24 May 2012

PL / Rozmowy w Monachium


Pasja jest najważniejsza. Są miejsca, sprawy, ludzie, rzeczy, które powodują, że uśmiech natychmiast gości na naszych twarzach i natychmiast inaczej patrzymy na codzienne bolączki. Czasami ma to charakter niesamowicie wysublimowany, choć wyrażony w trywialnych formach. 

Kluczem w posiadaniu pasji jest czas. Nawet nie w kontekście posiadania go bądź nie na spełnianie marzeń, ale na stopniowym dojrzewaniu do pełnego rozumienia pasji wraz z biegiem miesięcy i lat. Ta wytrwałość i determinacja odróżniają prawdziwą pasję od chwilowego "zachłyśnięcia" się czymś - różnica niczym pomiędzy miłością a zauroczeniem. 

Finał Ligi Mistrzów, z założenia i tak wyjątkowy, miał dla mnie dodatkowe znaczenie. To był mecz numer 100 seniorskiej drużyny Chelsea, na którym miałem szczęście być. Nawet jakbym chciał, nie potrafiłbym tego tak wyliczyć i ułożyć. Młody chłopak z Łodzi, który w wieku 10 lat zachłysnął się niebieskim kolorem trykotów, piłkarską "międzynarodówką" i polotem gry zespołu ze Stamford Bridge, w najdzikszych snach nie marzył, że szesnaście lat później będzie świętował okrągły jubileusz na Allianz Arenie, gdzie John Terry wraz z Frankiem Lampardem wzniosą Chelsea'owskiego świętego Graala -  pierwszy, upragniony Puchar Ligi Mistrzów. Kate Middleton przyszło wyjść za księcia, ale moja wymarzona bajka zawsze była królewsko-niebieskiego koloru Chelsea. 

Życie płata figle. Zwycięstwo w Monachium, jak i wygrana w finale prestiżowego Pucharu Anglii (notabene, tam też byłem i w to też nie mogłem uwierzyć), przyszły jako osłoda i szczypta pocieszenia w jednym z najtrudniejszych okresów mojego życia, kiedy wszystko inne zdawało się obracać przeciwko mnie. A miałem nawet nie być, na żadnym z tych finałów. Na mecz na Wembley bilety udało mi się kupić dopiero rzutem na taśmę na cztery dni przed finałem, kiedy Chelsea dostała z the FA dodatkową pulę 1000 wejściówek. Na mecz na Allianz Arenie nie udało mi się kupić biletów wcale, ale na sześć dni przed Wielkim Finałem dostałem potwierdzenie mojej akredytacji prasowej. Wysłałem ją do UEFA z miesiąc wcześniej i całkowicie o tym zapomniałem. 

Ale inspiracja nadeszła też z przebiegów meczów "the Blues". Chelsea po wymarzone trofeum wreszcie sięgnęła nie pełna kunsztu i polotu, a mozolnie, momentami niezgrabnie. Po latach prób, wychodząc obronną ręką z beznadziejnych sytuacji, zawsze była pełna determinacji. Sezon się już skończył, ale dzięki mojej pasji wiem, żeby nigdy się nie poddawać i uparcie dążyć bo trud, poświęcenie i łzy będą wynagrodzone. Będzie/jest mi to potrzebne. Pasja to życiowa podróż, nie tylko okazyjne ataki szaleństwa, kiedy komuś uda się (bądź nie) przepchnąć piłkę przez linię bramkową. 

To był monolog. Jeżeli kliknęliście dla rozmów, oto one: 


No comments: