nie ma absolutnie czasu na cierpliwość.
Jeżeli menadżer Czerwonych Diabłów, podobnie jak uczestnicy tej feralnej sondy, kibicują każdemu, ale nie Chelsea - to się im nie dziwię. Obecność Scolariego na Stamford Bridge gwarantowała nieobecność Chelsea w następnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. Pozwolę sobie powtórzyć to, co napisałem na blogach Michałów Zachodniego i Okońskiego: Scolari nie dawał żadnej nadziei ani na ten, ani na jakikolwiek następny sezon. Mecz w mecz męczył tych samych piłkarzy w bezproduktywnej taktyce. Czy szansę występu dostał np. chwalony przez autokratycznego Fabio Capello Michael Mancienne? Ile razy widzieliście na boisku graczy poniżej 21. roku życia? Któryś z nich trafił do siatki?

Ale Brazylijczykowi nie brakuje tupetu. Zgodnie z tym, co podaje ESPN, za przyczynę swojej porażki na Stamford Bridge uznaje... nieudaną próbę sprowadzenia Robinho. Lmfao czy płakać? Rozumiem, że brakowało mu piłkarza, który w pojedynkę będzie wygrywał mecze, kiedy żadna taktyka nie będzie działać... No to faktycznie taki piłkarz by się przydał, bowiem rozgryzienie założeń Chelsea było prostsze niż instrukcja budowy cepa. Co więcej (co gorsza), Scolari miał dostrzec, że (teraz fanfary, ja osobiście wymiękłem) skład Chelsea jest za stary i wymaga odmłodzenia. Dlatego, jak czytamy dalej, poprosił także o transfer Deco (ur. 1977 - przyp. RB). Dlatego, to już moja adnotacja, w końcówkach wygranych meczów 4:0 na boisko wpuszczał Juliano Bellettiego (ur. 1976) czy Paolo Ferreirę (ur. 1979) zamiast Miroslava Stocha czy Franco di Santo. Dlatego sprowadził za free Mineiro (ur. 1975), zamiast dać szansę gry juniorom. To jest hipokryzja czy już głupota?

Nie, panie Michale Okoński, w tym przypadku futbol nie jest okrutny - po prostu oczyszcza się ze zbędnych substancji niczym organizm człowieka. Roman Abramowicz, które ma moje całkowite zaufanie i lojalność, podjął dobrą decyzję. Scolari do końca się bronił, że ma poparcie i Petera Kenyona (ten fan United, co pracuje na lepszą przyszłość CFC) i szatni. Jeżeli to prawda, decyzja o zwolnieniu musiała zapaść na samym szczycie. Idąc dalej tropem myślenia Michała Zachodniego:
"[...] głosy kibiców zostały wysłuchane. Dzisiejsze trzęsienie ziemii na Stamford Bridge to kolejna deklaracja Romana Abramowicza, że nie ma zamiaru sprzedawać komukolwiek Chelsea. Jeśli tak by było, to pewnie Scolariego zostawiłby ewentualnym następcom i nie wypłacał z własnego portfela, który odczuł finansowy kryzys, prawie 10 milionów funtów odszkodowania dla Brazylijczyka. [...] A skoro pod wpływem słabych wyników i zdania fanów Abramowicz zwolnił Scolariego, to znaczy, że z naszym zdaniem się liczy.
Chelsea jest bez menadżera, a ja w ciągu dnia dostałem ponad tuzin smsów od fanów United, Liverpoolu, Arsenalu, Spurs oraz Aston Villi ("You r not having Martin ONeill. Lol."). Wszyscy szydzili, że the Blues dla sezon już jest przegrany. A ja na nowo zacząłem wierzyć, jak nie w jutro, to w niebieskie pojutrze. Ciekawe, kogo przyniesie na SW6 nowy dzień? Czy rehabilitacji doczeka się ten, kto faktycznie ciągnął ten wózek od 20 września 2007?P.S. Jeden gość gada z sensem. Wychowanek Chelsea z 200 meczami na koncie.

8 Feb 2009

Zbrodnia i kara match-winnera

Sobotni mecz przeciwko Hull był dla Michaela Ballack setnym w barwach Chelsea. Mam prawo pobieżnie to podsumować, bowiem razem zaczęliśmy naszą przygodę w Anglii. Wyprawa do stolicy Walii w sierpniu 2006 roku była pierwszym meczem Chelsea dla obu z nas. Miesiąc później, już na Stamford Bridge, kiedy ja debiutowałem w potyczce u siebie, Ballack wyleciał z boiska już w pierwszej połowie. Ciężko obiektywnie ocenić, jaką opinią cieszył się wówczas wśród kibiców Chelsea. Sam miałem mieszane uczucia, czy to dobry zawodnik dla the Blues.

Nie miał łatwo, bowiem fani wyraźnie faworyzowali Andrija Szewczenkę, który w walijskim debiucie strzelił gola. Ukrainiec przybył do Londynu w podobnym okresie, ale ze znacznie większą pompą. Nawet po złym zagraniu lub podaniu kibice głośno wyrażali swoje wsparcie dla niego. I choć kariera snajpera na the Bridge szybko chyliła się ku upadkowi, nigdy nikt o nim złego słowa nie powiedział. W międzyczasie Ballack ciężko harował o uznanie wśród kibiców the Blues. Pierwszy raz jakąkolwiek piosenkę pod jego adresem usłyszałem dopiero w półfinale Pucharu Anglii na Old Trafford, kiedy Niemiec strzelił gola w dogrywce meczu z Blackburn Rovers. Zdjęcia z tamtego wydarzenia nadal są popularne w Sieci i od czasu do czasu widzę w jakiś newsach czy artykułach.De facto, ówczesna kampania o Puchar Anglii była ostatnią zwycięską Chelsea w jakichkolwiek rozgrywkach. Ballack systematycznie notował coraz lepsze i pewniejsze występy, co więcej, cały czas prezentując równie wysoki poziom. Nie świecił tak jasno jak w meczach Bayer, Bayernu czy reprezentacji, ale budował zaufanie wobec kibiców.

Bez kozery mogę napisać, że momentem przełomowym był... przełom roku - 2007 i 2008. Najpierw Ballack uratował mecz u siebie z Aston Villą (4:4) w Boxing Day, a pierwszego stycznia dał zwycięstwo na Craven Cottage. Bez Szewczenki, Didiera Drogby, Franka Lamparda, Claude'a Makélélé, Johna Terry'ego i Petra Čecha, Chelsea potrzebowała lidera, który udźwignie ciężar prowadzenia zespołu na boisku i Niemiec wywiązał się z tego znakomicie. O piłkarzach jak on angielskie gazety piszą, że są "match-winnerami". Choć często dotyczy to po prostu zwycięskich goli, do mentalności Ballacka taki epitet pasuje jak ulał.

Ten sezon ma jednak mniej udany. Pierwszą bramkę strzelił dopiero w roku kalendarzowym 2009 i to przeciwko arcymocnemu Southend. Ale już zdjęcie z boiska Niemca, a nie Portugalczyka Deco, w grudniowym meczu przeciwko West Hamowi wywołało wyraźnie niezadowolenie na trybunach the Bridge. Kibice mu ufają i wierzą, że niemiecki pomocnik jest jednym z niewielu najemników Chelsea, którym do końca zależy na zwycięstwie i gotów jest wypluć płuca lub grać z sercem na rękawku, aby to osiągnąć.

Po tym przydługim wprowadzeniu...

Ballack był bohaterem meczu przeciwko Ipswich, strzelając dwie bramki. Oto, co zdążył jednak ustrzelić jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Idąc śladami Rodiona Romanowicza Raskolnikowa (a może po prostu Fiodora Dostojewskiego?), po tej zbrodni nadeszła pora na karę. Jako że Niemiec nie wyrażał skruchy i nie spacerował samotnie ulicami Sankt Petersburga, kto nie wymierzyłby jej lepiej, aniżeli ludzie młodzi, pełni nadziei i ambicji, przeciwni wszelkim negatywnym zjawiskom? Na przykład, juniorzy Chelsea FC?

PS. Jako entrée do kolejnej kartki z meczownika, angielscy dziennikarze wreszcie poznali się na rzeczy, choć jak sami przyznają kryzys Chelsea zaczął się już w listopadzie. Brawa za refleks!

Bo lepiej znosili upał

Bardzo ciekawie w piłkarskim kontekście rocznicę obrad Okrągłego Stołu przedstawił Michał Okoński. Punkt widzenia dobrze argumentowany i jednoznaczny. U mnie jest podobnie, ale z korupcją w sporcie.

Współczesne dziennikarstwo, podobnie jak polityka, kuleje z powodu niesamowitego tempa wydarzeń, które im zadano. O wszystkim trzeba napisać/powiedzieć w ciągu dziesięciu minut od danego wydarzenia, bowiem już następnego dnia nikt o tym nie pamięta, ani się interesuje. Wydarzyło się coś nowego i pracujące 24/7 media już tam są goniąc za matrixowym białym królikiem. Taka filozofia (moda?) wymusza na potencjalnych odbiorcach niesamowity wysiłek, aby za wszystkim co się dzieje nadążyć. Czasami się zastanawiam, czy faktycznie warto wiedzieć wszystko i nic.

Może i Piotr Reiss strzelił ponad sto bramek w polskiej lidze, ale szczerze żadna z nich mnie już nie interesuje. Nawet te niekupione będą dla mnie golami kryminalisty, który sprzedał najważniejsze dla kibiców wartości - walkę, poświęcenie, serce do gry. Tego, nawet z perspektywy regularnego widza na Stamford Bridge, nie da się kupić. A Reiss potrafił to wycenić.

Litość budzą we mnie makiawelistyczne komentarze kibiców Lecha Poznań, żeby nie wieszać na piłkarzu psów. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Korupcja, tak jak wszystkie negatywne zjawiska, powinny być wyraźnie wykluczone z życia społecznego, gdzie sport odgrywa istotną rolę. I co z tego, że brzmi to niczym kilka akapitów z "Utopii" Thomasa More'a? Mamy prawo marzyć o lepszym świecie i do niego dążyć. Możemy żądać od naszych idoli bycia perfekcyjnymi przykładami ludzkich zachowań. Za pozycję społeczną i wszelkie przywileje, które dostali, oczekujemy coś w zamian. Nie tylko tępe uśmiechy.

Nawet jeżeli pojawią się jakiekolwiek okoliczności łagodzące - nie interesują mnie. W piłce nożnej zwycięzców od przegranych oddzielają bramki, a nie posiadanie piłki czy ilość rzutów rożnych. Brałeś/płaciłeś - przegrywasz. Mam nadzieję, że już Reissa w polskim sporcie, jak i życiu publicznym, już nigdy nie zobaczymy. To będzie sugestywna nauka na przyszłość dla innych.

Dlaczego kibic Legii będzie się cieszył, jeżeli zatrzymają kogoś z Legii? Polecam tak notkę, jak i dyskusję w komentarzach pod nią.

I jeszcze skrót klasyku polskich boisk: Lech - Legia (1997/98)
"Po przerwie na boisku był już tylko jeden zespół, który wierzył w zwycięstwo, bowiem poznaniacy lepiej znosili upał.

4 Feb 2009

Pick me

Może i wszyscy już to widzieli. Choć sezon NFL właśnie się skończył, a mecz o Super Bowl był arcyciekawym widowiskiem - poniższy filmik zobaczyłem dopiero dziś. I dzielę się nim z tymi, którzy także go przeoczyli. Oj warto.

Mesjasz czy kolejna pomyłka?

Chelsea trochę z przypadku wypożyczyła na pół roku Ricardo Quaresmę. W czasie gorączki ostatniego dnia zimowego okienka, BBC około południa ogłosiło, że Portugalczyk nie znalazł się w kadrze Interu Mediolan na fazę pucharową Ligi Mistrzów. Natychmiast rozgorzała dyskusja, że lada moment ktoś go pozyska. Bądź to wypożyczając (Tottenham), bądź kupując (bez niespodzianki, sugerowano Manchester City). We Włoszech się nie sprawdził, w Hiszpanii też nie - chyba tylko masochiści próbują pamiętać grę Quaresmy w barwach Dumy Katalonii. Choć jeszcze o 4.30pm na internetowych stronach the Sun Chelsea zdementowała zainteresowanie piłkarzem (dowcipnisie, no!), półtorej godziny później pojawił się oficjalny komunikat potwierdzający wypożyczenie.

Gdzieś przeczytałem, że ani Michel Platini ani Zinedine Zidane nie zaaklimatyzowali się w Serie A w ciągu pół roku, a tego od Portugalczyka oczekiwano. W Barcelonie walczył nie tyle o miejsce z rywalami czy o miejsce w składzie, ale z kontuzjami. Tym niemniej, kiedy 101goals zachęciło do obejrzenia pewnego filmiku na youTubie i ja trochę zwątpiłem czy Quaresma może uratować sezon na Stamford Bridge.

Straszne, prawda?

Dużo o transferze napisał już Konrad Ferszter oraz Michał Zachodny, dlatego nie chciałbym powtarzać ich słów, a jedynie dodać kilka moich przemyśleń, aby cała sytuacja nabrała pełnych kolorów.

Quaresma, w jakiejkolwiek formie by nie był, jest alternatywą dla Robinho, którego nie udało się pozyskać ani w lecie, ani teraz. Bolesna sprawa. Scolari potrzebował zawodnika, który w pojedynkę będzie potrafił wygrywać mecze, czy to rzutami wolnymi, niesamowitymi dryblingami czy sprintem po skrzydle. Taki piłkarz powstawał po skrzyżowaniu Franka Lamparda i Joe Cole'a, ale ten drugi w tym sezonie już nie wystąpi. Teoretycznie, i Florent "the Joke" Malouda i Salomon "I play well only against Boro" Kalou mają podobne predyspozycje, ale w praktyce wychodzi im to żałośnie. Porażką Chelsea w zimowym okienku transferowym było pozostawienie tych gości w Klubie.

Coś musi być mimo wszystko nie tak z piłkarzem, skoro sam José Mourinho oddaje go po zaledwie pół roku wspólnej pracy. Portugalczyk trenerem jest wybitnym, ale z transferami zaprawdę mu nie idzie i to był tylko kolejny tego dowód. Tak szczerze, ile udanych transferów dokonał bądź jako menadżer Chelsea czy Interu? Należy zauważyć, że jak do tej pory głównie bazował na HR pozostawionych przez Włochów Claudio Ranieriego i Roberto Manciniego.

Jeżeli nie mylę się w moich wyliczeniach, Quaresma jest siódmym piłkarzem FC Porto, który będzie reprezentował barwy the Blues w ostatnich dwóch latach. Hilário w bramce, Paulo Ferreira i José "the Bootswinger" Bosingwa po bokach obrony, na środku Ricardo Carvalho, w pomocy Deco, Maniche i Quaresma. Ósmym byłby Benni McCarthy, którego usilnie próbował sprowadzić Mourinho, a dodając Brazylijczyków Mineiro, Alexa i Juliano Bellettiego wszyscy dogadywaliby się w jednym języku. Choć do największych kolonii nadal daleko, to już z pewnością robi to wrażenie.

Nie należy także zapominać o Cristiano Ronaldo w całej tej bajce. Wierzę, bo wierzyć chcę, że Quaresma pójdzie w ślady swojego byłego kolegi ze Sportingu Lizbona i na Wyspach się zaaklimatyzuje. Inna sprawa, że choć piłkarz Manchesteru United trafił do Anglii na innym etapie swojej kariery, na wprowadzenie się miał dwa sezony, podczas gry Quaresma ma najwyżej pięć miesięcy. Jego kariera wisi na włosku. Jeżeli mu się nie uda, zapewne na dobre wróci do Portugalii z etykietką za dobrego na krajowe rozgrywki, ale za słabego na grę zagranicą. Chelsea potrzebuje Quaresmy, ale i Quaresma potrzebuje Chelsea. Oby ta współpraca (eksperyment) wyszła na dobre dla obu stron!

I taka ciekawostka na koniec: Portugalczyk zapewne dostanie koszulkę z numerem siedem na plecach. Taką samą, w jakiej kompromitował się Maniche, a rady nie dawał Andrij Szewczenko. W United natomiast, świetnie jej ciężar utrzymuje wspomniany już Ronaldo. Co by się stało, gdyby w 2003 roku sir Alex Ferguson podjął inną decyzję - pozostaje nam tylko gdybać.

Update: A jednak będzie grał z 18, którą w Klubie pozostawił Wayne Bridge. Czyżby nie chciał kusić losu?

3 Feb 2009

Fabiański w Arsenal TV

Nie trzeba być kibicem Arsenalu, aby być pod wrażeniem systemu, na jakim oparty jest ten klub. Choć nie napisałem jeszcze obiecanego felietonu, jak widzę to od środka i czego bym się obawiał, dzisiaj zachęcam do obejrzenia krótkiego wywiadu z Łukaszem Fabiańskim.

Fanem talentu tego bramkarza byłem już na długo przed moją rozmową z nim, dlatego cały czas mocno trzymam kciuki za jego karierę. W tym tygodniu, Polak był gościem programu "Spotlight" w Arsenal TV. Naturalnie, było kilka banalnych pytań, ale prowadzącego rozmowę zaskoczyła odpowiedź na pytanie, jak Fabiański spędza wolny czas.

Spotlight interview with Lukasz Fabianski

Kolejny nowy dziennikarz

Nie tak dawno pisałem, że do stopki redakcyjnej Daily Telegraph dołączył José Mourinho. Zaledwie kilka akapitów subiektywnych przemyśleń Portugalczyka, ale szumu w tym światku i tak to narobiło. Gazety zaczynają się więc prześcigać nie w jakości tekstów, ale popularności nazwisk dziennikarzy. W ramach klasycznej już teorii, że pisać każdy może.

Nie minęło kilka dni od felietoniku Mourinho, a w redakcji kiedyś-lewicowego the Guardian na gościnnych występach pojawił się Rio Ferdinand. Co ciekawe, od razu rzucono go na głęboką wodę - 10 Downing Street i wywiad z premierem Wielkiej Brytanii, Gordonem Brownem. Zaprawdę ciekawy zapis tej rozmowy (do wywiadu trochę brakuje), w którym szkocki polityk sam zaczął wypytywać piłkarza Manchesteru United. Czy z ciekawości, czy z dziennikarskiej nieporadności - nie wiem. O ile o palącym trawkę Ferdinandzie nic nowego się nie dowiedziałem ("yeah, bruv!"), o tyle do premiera nabrałem trochę sympatii. Szkoda, że za te setki miliardów funtów, które wydał na banki, można by było za darmo wysłać na uniwersytety dwadzieścia roczników obywateli brytyjskich zamiast kazać im płacić rok w rok po kilka tysięcy...

I jeszcze krótki wycinek rozmowy:
GB: Yes, and I think it will take a bit of time but I hope we will be able to persuade them. The Olympics is such a big event and you guys should have the chance to win Olympic gold. You will still be young by then [laughs].

RF: I will be one of the two players over 30.

GB:
It's two over 23 I think.

RF:
Surely I've got to be one of them! I'll be campaigning for that.

GB: Well, one of them will probably be a goalkeeper, and one of them will be you.

RF: Me and David Seaman then.

1 Feb 2009

Premiership nie dla angielskich sędziów

Zacznę od ciekawostki.

Q: Kiedy Liverpool po raz ostatni dwukrotnie pokonał Chelsea w lidze?
A: Podczas rozgrywek 1989/1990, po raz ostatni wygrywając ligę.

