Pasja jest najważniejsza. Są miejsca, sprawy, ludzie, rzeczy, które powodują, że uśmiech natychmiast gości na naszych twarzach i natychmiast inaczej patrzymy na codzienne bolączki. Czasami ma to charakter niesamowicie wysublimowany, choć wyrażony w trywialnych formach.
Blogging about my interests when the time allows. Copy+pasting my writing from elsewhere when copyrights allow.
Showing posts with label Bluetiful moments. Show all posts
Showing posts with label Bluetiful moments. Show all posts
24 May 2012
19 Apr 2012
EN / Will this Barça leave a legacy?
With 28% of possession and only 194 passes completed to Barcelona's 782, Chelsea have reached for their tactics at Camp Nou in 2009 and Inter's in 2010 to once again prove that the "best football team ever" can actually be halted.
As argued by an ancient strategist Ibn Khaldūn in his theory of the cycle of civilisations, the sophisticated culture is always inevitably defeated and replaced by the barbarians.
Categories
Bluetiful moments,
el Fútbol
30 Sept 2010
Orkiestra Ancelottiego znowu gra?
Już na wstępie pozwolę sobie zaznaczyć, że po raz pierwszy miałem przyjemność być akredytowany na domowy mecz Chelsea. Nutkę ekscytacji z tego powodu przysłonił jednak fakt, że do zachodniego Londynu jechałem prosto z lotniska i bardziej zależało mi, by być na czas, aniżeli dumać nad związanymi z meczem emocjami. Przestrzeń dla prasy na stadionie Chelsea wygląda de facto tak, jak sobie to wyobrażałem: ciasno, brak przestrzeni do pracy, mało ekranów z transmisją meczu oraz bardzo płaska perspektywa boiska. Pomimo przebudowy Stamford Bridge w latach 90., wschodnia trybuna, gdzie mieści się sektor prasowy, pozostała niemalże niezmieniona od lat 70.; kiedyś zapewne ekscytowała, dziś jej praktyczność jest znacznie bardziej wątpliwa.
Categories
Bluetiful moments,
Chelsea
9 May 2009
Żegnając Ligę Mistrzów
To nie przypadek, że dopiero dziś opisuję moje wrażenia ze środowego meczu. Po raz pierwszy obudziłem się rano nie widząc przed oczami dramatycznych wydarzeń z doliczonego czasu gry. Chciałbym powiedzieć, iż zostawiłem już niedawną traumę za sobą. Raczej bym skłamał, choć tego właśnie chcę. W jakiś sposób jestem jednak wdzięczny, ponieważ po raz pierwszy zaliczyłem wszystkie domowe mecze Chelsea w Lidze Mistrzów i zaprawdę była to przygoda warta wszystkich kosztów, jakie poniosłem. Od efektownego zwycięstwa nad Bordeaux, przez wyszarpane z Romą i Cluj, niepewne przeciwko Juventusowi, historyczne spotkanie z Liverpoolem, po pełne napięcia z Barceloną. Od otwierającej kampanię bramki głową Franka Lamparda, po zamykającą Andrésa Iniesty. Od szalonej radości na trybunach, przez wszystkie stadia ludzkiej psychiki, po gorzkie rozczarowanie. Sześć meczów, cztery zwycięstwa, dwa remisy. Jakiekolwiek najgorsze epitety można by teraz wygłaszać, Liga Mistrzów to miejsce, do którego każdy w piłkarskim chce przynależeć. Jako kibic Chelsea miałem przyjemność cieszyć się z pięciu półfinałów tych rozgrywek w ciągu sześciu ostatnich lat, ale to nie z powodu tych statystyk uważam, iż miejsce Klubu w tym sezonie było w finale.To miał być wieczór wieczorów. Nie oczekiwałem fajerwerków i bramek, ale emocji, które wciskają serca do gardeł zapierając dech tłumów. Liczyłem się z wielką niepewnością przez dwie godziny i po cichu zaciskałem kciuki za pozytywne rozstrzygnięcie. Z tego właśnie powodu na stadionie pojawiłem się wyjątkowo wcześnie (jak na moje standardy) z wydrukowanymi artykułami z angielskiej prasy i meczowym programem. Przed pierwszym gwizdkiem chciałem wiedzieć wszystko to, co i tak komentatorzy powtarzali telewidzom w trakcie spotkania. Chciałem wiedzieć, iż ewentualna porażka gości byłaby ich setną w europejskich pucharach, a potencjalna czerwona kartka byłaby pierwszą od czasów wyrzucenia z boiska Pep Guardioli przeciwko Brøndby Kopenhaga przed jedenastu laty. I nieskromnie powiem, wiedziałem to wszystko, z jednym wyjątkiem – całkowicie pominąłem sylwetkę sędziego. Nic by to nie zmieniło, ale jakaż to była moja naiwność oraz ironia losu. Kilka godzin po ostatnim gwizdku znałem go lepiej, aniżeli moich własnych znajomych. W Internecie opublikowano jego adres, e-mail, sylwetkę rodziny, a ja sam zamieściłem znaleziony gdzieś wiersz. Nie bez kozery mówią, że potrzeba jest matką wynalazku.
Dla wszystkich tych nie-facebookowych, wklejam go i tutaj:
On a night at the Bridge we were robbed of our dream
Of a visit to Rome with our proud football team.
We were robbed of a final for one certain reason -
UEFA said no to the same as last season.
A ‘blind’ man from Norway ignored every claim.
One penalty scored would have finished the game.
But he was an expert on stitching us up
To make sure we’d no chance of lifting that cup.
Our die-hard support is no stranger to loss,
We’ve lived through the bleak years when games were pure dross.
We’re no glory hunters who think we’ve a right
To land every trophy and win every fight.
We’re real fans, not plastic, who follow our club
And not from an armchair, and not from a pub.
We sing loud and proud and we sing in the stand
Whatever the fixture, all over the land.
We smile in our glory, we suffer the bad -
But this smells of corruption and that’s why we’re mad.
UEFA have got what they wanted (for now.)
We will be back one day and win it somehow.
Then Mr Plantini can kiss Drogba’s arse
But meantime, the Champion’s League is a FARCE.
Carol Ann Wood, May 6th 2008
W ostatnim czasie, moim ulubionym miejscem na Stamford Bridge jest wschodnia trybuna – ta, gdzie są ławki rezerwowych oraz tunel na boisko. Widok zazwyczaj jest świetny, lekko ukośna perspektywa daje świetny przegląd całego boiska, a i ewentualna bliskość fanów gości dodaje animuszu przy dopingu. Tym razem siedziałem dokładnie na linii końcowej, oddzielony od fanów z Katalonii jedynie rządem funkcjonariuszy policji. Naturalnie więc, kilka razy zdarzyło mi się poćwiczyć mój hiszpański. Nadal widzę, jaki linię bramkową przekracza odbita od poprzeczki piłka uderzona przez Michaela Essiena. Moja reakcja? Jeden z tych momentów, kiedy zapomina się, kim się jest, gdzie się jest, co się robi. Najczystsza forma dziecinnej ekscytacji, dla której nie ma jutra, ani wczoraj, jest tylko dziś i teraz. Na goal.com, oceniając zawodników, napisano, iż otwierająca spotkanie bramka była ładniejsza, niż ta Zinedine'a Zidane'a przeciwko Leverkusen w Glasgow. Obie uwielbiam, ale trudno mi się nie zgodzić.
Tom Henning Øvrebø sędziował ten mecz źle. To jest fakt. Tylko polityczna poprawność i osobista kultura nie pozwala mi przyznać, iż słowa Didiera Drogby o „f**king disgrace” są absolutnie prawdziwe, choć ubrałbym to w bardziej wysublimowane słowa. Faul na Florent Maloudzie doskonale widziałem w polu karnym, podobnie jak późniejsze zagrania ręką – choć siedziałem po przekątnej boiska. Nikt nie musi mi mówić, że ich nie było. Faulu na Nicolasie Anelce, po którym czerwoną kartkę dostał Éric Abidal nie widziałem – byłem perfekcyjnie zasłonięty. Tym niemniej, francuski napastnik Chelsea jest ostatnim zawodnikiem w Klubie, które posądzałbym o nurkowanie. Jak było dokładnie – nie wiem, bowiem od środy nie widziałem jeszcze meczu na wideo, choć też nie mam takiej potrzeby. Może kiedyś w przyszłości, opowiadając dzieciom/wnuczkom, dlaczego tata/dziadek jest tak zgryźliwy wspominając tamten mecz, wspólnie obejrzymy go na DVD (lub jakimkolwiek innych nieodkrytym jeszcze nośniku). Historia oceni błędy popełnione w tym meczu oraz ich rezultat.
Na długo w pamięci pozostanie mi widok siedzącego niedaleko mnie mężczyzny, który odwrócony tyłem do boiska, ze łzami w oczach, na kolanach bił pięścią w krzesełko. Iniesta właśnie wyrównał, fani Chelsea zamilkli, a sektor Barçy eksplodował. Cała drużyna gości świętowała ten moment o rzut telefonem komórkowym ode mnie. Przyznaję bez bicia, jestem strasznym gadułą i potrafię coś powiedzieć w każdym momencie i w każdej sytuacji, ale nic mi nigdy tak nie odjęło mowy, jak ta trzepocząca w siatce piłka. Nie mam żadnych animozji do katalońskiego klubu, jak bardzo bym chciał, nie znienawidzę ich. Inna sprawa, iż strasznie irytujący są „telewizyjni” fani Barcelony, których chyba nikt inny nie ma więcej. Mogę wytykać wszystkie błędy sędziego, ale i tak mięliśmy tyle okazji do strzelenia drugiej bramki i „zabicia” dwumeczu, że sami sobie możemy pluć w brodę. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że gramy z pupilkami świata i na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć. Wszystko leżało w naszej gestii. Nad Chelsea w Lidze Mistrzów ciąży jakieś fatum. Zawsze przegrywaliśmy w jakiś dziwnych okolicznościach. Bądź to kontrowersyjnie uznano bramki Hugo Ibarry czy Luisa Garcíi, z boiska wyrzucono Asiera del Horno, lub mecz rozstrzygano w karnych – tak na Anfield, jak i w Moskwie. Zaprawdę wolałbym przegrać u siebie 0:3 i wiedzieć, dlaczego „oni”, a nie „my” gramy dalej, aniżeli bić się z myślami, dlaczego nigdy nie sprzyja nam ten minimalny, ostateczny łut szczęścia.
Na długo w pamięci pozostanie mi widok siedzącego niedaleko mnie mężczyzny, który odwrócony tyłem do boiska, ze łzami w oczach, na kolanach bił pięścią w krzesełko. Iniesta właśnie wyrównał, fani Chelsea zamilkli, a sektor Barçy eksplodował. Cała drużyna gości świętowała ten moment o rzut telefonem komórkowym ode mnie. Przyznaję bez bicia, jestem strasznym gadułą i potrafię coś powiedzieć w każdym momencie i w każdej sytuacji, ale nic mi nigdy tak nie odjęło mowy, jak ta trzepocząca w siatce piłka. Nie mam żadnych animozji do katalońskiego klubu, jak bardzo bym chciał, nie znienawidzę ich. Inna sprawa, iż strasznie irytujący są „telewizyjni” fani Barcelony, których chyba nikt inny nie ma więcej. Mogę wytykać wszystkie błędy sędziego, ale i tak mięliśmy tyle okazji do strzelenia drugiej bramki i „zabicia” dwumeczu, że sami sobie możemy pluć w brodę. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że gramy z pupilkami świata i na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć. Wszystko leżało w naszej gestii. Nad Chelsea w Lidze Mistrzów ciąży jakieś fatum. Zawsze przegrywaliśmy w jakiś dziwnych okolicznościach. Bądź to kontrowersyjnie uznano bramki Hugo Ibarry czy Luisa Garcíi, z boiska wyrzucono Asiera del Horno, lub mecz rozstrzygano w karnych – tak na Anfield, jak i w Moskwie. Zaprawdę wolałbym przegrać u siebie 0:3 i wiedzieć, dlaczego „oni”, a nie „my” gramy dalej, aniżeli bić się z myślami, dlaczego nigdy nie sprzyja nam ten minimalny, ostateczny łut szczęścia.Właśnie z tego powodu trochę zazdroszczę kibicom Arsenalu, których jutro odwiedzę na Emiratach. Ich marzenia zostały zrównane z ziemią przez buldożery z Manchesteru, ale nikt nie pozostawił złudzeń, dlaczego tak się stało. Za dwie szybko stracone bramki w rewanżu „Kanonierzy” mogą obwiniać samych siebie. W defensywnie, przez cały dwumecz, Chelsea nie popełniła choćby jednego błędu. Żaden inny zespół w Europie nie potrafił tak skutecznie powstrzymać podobno najbardziej ofensywnej współcześnie drużyny. My nie przegraliśmy żadnego z tych meczów. Może i ucierpiało na tym widowisko, ale, psia mać, mięliśmy pięknie przegrać po otwartym meczu i zostać poklepanymi po plecach przez wszystkich, czy walczyć o finał? Inna sprawa, iż w „normalnym” meczu wszystkie te zmarnowane przez nas okazje spokojnie zamienilibyśmy na gole i wygralibyśmy różnicą dwóch-trzech goli. Jak fatum, to fatum.
Choć to wyjątkowo długi wpis, pozwolę sobie jeszcze na ciekawostki o legendach obu klubów. Choć współczesna Barcelona to zespół pełen niesamowitych gwiazd, wśród wszystkich fanów Blaugrany których widziałem na Stamford Bridge najpopularniejsza była koszulka z numerem ósmym i nazwiskiem pewnego Bułgara na plecach. Zaskakujące i nie, kiedy pomyślę o miłości kibiców Chelsea to pewnego filigranowego Włocha. Ależ go brakowało w tą środową noc w niebieskim trykocie! Od dawna marzy mi się za to o koszulce Eiðura Guðjohnsena. Kiedy Barcelona świętowała, Islandczyk zachował zimną krew pokazując, iż nie zapomniał, gdzie jest nadal uwielbiany. Kapitan John Terry (pokreślmy: Kapitan) także dał fanom Chelsea powód do dumy, a także wzór do naśladowania. Nie musicie go lubić, ale to zaszczyt, mieć takiego Kapitana. O postawie pewnego napastnika teraz celowo pomilczę i zostawię to na inną okazję. Skupmy się teraz na jutrzejszym meczu o trzecie miejsce w Lidze Mistrzów. A mówili, że z niej odpadliśmy! Znowu zagraliśmy na nosie UEFA – ha!
Zapraszam do galerii „Chelsea Poland” na facebooku, aby zobaczyć więcej zdjęć ze środy. Podziękowania za nie dla Herona.
Categories
Bluetiful moments
29 Apr 2009
Dwa zwycięstwa i zagadka
Między Wembley i Upton Park, choć myślami w Barcelonie
Minęło kolejne dziesięć dni walki na trzech frontach. Od czasu historycznego już remisu z Liverpoolem, sezon nabrał dodatkowych rumieńców. Na drugi plan zeszła walka o Puchar Anglii, a jeszcze dalszy, o ironio, kwestia mistrzostwa Premier League. Dla fanów Chelsea najważniejsze jest wygranie Champions' League – naszego Świętego Graala.
W swoim pierwszym sezonie na Stamford Bridge, José Mourinho opowiadał jak to pewnego dnia zapukał do drzwi jego mieszkania przy Belgrave Square sąsiad dziękujący Portugalczykowi za wygranie po 50 latach ligi. Krajowe rozgrywki porównał wówczas do ciasteczka, a rozgrywki w Europie jedynie do wisienki na tymże ciasteczku. Wiele wody upłynęło od tamtej pory w Tamizie, wiele się zmieniło tak w Klubie, jak i świadomości jego kibiców.
Doskonale przekonałem się o tym podczas wyprawy na Wembley. Spodziewałem się licznego śpiewania „Que será, será” oraz celebrowania ogólnego piękna najstarszych na świecie piłkarskich rozgrywek. W drodze na mecz nie obyło się bez przeszkód, choćby kiedy ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa w pociągu na West Brompton. Na półfinał FA Cup musiałem w pośpiechu przedzierać się metrem, by zdążyć dosłownie na pierwszy gwizdek sędziego. Co ciekawe, dosłownie na minuty przed meczem, kiedy okolice stadionu pustoszały, widziałem tłukące się grupki fanów – widok raczej rzadki, jak i powszechnie pogardzany.
To już była moja trzecia wizyta w nowoczesnej wersji angielskiej świątyni futbolu, ale dopiero pierwszy raz w pełni zaimponowała mi atmosfera stworzona przez fanów. Na dolnych trybunach fani przez cały mecz stali za bramkami, góra także nie pozostawała dłużna niemalże bez przerwy śpiewając. A priori zakładam, iż fani Arsenalu musieli zachowywać się podobnie, bowiem huk stworzony przez kibiców Chelsea zagłuszał odgłosy z drugiej strony boiska. Inna sprawa, iż kibice „Kanonierów” wydawali się być niewidzialni, wtapiając się czerwonymi koszulkami w równie czerwone krzesełka nowego Wembley. Co ciekawe, tak w trakcie, jak i po meczu, fani Chelsea nie śpiewali typowych przyśpiewek Pucharu Anglii, ale „F%$k your history, we are going to Rome” - utarte już rok temu po półfinale z Liverpoolem, choć z Moskwą.
Po Arsenalu miał być Everton na the Bridge oraz ewentualnie zlot Chelsea Poland w Poznaniu, ale wszystko spaliło na panewce. Trzy uczelniane deadline'y w jedynym dniu uderzyły na tyle mocno, iż nie pojechałem na mecz przeciwko niebieskiej odmianie scouse. Natomiast jeszcze w czwartek wieczorem polowałem na jakieś last minute połączenie z Poznaniem/Warszawą/Szczecinem, aby razem z polskimi fanami Chelsea spędzić wieczór. Nie jestem pewien czy o gorączkę przyprawiło mnie akademickie przepracowanie czy ceny lotów, ale ostatecznie zdecydowałem się zostać w Anglii i odwiedzić Upton Park. Kiedy tylko pojawi się relacje ze zlotu, nie omieszkam napisać o tym na łamach tego bloga - wierzę, iż wszyscy bawili się w stolicy Wielkopolski szampańsko!