---------------

Liga angielska jest ligą wspaniałą. Piękne mecze, pełne trybuny, wielkie futbolowe spektakle w wykonaniu najlepszych artystów globu. Ale to nie bierze się z przypadku, bowiem całe to przedsięwzięcie zatrudnia najlepszych z najlepszych specjalistów w swoich dziedzinach z całego świata. Zachęceni sławą oraz wielkimi gażami, na granie w Premiership decydują się reprezentacji wszystkich krajów świata. W ich ślady idą dyrektorzy sportowi i menadżerowie. W wielu klubach pensje wypłacają im zagraniczni milionerzy. Cokolwiek by nie mówili przedstawiciele BNP (British National Party) i ich slogany o "British job for British workers", potęga angielskiego futbolu opiera się na nie-Anglikach. (Wyjątki potwierdzają regułę.) Co za tym idzie, mówimy o wielkich pieniądzach, prestiżu, sukcesie za granicą, pasji dla mas.

Dlaczego więc w tym kosmopolitycznym futbolu ktoś jeszcze nie poszedł po rozum do głowy i nie zmienił systemu sędziowskiego. Czy można by było, proszę, rozbić już ten beton? Tylko jedna grupa zawodowa obniża poziom Premier League - panowie z gwizdkami. Kampanie "Respect" wsadźcie sobie między wiersze. Lub gdzieś indziej.

Oczywiście, że chodzi mi głównie o czerwoną kartkę dla Franka Lamparda. Ale czy tylko o to? Ile widzieliście dzisiaj nieodgwizdanych zagrań ręką, ile nieogwizdanych fauli czy innych drobnych pomyłek? Z boiska wylecieć powinien Jose Bosignwa, ba! zasłużył na kilkumeczowe zawieszenie. Wszystko działo się pół metra od asystenta sędziego, który nic nie zasygnalizował. Portugalczyk prawdopodobnie zostanie ukarany post factum, a co z ekipą sędziowską? Będziemy musieli oglądać ich w następnej kolejce? Prawdopodobnie tak.

To nie pierwszy taki przypadek w tym sezonie. Ilu już menadżerów zostało ukaranych za krytykowanie decyzji? Ilu piłkarzom trzeba było dawać kary na podstawie materiałów wideo bowiem dane incydenty nie zostały dostrzeżone podczas meczu? Oni się ciągle mylą, mylą i mylą. Tracą na tym wszyscy. Piłkarze, menadżerowi, kluby, a zwłaszcza - my, kibice. Bezsilni, bez możliwości zaprotestowania czy wyrażenia jakiejkolwiek opinii. To wszystko wygląda jak walka z mafią lub jakiś bardzo zły sen.

Pozostaje mi tylko apelować, aby liga angielską w pełni otworzyła się na sędziów z zagranicy. W przeciwnym wypadku, do perfekcyjności nadal będzie jeden krok dalej, aniżeli bliżej.

Inna sprawa, że...
a) może Riley'em kierowała wola zemsty?
b) może Riley przyzwyczaił się wyrzucać piłkarzy Chelsea w meczach z Liverpoolem? Ot, hobby.

Chelsea i z Lampardem na boisku nie wygrała by dzisiaj meczu, ale przynajmniej nie czułbym takiej goryczy po końcowym gwizdku. Mógłbym w pełni wypunktować kolejne błędy Luiza Felipe Scolariego, a tak znowu, jak mawiają na Wyspach, przedstawienie ukradł gość z gwizdkiem. I faktycznie, trochę ze złodzieja w tym było.

Liverpool - Chelsea 2:0 (0:0)
Gracz meczu: Mike Riley (Liverpool FC)

PS. Czytając notkę o Florent Maloudzie i dyskutując z Michałem doszliśmy do wniosku, że Chelsea tego wygrać nie miała prawa. Od początku graliśmy w 10., bo Francuza na boisku jakby nie było. Potem wyleciał Lampard i było nas "9". Przyszła pora na zmianę, kiedy Florent (z szacunku dla Tore Andre Flo, nie nazywajcie go Flo) zszedł, ale w jego miejsce pojawiły się kolejne dwa duchy - Didier Drogba i Deco. Na Anfield Road grało ośmiu pozbawionych menadżera piłkarzy przeciwko 11 piłkarzom "the Reds", sędziemu i kibicom. Dwie bramki różnicy to i tak dobry wynik. Nic, tylko zagwizdać i zaśpiewać "Always look on the bright side of life"...