Wyprawa do wschodniego Londynu upłynęła mi w podobnym tonie jak ta tydzień wcześniej do północnej części miasta. Derby z West Hamem to był typowy angielski day-out z futbolem. Stojąc w nasłonecznionym, jednym z pierwszym rzędów Centenary Stand najzwyczajniej się opaliłem. Sporo śpiewania, kilka znajomych twarzy i dużo dyskusji o... Barcelonie. Zazwyczaj nie piszę o przebiegach meczów, ale tym razem wieczorne skróty w „Match of the Day” mnie przeraziły. Chelsea zdecydowanie dominowała grę, zwłaszcza w pierwszej połowie. West Ham najdłużej potrafił przetrzymać piłkę przez góra minutę, stworzył jedną okazję, choć de facto najgroźniejszą. Obejrzawszy skróty BBC byłem zdumiony selekcją fragmentów, które przedstawiono widzom. Jeżeli ktoś nie widział pełnych 90 minut, wyobraźcie sobie skrót dzisiejszego meczu Barcelona-Chelsea, kiedy pokazano by jedynie akcję Didiera Drogby, jako ważną odnotowania oraz odzwierciedlającą przebieg gry. I wracamy do punktu wyjścia – najczęściej śpiewaną przez kibiców Chelsea piosenka na Upton Park było „We are going to Rome”... Inna kwestia, iż to piosenki fanów gospodarzy wywołały w mediach znacznie więcej komentarzy. Sprawa na tyle się rozwinęła, by Frank Lampard osobiście się pofatygował i zadzwonił do jednej z rozgłośni by, pardone my French!, ochrzanił prowadzącego audycję dziennikarza. Ciężko w to uwierzyć, dlatego sami posłuchajcie.
Mecz z Barceloną zasługuje na oddzielną notkę. Tak jak zwykł robić to Guus Hiddink, tak i rozegrałem spotkanie na Camp Nou kilka razy. W jednym ze scenariuszy uwzględniłem nawet samego siebie! Bilet na mecz kupiony, kursor myszki na ostatnim przycisku potwierdzenia rezerwacji lotniczej – zabrakło tylko ostatniego kliknięcia. Summa summarum, bilet odkupił ode mnie znajomy, a pieniądze, których nie wydałem, przechodzą na budżet operacji „Rzym”. Oby!
Categories
Bluetiful moments
15 Apr 2009
Szaleństwo w wesołym miasteczku
Kiedy w wesołym miasteczku rusza rollercoaster, najpierw powoli pchnie się w górę, by dopiero po kilku chwilach spadać coraz szybciej w dół. Mój rollercoaster zaczął dziś w tym późniejszym momencie. Dwie bramki, odważna, ale słaba zmiana Salomona Kalou na Nicolasa Anelkę i pozbawione nadziei pierwsze minuty drugiej połowy. Kiedy kolejny gol dla Scousers wisiał w powietrzu, Chelsea strzeliła trzy. Niczym w windzie na ostatnie piętro Burj Al Arab w kilka minut byłem na dachu świata, ciesząc się i śmiejąc do rozpuchu. Było tak źle, a jest tak dobrze. Rafael Benítez, wydawałoby się, podjął właściwą decyzję zdejmując Fernando Torresa, a kibice Liverpoolu na piętnaście minut przed końcem cicho wymykali się z trybun Stamford Bridge. Byłem, widziałem.
Wielki oddech ulgi i świętowanie. „Liverpool musi strzelić teraz trzy” - mówił rozentuzjazmowany Steven, karnetowicz Chelsea od 22 lat. Przed meczem bardzo się zdziwił, kiedy rozwiesiwszy flagę Chelsea Poland usiadłem obok niego w trzecim rzędzie East Upper. „To Jima dzisiaj nie będzie?” - zapytał, myśląc o znajomym karnetowiczu, z którym wspólnie przeżywali wzloty i upadki „the Blues” w ostatnich latach. Ale rollercoaster znowu sobie zażartował z wszystkich. Także tych fanów „the Reds”, którzy już tego meczu nie oglądali. Kolejne dwie bramki, które wszystkim otworzyły usta – goście ryczeli z radości jak szaleni, a kibice gospodarzy patrzyli z niedowierzaniem. Od 85. minuty czułem znowu tą kibicowską adrenalinę niepewności. Kilka minut i jeden przypadkowy gol może wysłać jednych do nieba, a drugich do czeluści. Bogu dzięki, padł dla Chelsea. Jak bym się teraz czuł, gdyby znowu trafił np. Dirk Kuyt? Albo Ryan Babel dzięki jego bombom posyłanym lewą nogą? Zapewne nie pisałbym teraz tych słów, załamany siedząc w kącie wagonu, nie patrząc na nikogo.
Od tygodnia siedzę nad książkami pisząc eseje. Codziennie pochłaniam kilka kaw, ale nawet dziesięć nie obudziłyby mnie tak, jak te dwie godziny futbolu. A ciśnienie na Wyspach w ostatnich dniach jest wyjątkowo niskie i jakoś trzeba sobie radzić. „Mecz z mlekiem i cukrem dla kogoś”? Starbucks może pomarzyć o takim produkcie.
Awansowaliśmy, ale nie możemy tracić kontaktu z rzeczywistością. Pepe Guardiola obejrzy z pewnością ostatnie trzy mecze „the Blues” i przeanalizuje. A o wnioski mogę już napisać Wam teraz:
- rzuty wolne bić w światło bramki;
- uśpić Chelsea powolnym rozgrywaniem akcji, by nagle przyśpieszyć (pamiętacie tego gola?);
- kiedy można, nacierać kontratakami;
- posyłać prostopadłe piłki do napastnika, którego kryje Alex;
- wywierać presję na Ricardo Carvalho;
- atakować flanką Florenta Maloudy;
- posiadając piłkę wyciągać Lamparda na połowę rywali.
Dzisiejszy mecz z pewnością oglądał także Arsène Wenger i on już to wie. Ale dla francuskiego menadżera najważniejsza jest teraz potyczka z Villareal. O półfinale na Wembley na poważnie zacznie myśleć chyba dopiero w czwartek. Muszę dodać, że praca sędziego dzisiaj to był dowcip, który oprócz słowa politowania nie zasługuje na dalszy komentarz.
Ten mecz sezonu chyba zakończył marudzenie o nudnej Chelsea i jej potyczkach z Liverpoolem. Menadżerem jest Holender, który zapewnił kibicom futbol totalny w najlepszym wykonaniu. Rinus Michels by się nie powstydził tego meczu, a Alfred Hitchcock nie wymyślił, panie Hiddink! Czy to był „Stambuł” Chelsea? Może jeszcze nie? Klub wydał dziś kolejny (który już znowu?) komentarz, iż Chelsea będzie miała nowego menadżera od przyszłego sezonu. A szkoda, bowiem wreszcie się pojawiła osoba, która potrafiłaby zepchnąć do cienia samego José Mourinho. Może jednak?
Byłem na różnych meczach piłkarskich. Widziałem różne style gry, wiele drużyn i jeszcze więcej piłkarzy. Mnóstwo emocji i dramaturgii. Jeżeli dobrze liczę, dzisiejszy mecz był moim pięćdziesiątym z Chelsea. Dodam kilkadziesiąt spotkań w Polsce oraz na Wyspach i mogę pokusić się o stwierdzenie, iż na mój wiek mam relatywnie duże doświadczenie. Niespełna 23-letni piłkarz z około 140 meczami na koncie – robiłoby wrażenie, prawda? Jeżeli więc uważam ten remis przeciwko Liverpoolowi za najlepszy mecz, na którym byłem, to wiem, co mam na myśli. Co czyni „najlepszym”? De gustibus non est disputandum.
PS. Poniżej teledysk o moim ulubionym rollercoasterze :)
Categories
Bluetiful moments
10 Apr 2009
Narodziny legendy
Zostało już dużo napisane o tym meczu, więc nie chcę zanudzać Was kolejnym tekstem. Choć była taka możliwość, nie pojechałem do Liverpoolu. Wyprawa pociągiem przez całą Anglię i powrót po 24 godzinach (z zegarkiem w ręku) najzwyczajniej mi się nie uśmiechała. Kto wie, może na barceloński półfinał będę miał więcej determinacji? Już raz miałem przyjemność tam być przy okazji Ligi Mistrzów - w październiku 2006 roku. Pamiętacie ten strzał Lampsa z zerowego kąta, późne wyrównanie Drogby i świętującego na kolanach Jose? Właśnie wtedy.
Jestem dumny z Branislava Ivanovića. Przyznaję, iż początki były sceptyczne, kiedy przez ponad pół roku po transferze nie zadebiutował w Chelsea. Było to o tyle dziwniejsze, iż pierwotnie zmagał się nie z kontuzją, a słabym przygotowaniem technicznym. Dziś Lampard w rozmowie z "the Sun" powiedział, że Branko jest najsilniejszym zawodnikiem w zespole. Podobno Terry i Drogs przy nim to paniusie, więc wtf? Tym niemniej, od debiutu w Portsmouth, na który także się udałem, Serb zawsze prezentował się świetnie - tak na środku czy prawej stronie obrony. Kiedy kontuzjowany był (on zawsze jest..,) Ricky Carvalho, postrzegałem byłego obrońcę Lokomotiwu za lepszego partnera dla Terry'ego aniżeli Brazylijczyk Alex.
Żyła mi wychodziła, kiedy we wczesnych fazach sezonu Luiz Felipe Scolari preferował Paolo Ferreirę nad Ivanovića. Oddając się football fiction, jeżeli ów szkoleniowiec zachowałby pracę, a portugalski obrońca nie uległ poważnej kontuzji, szczerze wątpię, aby Serb przeciwko Liverpoolowi zagrał. Na szczęście to tylko gdybanie, widmo Scolariego zostało już (wreszcie) rozwiane, a nasz obrońca stał się natychmiastową legendą Chelsea - premierowe dwa trafienia w niebieskiej koszulce na Anfield, toż to marzenie!
Ostatnie dni to powiew optymizmu w szeregach "the Blues". Jeżeli jutro wygramy u siebie z Boltonem, nadal mamy realne szanse 'chasing the title' do samego końca sezonu. Jesteśmy w półfinale FA Cup (bilety na Wembley już kupione), oraz jedną nogą na tym samym szczebelku Ligi Mistrzów. Patrząc cztery miesiące wstecz, potraktowałbym to jako co najmniej miłą niespodziankę! Jutrzejszym meczem będę ekscytował się w wieczornym Match of the Day. Będę za to na kolejnych czterech spotkaniach Chelsea - przeciwko Liverpoolowi, Arsenalowi, Evertonowi i West Ham. I tylko sobie życzę, aby wraz z początkiem maja ciągle móc marzyć o udanym zakończeniu sezonu 08/09. Udanym, czyli z trofeum.
Categories
Bluetiful moments,
Chelsea
2 Mar 2009
Literówka
Wpadka specjalistom od sprzętu w drużynie Rovers nie zdarzyła się po raz pierwszy. Jak sięgam pamięcią, niedawno David Bentley mógł się przekonać, że przeliterowanie jego nazwiska okazało się dla kogoś zbyt trudnym zadaniem. Zrobiłem mały internetowy research i znalazłem więcej pomyłek, z wielbłądem w godle Crystal Palace w roli głównej.
Link 1
Link 2
Nikt już nie może wygrać mistrzostwa Anglii, a jedynie Manchester United, w przypływie jakiegoś wielkiego odpływu mocy i energii, może je przegrać. Choć podopieczni SAF-a w ten weekend ligowo nie grali, to wszyscy rywale podłożyli im się niemalże perfekcyjnie. Liverpool przegrał tam, gdzie Chelsea wygrała 5:0, Aston Villa wypluła dwie bramki przeciwko outsiderom, a Arsenal znowu (znowu!?) bezbramkowi zremisował. Tylko ta okropna Chelsea, a w zasadzie Frank Lampard, uciułała trzy punkty w doliczonym czasie gry przeciwko zespołowi, którzy nigdy nie wygrał z zespołem z Wielkiej Czwórki. Ale zaraz, przecież G4 zaraz i tak nie będzie! Choć wierzyć mi się w to nie chce, kiedy widzę, że Martin O'Neill gra tylko jednym garniturem, choć sam cały czas nosi bluzę rugby.
Po tym perfekcyjnym weekendzie, United idzie na perfekcyjny sezon, choć z pewnością bardziej żałują teraz porażki w Monako kilka miesięcy temu. Wygrane z Portsmouth, Quito oraz Tottenhamem dały piłkarzom z Manchesteru już trzy trofea w tym sezonie, a mamy dopiero początek marca. Na szczęście, wygranie pozostałych rozgrywek może być tylko trudniejsze. W Pucharze Anglii United jedzie zmierzyć się z Fulham na Craven Cottage. A tam gospodarze są niesamowici w tym sezonie i walczą niemalże jak Polacy na Jasnej Górze. W Lidze Mistrzów na drodze "Czerwonych Diabłów" stoi José Mourinho, a on już wie jak wygrywać z klasą na Old Trafford. Natomiast w Premier League przed ManUtd trudne przeprawy u siebie z Liverpoolem, Aston Villą, Tottenhamem, Man City oraz Arsenalem. I tak łatwo, jak z Chelsea, już nie będzie.
Jest jeden gość, który po finale Pucharu Ligi na Wembley będzie znowu lamentował pod nosem. Figurował w składach United na wszystkie pucharowe finały, a nie zagrał nawet minuty. Nie dostanie też medalu za ligowe mistrzostwo, bowiem znowu nie zagra wymaganych dziesięciu meczów. Być tak blisko tych tryumfów, a zarazem tak daleko, choć nadal mu wypominają gola straconego z dwustu metrów przeciwko Portoryko. Tomasz Kuszczak mógł bronić dziś przeciwko Tottenhamowi, ale pogrążył go ostatni występ przeciwko Blackburn tydzień temu. Szczerze uważam, że chyba skończyła się wówczas jego kariera na Old Trafford, a dzisiejszy występ Bena Fostera w pierwszym składzie tylko to potwierdza.
Chelsea nadal cierpi z powodu przedsezonowego przygotowania Luiza Felipe Scolariego. Właściwie, braku jakiegokolwiek. Jeżeli jest 60. minuta meczu to możecie być pewni, że piłkarze "the Blues" zaczną umierać na boisku. Umierać z wycieńczenia. W środę byłem na meczu z Juventusem i wysoko na East Standzie czułem jak gracze w niebieskich trykotach ciężko sapią próbując złapać tchnienie. A Włosi raz po raz atakowali, stratę gola zaklinałem conajmniej kilkakrotnie. Dlatego zadziwiło mnie nie trafienie Oliviera Kapo (pamiętacie jak oddał swojego Merola dla juniora po spadku Birmingham City do Championship?), a odpowiedź w końcówce Lamparda. Strasznie nienawidzę tego tłumionego w sobie uczucia, że za każdym razem, kiedy strzela bramkę, myślę o tych 150 tysiącach funtów, które zarazem zarabia tygodniowo. Niech historia oceni moralność tych pieniędzy.
Nie trzeba być z Baker Street, aby dostrzec, że mało się dzieje ostatnio na tym blogu. Proszę mi wybaczyć, ale postawiłem sobie kilka ambitnych celów na uczelni, z którymi chcę się wywiązać przed Wielkanocną przerwą. Dlatego zaczytany jestem w temacie lustracji oraz wpływu WTO na rozwój krajów tego świata. W obu zagadnieniach, nadal niejasnym jest, kto jest zwycięzcą, a kto przegranym współczesnych przemian. Futbol przy tym wydaje się banalnie prosty.
Categories
Bluetiful moments,
el Fútbol
10 Feb 2009
Kartka z meczownika: Hull i koniec ze Scolarim
A jednak, Ricardo Quaresma zaliczył bardzo udany debiut w barwach Chelsea. Przez godzinę gry stworzył więcej okazji bramkowych, aniżeli Florent Malouda przez cały sezon. Serio. Jeżeli to jest najsłabszy zawodnik Interu Mediolan, to piłkarze Manchesteru United powinni bać się najbliższego meczu w Lidze Mistrzów. Z drugiej strony, jak to możliwe, że beznadziejny w Serie A Portugalczyk z miejsca jest liderującym na boisku piłkarzem Chelsea? Dzięki za komentarze pod ostatnim wpisem o nim, chyba faktycznie razem z Cristiano Ronaldo powinien był trafić do Premier League wcześniej, zamiast się szwendać po półwyspach Morza Śródziemnego.
Ale to już koniec. Wierzę, że na długo. Siedziałem dzisiaj na zebraniu rady unii studenckiej (dwie godziny aksamitnej nudy), kiedy o 4.20pm dostałem smsa "bye, bye Scolari". Minęło kilka godzin podczas których wszystko mogłem jeszcze raz przemyśleć. A że na południu Anglii cały czas pada, pogoda iście refleksyjna. Siedzę teraz wygodnie w domu, oddycham jakby spokojniej, głębiej i pewniej. Coś się uwolniło, coś nadało mi spokoju ducha.
Nick Hornby metaforycznie pisał kiedyś o osobie menadżera w ukochanym klubie. Książkę pożyczyłem, więc dokładnego cytatu nie podam, ale porównano tę rolę z kimś bliskim w rodzinie. Za Scolarim tęsknić nigdy nie będę i jestem wdzięczny, że nie będzie już prowadzić Chelsea. Poza tym, zwolniony nie został typowy gaffer, ale gość, który o sobie samym mówił per "coach". Poważnie - żadna strata.
Uwielbiam Anglików: ich kulturę, kraj oraz zwyczaje, ale z mojego prawie trzyletniego doświadczenia widzę, że ten flegmatyzm oraz niechęć do zmian jest ich cechą narodową. Dopiero wczoraj rano, w linku który zamieściłem pod notką, można było usłyszeć otwarte zarzuty dziennikarzy nt. efektów pracy Brazylijczyka przy Fulham Road. Ciekawe, że na polskich blogach Chelsea trafnie argumentowane głosu pojawiały się już od porażki w Rzymie, a przed meczem z United na Old Trafford niemalże błagałem o zwolnienie menadżera, aby tylko uniknąć kompromitacji. Ani pierwszego, ani drugiego się nie udało uniknąć.
Wybitne angielskie media nie kryły zaskoczenia zwolnieniem menadżera Chelsea, BBC pisze nawet o sensacyjności tego newsa. Co więcej, w ankiecie przy tej wiadomości 69 procent respondentów uznało decyzję o zwolnieniu za złą, a wtórował im sam sir Alex Ferguson mówiąc:
"To znak czasów. W obecnym świecie nie ma absolutnie czasu na cierpliwość.
Jeżeli menadżer Czerwonych Diabłów, podobnie jak uczestnicy tej feralnej sondy, kibicują każdemu, ale nie Chelsea - to się im nie dziwię. Obecność Scolariego na Stamford Bridge gwarantowała nieobecność Chelsea w następnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. Pozwolę sobie powtórzyć to, co napisałem na blogach Michałów Zachodniego i Okońskiego: Scolari nie dawał żadnej nadziei ani na ten, ani na jakikolwiek następny sezon. Mecz w mecz męczył tych samych piłkarzy w bezproduktywnej taktyce. Czy szansę występu dostał np. chwalony przez autokratycznego Fabio Capello Michael Mancienne? Ile razy widzieliście na boisku graczy poniżej 21. roku życia? Któryś z nich trafił do siatki?
Ale Brazylijczykowi nie brakuje tupetu. Zgodnie z tym, co podaje ESPN, za przyczynę swojej porażki na Stamford Bridge uznaje... nieudaną próbę sprowadzenia Robinho. Lmfao czy płakać? Rozumiem, że brakowało mu piłkarza, który w pojedynkę będzie wygrywał mecze, kiedy żadna taktyka nie będzie działać... No to faktycznie taki piłkarz by się przydał, bowiem rozgryzienie założeń Chelsea było prostsze niż instrukcja budowy cepa. Co więcej (co gorsza), Scolari miał dostrzec, że (teraz fanfary, ja osobiście wymiękłem) skład Chelsea jest za stary i wymaga odmłodzenia. Dlatego, jak czytamy dalej, poprosił także o transfer Deco (ur. 1977 - przyp. RB). Dlatego, to już moja adnotacja, w końcówkach wygranych meczów 4:0 na boisko wpuszczał Juliano Bellettiego (ur. 1976) czy Paolo Ferreirę (ur. 1979) zamiast Miroslava Stocha czy Franco di Santo. Dlatego sprowadził za free Mineiro (ur. 1975), zamiast dać szansę gry juniorom. To jest hipokryzja czy już głupota?
Nie, panie Michale Okoński, w tym przypadku futbol nie jest okrutny - po prostu oczyszcza się ze zbędnych substancji niczym organizm człowieka. Roman Abramowicz, które ma moje całkowite zaufanie i lojalność, podjął dobrą decyzję. Scolari do końca się bronił, że ma poparcie i Petera Kenyona (ten fan United, co pracuje na lepszą przyszłość CFC) i szatni. Jeżeli to prawda, decyzja o zwolnieniu musiała zapaść na samym szczycie. Idąc dalej tropem myślenia Michała Zachodniego:
"[...] głosy kibiców zostały wysłuchane. Dzisiejsze trzęsienie ziemii na Stamford Bridge to kolejna deklaracja Romana Abramowicza, że nie ma zamiaru sprzedawać komukolwiek Chelsea. Jeśli tak by było, to pewnie Scolariego zostawiłby ewentualnym następcom i nie wypłacał z własnego portfela, który odczuł finansowy kryzys, prawie 10 milionów funtów odszkodowania dla Brazylijczyka. [...] A skoro pod wpływem słabych wyników i zdania fanów Abramowicz zwolnił Scolariego, to znaczy, że z naszym zdaniem się liczy.
Chelsea jest bez menadżera, a ja w ciągu dnia dostałem ponad tuzin smsów od fanów United, Liverpoolu, Arsenalu, Spurs oraz Aston Villi ("You r not having Martin ONeill. Lol."). Wszyscy szydzili, że the Blues dla sezon już jest przegrany. A ja na nowo zacząłem wierzyć, jak nie w jutro, to w niebieskie pojutrze. Ciekawe, kogo przyniesie na SW6 nowy dzień? Czy rehabilitacji doczeka się ten, kto faktycznie ciągnął ten wózek od 20 września 2007?
P.S. Jeden gość gada z sensem. Wychowanek Chelsea z 200 meczami na koncie.
Categories
Bluetiful moments
8 Feb 2009
Zbrodnia i kara match-winnera
Nie miał łatwo, bowiem fani wyraźnie faworyzowali Andrija Szewczenkę, który w walijskim debiucie strzelił gola. Ukrainiec przybył do Londynu w podobnym okresie, ale ze znacznie większą pompą. Nawet po złym zagraniu lub podaniu kibice głośno wyrażali swoje wsparcie dla niego. I choć kariera snajpera na the Bridge szybko chyliła się ku upadkowi, nigdy nikt o nim złego słowa nie powiedział. W międzyczasie Ballack ciężko harował o uznanie wśród kibiców the Blues. Pierwszy raz jakąkolwiek piosenkę pod jego adresem usłyszałem dopiero w półfinale Pucharu Anglii na Old Trafford, kiedy Niemiec strzelił gola w dogrywce meczu z Blackburn Rovers. Zdjęcia z tamtego wydarzenia nadal są popularne w Sieci i od czasu do czasu widzę w jakiś newsach czy artykułach.
De facto, ówczesna kampania o Puchar Anglii była ostatnią zwycięską Chelsea w jakichkolwiek rozgrywkach. Ballack systematycznie notował coraz lepsze i pewniejsze występy, co więcej, cały czas prezentując równie wysoki poziom. Nie świecił tak jasno jak w meczach Bayer, Bayernu czy reprezentacji, ale budował zaufanie wobec kibiców.
Bez kozery mogę napisać, że momentem przełomowym był... przełom roku - 2007 i 2008. Najpierw Ballack uratował mecz u siebie z Aston Villą (4:4) w Boxing Day, a pierwszego stycznia dał zwycięstwo na Craven Cottage. Bez Szewczenki, Didiera Drogby, Franka Lamparda, Claude'a Makélélé, Johna Terry'ego i Petra Čecha, Chelsea potrzebowała lidera, który udźwignie ciężar prowadzenia zespołu na boisku i Niemiec wywiązał się z tego znakomicie. O piłkarzach jak on angielskie gazety piszą, że są "match-winnerami". Choć często dotyczy to po prostu zwycięskich goli, do mentalności Ballacka taki epitet pasuje jak ulał.
Ten sezon ma jednak mniej udany. Pierwszą bramkę strzelił dopiero w roku kalendarzowym 2009 i to przeciwko arcymocnemu Southend. Ale już zdjęcie z boiska Niemca, a nie Portugalczyka Deco, w grudniowym meczu przeciwko West Hamowi wywołało wyraźnie niezadowolenie na trybunach the Bridge. Kibice mu ufają i wierzą, że niemiecki pomocnik jest jednym z niewielu najemników Chelsea, którym do końca zależy na zwycięstwie i gotów jest wypluć płuca lub grać z sercem na rękawku, aby to osiągnąć.
Po tym przydługim wprowadzeniu...
Ballack był bohaterem meczu przeciwko Ipswich, strzelając dwie bramki. Oto, co zdążył jednak ustrzelić jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Idąc śladami Rodiona Romanowicza Raskolnikowa (a może po prostu Fiodora Dostojewskiego?), po tej zbrodni nadeszła pora na karę. Jako że Niemiec nie wyrażał skruchy i nie spacerował samotnie ulicami Sankt Petersburga, kto nie wymierzyłby jej lepiej, aniżeli ludzie młodzi, pełni nadziei i ambicji, przeciwni wszelkim negatywnym zjawiskom? Na przykład, juniorzy Chelsea FC?
PS. Jako entrée do kolejnej kartki z meczownika, angielscy dziennikarze wreszcie poznali się na rzeczy, choć jak sami przyznają kryzys Chelsea zaczął się już w listopadzie. Brawa za refleks!
Categories
Bluetiful moments,
Chelsea
29 Jan 2009
Kartka z meczownika: Middlesbrough
Dopiero wejście Miroslava Stocha w 88. minucie pokazało, jak można (było) szybko przeskoczyć defensywnie grających gości z północy Anglii. Krótki drybling, podanie do najbliższego kolegi, zagranie z klepki do przodu, sprint i dwóch obrońców Boro zostaje w tyle. Stoch to jednak nie Lionel Messi, dwa razy ta metoda wyszła, ale za trzecim próbował kiwać się ciut za długo i się... przewrócił. Zrzućmy to na młodość.
Przez cały mecz, the Blues nie potrafili wykorzystać faktu, że w drużynie gości znowu zagrał „największy wypluwacz piłek” w lidze – Ross Turnbull. Szczerze, nie rozumiem, co taki bramkarz robi w drużynie Premier League (i na ławce w mojej Fantasy Football na internetowych stronach the Guardian; nie pytajcie kto jest pierwszym golkiperem!). Tylko strzelać i strzelać z dystansu, postawić pod bramką napastnika, który będzie dobijał te uderzenia. Proste jak konstrukcja cepa. Jeżeli Chelsea uderzałaby na bramkę tak często, jak robiła to przeciwko Stoke City (37 razy), po raz drugi w sezonie Boro przegrałoby z podopiecznymi Luiza Felipe Scolariego różnicą pięciu bramek.
Chelsea nie pomogło też wejście na boisku Didiera Drogby. Napastnik WKŚ prezentuje obecnie poziom trzecioligowy, ale nie na angielskie, ale polskie warunki. Naturalnie, techniki się nie zapomina (tak jak z jazdą na rowerze), ale już celne i mocne podanie lub strzał to kwestia formy. Widać było, że Tito chciał. Biegał, pokazywał się, jak źle coś zrobił – podnosił rękę i przepraszał. Ale szło mu gorzej niż po gruzie. W fanzinie „CFC UK” pojawiło się ostatnio kilka artykułów, co można zrobić z Drogbą. Pozbyć się, próbować sprzedać za godziwe pieniądze czy zostawić – wszyscy mają wątpliwości, a głosy są podzielone.
O zwycięstwie przesądziły stałe fragmenty gry i dwa błędy (jedyne dwa) obrony gości. Gareth Southgate zrobił wszystko, co mógł, aby wywieźć z Londynu korzystny rezultat – należą mu się słowa uznania. Druga bramka Salomona Kalou przypomniała mi tą strzeloną przez Arsenal prawie pięć lat temu. W ostatnim przegranym meczu przed passą 86 spotkań bez porażki u siebie, Marco Ambrosio minął się z piłką, a Edu umieścił ją w siatce. Takie same okoliczności, ta sama bramka, zachowanie golkipera... „Historyczna” ciekawostka.
Na plus zaskoczył mnie, spodziewanie, Tuncay Şanlı. Wszedł dopiero w drugiej połowie, nie dostawał dużo podań, ale z przyjemnością oglądałem jego grę bez piłki. Odnosiłem wrażenie, że jego sposób myślenia wyprzedza kolegów z zespołu i Turek w drużynie z Riverside Stadium musi się męczyć. Dziwi mnie, że żaden zespół z Wielkiej Piątki (Aston Villo, witamy) nie próbuje go kupić, a wszystkie spekulacje rozchodzą się po kościach.
Styl pozostawił wiele do życzenia, ale to Chelsea wykazała więcej chęci, aby dzisiejszy mecz wygrać. Mój facebookowy status był trochę prześmiewczy wobec fanów gości, ale zaprawdę należy im się szacunek. Środek tygodnia, mecz w Londynie i późny kick-off, a oni wiernie podróżują przez całą Anglię, aby dopingować swoich ulubieńców. Wielu z nich musiało wziąć dzień wolny od pracy, aby wsiąść w samochody, pociągi i autokary wierząc, że na Stamford Bridge można osiągnąć korzystny rezultat. Kiedy piszę te słowa, wielu z nich jest dopiero w połowie drogi do domu, choć od ostatniego gwizdka minęły już trzy godziny. Oglądając mecze poświęćcie chwilę na to skąd przyjeżdżają kibice gości, jaki to jest dzień tygodnia oraz o której godzinie rozpoczyna się spotkanie. Teoretycznie, prosta sprawa, ale wielu nie zdaje sobie sprawy, ile krzywdy Sky Sports i inne telewizje transmitujące na żywo mecze wyrządzają zwykłym śmiertelnikom.
PS. Moja ulubiona piosenka Jona Bon Joviego, zbieg okoliczności oczywiście przypadkowy ;-) Ciężko o fajniejszą piosenkę do wieczornego spacerowania po zachodnim Londynie. Co prawda, utwór został napisany w stolicy Wielkiej Brytanii (pamiętacie Dave A. Stewarta?), ale opowiada o dzielnicy na Manhattanie. Aktualny jest w obu miejscach.
Categories
Bluetiful moments
To dziwne uczucie
Rozstaliście się z dziewczyną. Nawet nie bolało. Wasz związek był długi i przeżywał liczne wzloty i upadki, ale ogólne wrażenia pozostaną pozytywne. Z czasem będziecie wspominać tamte czasy z sentymentem. Ale teraz nadeszła najwyższa pora, aby się pożegnać. Uczucie już minęło i obie strony zaczynały się ze sobą męczyć. Łatwiej było popełnić błąd, coś niewłaściwego powiedzieć, a ludzie dookoła zaczynali plotkować.Nie mija dużo czasu, a „byłą” widzicie u boku osoby, który jest waszym rywalem o miejsce w uczelnianej drużynie. Nie jesteście zazdrośni, ale coś wam w tym wszystkim przeszkadza i uwiera. Z grymasem ich oglądacie, kiedy tańczą razem na parkiecie.
Dzień po opuszczeniu Chelsea, Carlo Cudicini zadebiutował w Tottenhamie Hotspur.
Włoch trafił na Stamford Bridge prawie dekadę temu. Jak na współczesne realia, 160 tysięcy funtów za transfer do Premier League to śmieszna kwota, którą Franka Lampard zarabia w osiem dni. Choć Carlo miał być tylko rezerwowym, relatywnie szybko zajął miejsce w bramce. Przez trzy lata był niepodważalnym numerem jeden, ale nigdy nie rozstał się z numerem 23 na plecach. Wystąpił w ponad dwustu meczach the Blues, jest drugi w rankingu (za Peterem „Kotem” Bonettim) meczów bez straty gola. Do annałów Klubu przeszedł brawurową grą tak na linii, jak na przedpolu. Zanim do Anglii trafił Petr Čech, trudno było sobie wyobrazić, aby ktoś mógł mieć szybszy refleks aniżeli Cudicini. Nagroda piłkarza roku Chelsea AD 2002 to zaprawdę minimalne odznaczenie dla jego zasług. W pamięci kibiców na zawsze pozostaną jego żółte rękawice, obrony strzałów Gary'ego McAllistera oraz Thierry'ego Henry'ego z rzutów karnych, Dimitara Berbatova na WHL w doliczonym czasie gry oraz główki Ruuda van Nistelrooy'a na Old Trafford.Zwłaszcza grający w United Holender nie miał szczęścia do numeru 23...
O ironio, problemy Włocha zaczęły się wraz z przyjściem Romana Abramowicza. Sezon 2003/04 w dużej mierze bramkarz spędził na leczeniu urazów, a jego pozycję zajmował Marco Ambrosio, bądź Neil Sullivan (de facto, trafił za darmo z WHL). Choć Claudio Ranieri zawsze pozytywnie wypowiadał się o swoim rodaku, już w połowie ówczesnych rozgrywek zapewnił transfer rosłego czeskiego golkipera Rennes. Od lata 2004, miejscem Cudiciniego stała się ławka rezerwowych. Udział w mistrzostwach 2005 i 2006 miał symboliczny – nie rozegrał wymaganej ilości spotkań, aby dostać medal. Na boisku pojawiał się tylko w niskich rundach Pucharu Ligi czy Anglii, o występach w LM mógł niemalże zapomnieć. A Cudicini ma to do siebie, że dobrze i pewnie broni wtedy, i tylko wtedy, kiedy gra regularnie. Tak już z nim jest i mogą się o tym niedługo przekonać fani Spurs.
Miałem mieszane uczucia, czy CC powinien zostać na the Bridge. Z jednej strony, zakończywszy karierę tutaj stałby się legendą Klubu i na pewno zaoferowano by mu pozycję trenera bramkarzy lub młodzieży. Ale jeżeli nadal czuje się na siłach regularnie grać na najwyższym poziomie, Chelsea nie powinna mu zamykać tej drogi. Jego zasługi dla zespołu i rola w budowaniu sukcesu jest niepodważalna, nie bez kozery pozwolono mu odejść za darmo do lokalnego rywala.

Hilário, który teraz będzie zajmował miejsce na ławce, jest w moich oczach znacznie lepszym REZERWOWYM golkiperem. Potrafi wejść na 15 minut i natychmiast wpaść w meczowy trans. Większość zawodowej kariery spędził w tej roli i wywiązuje się z niej lepiej, aniżeli Cudicini. Włoch się dusił. A kiedy dostawał szansę występu, popełniał liczne błędy. Nie widać było po nim pewności siebie, wydawał się być stłumiony.
Ale kiedy zobaczyłem Cudiciniego w wyjściowej jedenastce Tottenhamu przeciwko Stoke City, coś mnie w środku ugryzło. I nawet nie chodziło o rywalizację z klubem z północnej części Londynu, ale o normalne ludzkie uczucie. Jakże spokojniej bym się czuł, gdyby Carlo trafił gdzieś do rodzimej Italii, Hiszpanii czy Portugalii! „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, choć nie jestem pewien czy to pasuje w tym przypadku. Życzyć mu szczęścia, jest na kolizyjnym torze z losami Chelsea FC. Z drugiej strony, serce będzie mi się krajać, kiedy zobaczę go spadającego po tym sezonie z Premiership. „Oh, Carol”, czy nie mogłeś, tak jak swego czasu Peter Schmeichel, pójść do jakiegoś Sportingu Lizbona?
Kolejny zasłużony reprezentant Chelsea pożegnany.
Kolejny zasłużony reprezentant Chelsea pożegnany.
Categories
Bluetiful moments,
Chelsea
24 Jan 2009
Kartka z meczownika: Ipswich (FA Cup)
Bez męczarni w końcówce, ale nadal z emocjami. Przeważnie pozytywnymi, dlatego takie mecze lubię najbardziej. Jak chyba każdy. Awans do kolejnej rundy Pucharu Anglii jest jednak ciasteczkiem bez wisienki, bowiem do perfekcji jest droga dłuższa, aniżeli wielu przypuszcza.
Spostrzeżenia zacząłem pisać relatywnie wcześnie, bowiem już w przerwie meczu, na wyrwanej z notatnika kartce. Sam się zaskoczyłem, bowiem pomimo zimnej pogody palce nie odmówiły posłuszeństwa i zapisałem stronę formatu A4. W przerwach zazwyczaj czytam książki lub zin fanów Chelsea. To tylko pokazuje, że nadal jest potencjalne dziesięć minut, kiedy widza-kibica-klienta trzeba czymś zabawić, jeżeli sam się nie potrafi. Obecnie inne alternatywne rozrywki to oglądanie skrótów na telebimie, wycieczka do toalety lub po coś do picia lub jedzenia. Generalnie – nic specjalnego.
Listę grzechów muszą otwierać stałe fragmenty gry. To jest przebój notowań w tym roku. Każde dośrodkowanie w polu karnym budzi strach i przerażenie, piłkarze patrzą na siebie niczym gwiazdy filmów Wesa Cravena. Wszyscy w defensywie mają wówczas wiotkie nogi, które nie pozwalają ani dobrze kopnąć piłki, ani wyskoczyć do walki w powietrzu. Tym niemniej, głośne wytchnienie ulgi zawsze przynoszą wszelkie wybicia futbolówki, choć często wygląda to jak hokejowa gra „na uwolnienie” i po chwili kolejne dośrodkowanie leci w stronę bramki.
Inny problem, który od początku rzuca się w oczy, to zmęczenie. Luiz Felipe Scolari tydzień w tydzień gra tymi samymi zawodnikami, których brak przygotowania fizycznego szokuje. Najszybszy ofensywny gracz Chelsea, Salomon Kalou, przegrywał wszystkie pojedynki biegowe z defensorami przeciętnego Ipswich Town. Już w końcówce nie meczu, ale pierwszej połowy wszyscy piłkarze w niebieskich koszulkach ciężko powłóczyli nogami po murawie. José Bosingwa chętnie włączyłby się w więcej kontrataków, ale nie miał siły i było to widać. Dziennikarze the Guardian i the Timesa mają wiele ciekawych zestawień danych ligowych, ciekawe czy zbierają też statystyki, która drużyna jest najwolniejsza. Chelsea ma chyba pozycję niepodważalną. W zespole brakuje graczy, którzy potrafiliby z łatwością biegać od pola karnego do pola karnego (ang. box-to-box), bowiem nawet Frank Lampard w tym elemencie gry wykonał kilka kroków do tyłu.
Nie mam wystarczających kompetencji jak to naprawić, ale w Cobham muszą natychmiast zacząć pracować nad siłą, kondycją i szybkością. W okresie przygotowawczym to prosta sprawa, ale nie w środku sezonu. Co więcej, sytuację tylko pogarsza brak rotacyjnej polityki Scolariego, który cały czas gra dokładnie tymi samymi zawodnikami. Strach się bać, w jak opłakanym stanie będą oni pod koniec sezonu, jeżeli już teraz mają nogi jak z żelaza.
Nie płaczę nad rozlanym mlekiem, ale za José Mourinho sprawy miały się zupełnie inaczej. Sześć trofeów w trzy lata to była zasługa nie umiejętności technicznych piłkarzy (choć także), ale fizycznej potęgi. Każdy piłkarz przywdziewający barwy Chelsea w tamtym okresie był najlepszą wersją współczesnych gladiatorów (OK, poza Arjenem Robbenem). Niczym drużyna maszyn niszczyli przeciwników od początku do końca dominując przebieg spotkania - nawet przy wyniku 1:0, kiedy rywal teoretycznie miał szansę się podnieść. Ale kiedy trzeba było, the Blues wrzucali swój słynny piąty bieg, jak choćby w potyczkach z Tottenhamem (3:3) i Boltonem (5:1) na Stamford Bridge. Nikt nie kwestionował i nie wytykał, kto ile zarabia, bowiem roboty na nieludzki zarobki zasługiwały. Obecna postawa piłkarzy-ludzi już budzi wątpliwości, czy ktoś jest wart kilkudziesięciu tysięcy funtów tygodniowo.
Razem z brakiem atletyki prysł czar domowych zwycięstw na Stamford Bridge. Teraz KAŻDY ambitny zespół może z Chelsea powalczyć i osiągnąć korzystny dlań rezultat. A gdzie łatwiej o motywację, jak nie na wyjeździe, grając w ekskluzywnym Londynie przed słynnym na cały świat rywalem? Magiczna obrona twierdzy Chelsea upadła, ponieważ piłkarze nie są w stanie sprostać fizycznym wymaganiom postawionym przez przeciwników. Podopieczni tak Avrahama Granta jak i teraz Scolariego stali się za miękcy. Ricardo Carvalho już trzeci raz w ciągu roku wymusza zmianę, nawet nie walcząc z kontuzją, ani starając się wytrzymać jeszcze kilka minut. Portugalczyk mówi, że chce zejść i schodzi, choć nikt do zmiany przygotowany nie jest. Ashley Cole, prezentujący najrówniejszy poziom w ostatnich trzech latach, może i jest teraz najszybszy w klubie, ale jeżeli go popchniesz to możesz mieć pewność, że się przewróci. Listę „atletycznych” błędów piłkarzy mogę wymieniać i wymieniać – w Chelsea ma je teraz każdy.
Mecz z Ipswich mimo wszystko pokazał też, gdzie nadal tkwi potencjał do wykorzystania. Michael Ballack wykonał rzut wolny jak z najlepszych lat na Stadionie Olimpijskim w Monachium, a uderzenie Lamparda ustanawiające końcowy wynik spotkania wielu śmiało nazywać jednym z najpiękniejszych, jakie widziało Stamford Bridge. Lampard cegiełka do cegiełki buduje wizerunek legendy, która nie tylko potrafi pluć krwią (lub pocić się krwią, jak mówią Anglicy) w walce na murawie, ale nadal posiada arsenał niesamowitych zagrań. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem na trybunie Matthew Hardinga banner „Super Frankie Lampard”. Decyzja jego i Kaki o pozostaniu w klubach to silny argument przeciwko pochopnym transferom wynikającym z „zasiedzenia” w jednym miejscu.
Jutro losowanie kolejnej rundy Pucharu Anglii. Trzymam kciuki, aby los dał Chelsea szansę gry u siebie lub, jeszcze lepiej, w jakiś londyńskich derby. Nie jestem fanem długich i męczących wypraw na północ.
I jeszcze trzy wolne myśli, których nie będę ubierał w akapity:
- Branislav Ivanović gra mało, ale wydaje mi się, że jest bardzo inteligentnym piłkarzem. Jego wejście na boisko wprowadziło wiele ładu w grze obronnej, ponadto wiedział jak umiejętnie wprowadzić siebie do meczu, a następnie gry ofensywnej. Chyba tylko (aż?) w znajomości angielskiego przegrywa z Alexem miejsce o wyjściową jedenastkę.
- Didier Drogba ponownie pokazał, że jest geniuszem. Kiedy mu się chce. Podczas rozgrzewki podbiegł do fanów i kilka długich chwil do nich klaskał. Po wejściu na boisko walczył o każdą piłkę, nawet po stracie (!) gonił za rywalem, aż go dogonił i odzyskał futbolówkę. Po meczu był pierwszym zawodnikiem, który zdjął koszulkę i pobiegł w stronę wcześniej upatrzonego kibica, aby mu ją wręczyć. Przy następnej okazji nakreślę teorię o jego motywacji i lenistwie.
- Czekałem i się nie doczekał. „Steven Gerrard Bałkan”, czyli Veliče Šumulikoski nie dostał szansy się pokazać. W FM-ie 2008 moi skauci zawsze oceniali go bardzo wysoko, raz nawet go kupiłem do Sheffield United. O ironio, mogłem go nabyć, ale nie dostał pozwolenia na pracę i dwuletni kontrakt przesiedział w drużynie rezerw. Szkoda, bowiem był tam największą gwiazdą.
Categories
Bluetiful moments
4 Jan 2009
Wayne Bridge, legenda the Bridge
Follow follow followSzósty dzień kwietnia roku pańskiego 2004. Zanim do Chelsea trafił zwycięzca José Mourinho, a Barack Hussein Obama zaczął prawić swoje demagogie na szeroką skalę, kibice the Blues uwierzyli, że "yes, we can". Claudio Ranieri za czasów pracy na Stamford Bridge nie wygrał żadnego pucharu, ale tamtym wieczorem zdobył wszystkie serca bijące na niebiesko. Od wtedy na zawsze w pamięci fanów jest też Wayne Bridge. Jego wymiana piłki bez przyjęcia z Eidurem Gudjohsenem zakończyła się strzałem Anglika w długi róg bramki Arsenalu. W tych okolicznościach padł gol dający awans do pierwszego półfinału Ligi Mistrzów w historii klubu z zachodniego Londynu.
There were only two minutes to go
It was Wayne Bridge's goal
That sent us out of control
And knocked the Arsenal out of Euro
Kwestia dyskusyjna czy to najlepszy lewy obrońca w historii Chelsea FC. Zapytałem kiedyś eksperta w tej dziedzinie - popularnego Valky'ego, który zebrał sylwetki wszystkich lewych obrońców w historii Chelsea. I choć nie można teraz znaleźć tych materiałów na jego stronie internetowej, Adam nie ukrywał, że Wayne zawsze będzie wyżej oceniany przez kibiców Chelsea aniżeli Ashley Cole.
Bridge to piłkarz doskonały. Ma znakomite warunki fizyczne, jak na gracza defensywnego relatywnie często i odważnie podczepia się pod akcje ofensywne zespołu niczym południowoamerykańskie wzorce. Drybluje, dośrodkowuje, strzela, dobrze zastawia, wypycha i blokuje. Jest bardzo szybko, w sprincie jest charakterystycznie zgarbiony z uwagi na wysoki wzrost. Kiedy gra, widać, że daje z siebie wszystko. Nie odpuszcza ani w defensywnie, ani w ofensywie. Nie narzekał, kiedy Mourinho przeciwko High Wycombe Wanderers wystawił go w ataku. Co więcej, Bridge strzelił bramkę, choć już po strzale zderzył się poza polem karnym z bramkarzem i krwawiąc musiał na dobre opuścić boisko.
W wielu innych meczach, kiedy kontuzjogenni Arjen Robben i Damien Duff nie mogli wystąpić, ani Ranieri ani Mourinho nie wahali się postawić w pomocy właśnie na Bridge'a. To właśnie jeden z tych taktycznych aspektów Chelsea, który głęboko żałuję, że nie został w pełni wykorzystany przez sztaby szkoleniowe the Blues w ostatnich trzech latach. Bridge i A. Cole wahadłowo wymieniający pozycje na lewej flance, raz po raz świeżymi siłami atakować z tej strony boiska.
W Southampton już teraz jest postrzegany za najlepszego lewego obrońcę w historii klubu. To właśnie z tego portu na południu Anglii wypłynął na szerokie wody, choć ze znacznie lepszym skutkiem aniżeli Titanic. Nie bez kozery przez ponad 3 lata i 113 kolejnych meczów trzech różnych menadżerów Świętych co kolejkę stawiało właśnie na wychowanka klubu. Ten rekord Bridge'a poprawił dopiero Frank Lampard, kiedy obaj panowie grali już wspólnie w Chelsea. Warte podkreślenia, że Wayne rodzime miasto opuścił dopiero po największym sukcesie the Saints w ostatnich latach, finale Pucharu Anglii przeciwko Arsenalowi w 2003 roku.
W Chelsea Bridge tylko dwa pierwsze sezony miał relatywnie spokojne, z euforią tryumfu na Highbury w 2004 oraz w lidze w 2005. W trzecim na the Bridge zameldował się Asier del Horno, a Anglikowi przytrafiła się kontuzja. Kiedy wyzdrowiał okazało się, że może nie odzyskać miejsca w wyjściowej jedenastce, a co za tym idzie, mogą go ominąć niemieckie Mistrzostwa Świata. Trafił więc "za miedzę", do Fulham. Na Craven Cottage powoli odnajdywał formę, aczkolwiek wszystko zakończyło się happy endem. W międzyczasie, Mourinho zraził się do Baska po czerwonej kartce przeciwko Barcelonie, więc pozycja Bridge'a ponownie wydawała się niezagrożona. Wtedy wielkiego focha wywinął William Gallas w efekcie czego niebieską koszulkę Chelsea dostał Ashley Cole. To tak tytułem krótkiej noty biograficznej.
Czy Chelsea traci wielkiego zawodnika, który zostałby w klubie na dobre i na złe, kosztem pazernego na kasę szczura z Arsenalu? Jak najbardziej!
Wobec głębokiej kieszeni szejków z Abu Dhabi, czy kwota transferu jest śmiesznie niska? Tak.
Ile radości przyniosło Ci, Drogi Czytelniku, oglądanie w akcji Bridge'a, a ile Cole'a? Retoryczne pytanie.
Czy można było zatrzymać Bridge'a i grać nim także w pomocy, kosztem np. podstarzałych Juliano Bellettiego czy Paulo Ferreiry? Oczywiście i nie raz już u poprzedników funkcjonowało to świetnie.
Categories
Bluetiful moments,
Chelsea
3 Dec 2008
Absurd, nie Burnley / Chelsea mnie potrzebuje
Ostatnie trzy sezony:
- 2007 Wycombe Wanderers
- 2008 Havant and Waterlooville oraz Barnsley
- 2009 Burnley
O Burnley pisałem niedawno w kontekście meczu z Chelsea na Stamford Bridge. Zespół Owena Coyle'a nic specjalnego nie pokazał, żadnych wielkich zawiłości taktycznych, żadnych niesamowitych umiejętności technicznych czy zgrania. Banda chłopaków, którzy nie mają nic do stracenia i są gotowi pluć zębami, aby awansować dalej. Szczerze, nic, czego którykolwiek z nas nie potrafiłby zrobić, jakby zawziął się i zaczął ciężko pracować. Nie potrzebujesz umiejętności Cristiano Ronaldo (btw. gratulacje), ani nawet szybkości Aarona Lennona. Po prostu wychodzisz na boisko i walczysz o każdy metr. Ok, Chris Eagle to wyjątek :)
Niby takie proste, a takie trudne zarazem.
Chciałbym napisać, i aż mnie palce proszą, aby wykonać kilka szybkich uderzeń nad klawiaturą, że "the Clarets" to drużyna totalnych kopaczy, którzy po ewentualnym awansie do Premiership dostawałaby srogie baty od każdego, ale...
Pokonali kolejno trzy londyńskie zespoły, choć wypłaty Franka Lamparda i Johna Terry'ego wystarczyłyby, aby opłacić na tydzień ich całą kadrę. Dzięki awansowi do półfinału Carling Cup, wystąpią w dwóch kolejnych meczach. Co więcej, oba będą transmitowane w telewizji. Prestiż dla kibiców, solidny zastrzyk kasy dla klubu.
Jak na klub ze 126-letnią tradycją dużo nie wygrali, ale każde dni jak ten na pewno rozgrzewają do czerwoności zmarznięte głowy fanów z Turf Moor. Dla fana zespołu z Top Four, to byłby kolejny półfinał kolejnego pucharu w kolejnym sezonie. O tym sezonie, w Burnley będą mówić jeszcze długo.
Tylko wrzucę mały kamyczek do ogródka, pardone, stawu, robiąc "kaczki" na wodzie, trzy dokładnie:
1) Stawiam pieniądze, że Fulham odpadnie z Pucharu Anglii najdalej w swoim drugim meczu. Dla Roy'a Hodgsona liczy się tylko utrzymanie "Wieśniaków" w lidze. Carling Cup przeszkadzałoby jedynie w tym.
2) Chelsea pod wodzą Luiza Felipe Scolairego gra gorzej niż pod Avrahamem Grantem. Fakt.
3) Arsène Wenger wystawia dzieciaków, z których jeden w ubiegłym sezonie zaliczył 210 meczowych minut na przestrzeni trzech miesięcy.
Tym niemniej, za zespół Coyle’a trzymam kciuki. Jakby co, zawsze będzie, że „odpadliśmy z ewentualnymi zwycięzcami”.
Chelsea mnie potrzebuje. Nieobecny na United - remis. Nieobecny na meczu z Liverpoolem - porażka. W weekend byłem na konferencji w Nottingham, a rezultat meczu z Arsenalem każdy zna. Coś mi się wydaje, że trzeba będzie pojechać na kilka meczów up North na wiosnę, aby uratować sezon dla "the Blues" ;-) Aha, nic mnie nie obchodzi, że gol Robina van Persiego był ze spalonego. Mięliśmy wystarczająco dużo czasu, aby wyrównać. Wybitne zespoły potrafią grać przeciwko nie tylko jedenastu rywalom, ale 80 tysiącom fanów i trójce sędziów. Zwalanie winy jest sztuką tanią i niegodną wielkiego klubu. Aczkolwiek przeprosiny można usłyszeć ;-)
(fot. BBC)
(fot. BBC)
Categories
Bluetiful moments
Subscribe to:
Posts (Atom)
