Blogging about my interests when the time allows. Copy+pasting my writing from elsewhere when copyrights allow.
Showing posts with label And Now for Something Completely Different. Show all posts
Showing posts with label And Now for Something Completely Different. Show all posts
2 Jun 2012
EN / Colourful nature of world affairs
The world is colourful. It is, at least, a conclusion that can be drawn from enjoying the Mappa series by Alighiero Boetti that until recently were displayed in London’s Tate Modern.
The exhibition, by name – “Game Plan” – with geopolitical connotations, offered an opportunity to experience how international affairs can be presented in arts.
24 May 2012
PL / Rozmowy w Monachium
Pasja jest najważniejsza. Są miejsca, sprawy, ludzie, rzeczy, które powodują, że uśmiech natychmiast gości na naszych twarzach i natychmiast inaczej patrzymy na codzienne bolączki. Czasami ma to charakter niesamowicie wysublimowany, choć wyrażony w trywialnych formach.
19 Nov 2011
Anti-MBA in 2 hours
“Anything You Want: 40 Lessons for a New Kind of Entrepreneur” (2011) by Derek Sivers
A simply story of how one man’s passion led to a success he had never dreamt of or even wanted. Using a no-nonsense language, Sivers explains how commitment and sticking to his values made his dreams come true, earned him a decent fortune and caused a misery. If you ever thought about taking a MBA course, this book will teach you everything that you wouldn't have learnt there.
Categories
And Now for Something Completely Different
31 Mar 2009
Pędzące Jurostary
Ów jegomość (wybaczcie moje maniery - jeszcze zaspany się nie przedstawiłem, ani nie zapytałem o godność) dzielił się spostrzeżeniami o współczesnej Unii Europejskiej oraz możliwościami, jakie otwiera ona przed młodym pokoleniem. Naszym pokoleniem. Cztery filary współczesnej Europy otworzyły niemal wszystkie granice; podróżowanie oraz pracowanie stało się banalnie proste i uniwersalnie dostępne. Wszystko zależy od chęci i ambicji jednostek, a "the sky is the limit", jakby powiedzieli nadal eurosceptyczni Brytyjczycy. O smakowaniu owoców z tej kiści europejskiej integracji słyszałem już wielokrotnie rozmowach z Rodzicami i Bliskimi. Nie dalej jak miesiąc temu, jeden z moich wykładowców wskazał na aulę pełną studentów mówiąc, że to my jesteśmy przyszłością Starego Kontynentu. Mobilni, znający języki, nie bojący się zmian otoczenia.
Współczesna generacja, niczym Eurostar, szybko pokonuje wzdłuż i wszerz Europę - pola Beneluksu, Kanał La Manche, podnóża Alp. Nie pamiętając nawet, że kiedyś było inaczej.
Kolację zjadłem w Hadze, na party pojechałem do Amsterdamu. Następnego dnia byłem już umówionym ze znajomymi na lunch w nadmorskiej kawiarence w Brighton, aby przedyskutować pomysł wypadu na kilka dni "w stronę słońca", na południe Europy. Większość delegatów na haski WorldMun, przed powrotem w rodzinne/uczelniane strony, znowu rozjechała się po całym kontynencie. Skandynawia, Alpy, Europa Wschodnia, Bałkany, wybrzeże Morza Śródziemnego - aby wymienić tylko najbardziej oczywiste kierunki i nie wspominać tych, którzy polecieli do Azji czy za Ocean. Sam też pewnie byłbym teraz gdzieś w drodze, gdyby nie koncert Simply Red podczas ich pożegnalnej trasy koncertowej. Zagonieni (zalatani? zajeżdżeni?) zapominamy, jak poszerzyły się horyzonty możliwości i wyborów; a także formy kształtowania osobowości oraz przyszłych ścieżek - kim jesteśmy, kim być chcemy.
Konferencja, o której wyżej wspominałem, była stymulacją obrad różnych międzynarodowych komisji, głównie zrzeszonych wokół Organizacji Narodów Zjednoczonych. Model United Nations (MUN) cieszy się coraz większym zainteresowaniem, tym razem znowu pobito rekord – 2500 delegatów. Warto dodać, że pierwsza na światową skalę edycja harwardzkiej konferencji miała miejsce w Polsce - w Międzyzdrojach (1992r). Śmiało padały hasła mówiące o generacji przyszłych liderów. "Moja" Światowa Organizacja Handlu dyskutowała kwestie barier handlowych i wyrównaniu szans między globalnym Południem a Północą. Smaczku dyskusji dodawał zapewne fakt, iż przyszło mi reprezentować Wenezuelę. Nie brakowało pokazywania palcem na Stany Zjednoczone, czerwonych krawatów, cytatów z Josepha Stiglitza oraz anty-imperialistycznych określeń. Nieco wysublimowana forma rozrywki oraz praktycznego treningu dla młodego pokolenia.
Konferencja była też znakomitą okazją, aby zdobyć kolejne argumenty w dyskusji „Holandia a Niderlandy”. Nederlands składają się z 12 prowincji. Dwie z nich są zarazem najbogatsze i najpopularniejsze historycznie – Holandia Północna (Amsterdam) oraz Południowa (Haga, Rotterdam). Reprezentacji Holandii nie reprezentuje więc całego narodu, a jedynie sześć milionów mieszkańców tychże prowincji. Miło się zaskoczyłem, kiedy znalazłem specjalnie poświęconą temu zagadnieniu podstronę na Wikipedii. Podobny błąd popełnia się także względem Wielkiej Brytanii. Anglia, wszak, nie jest wyspą. Kiedy będziecie pędzić Eurostarem przez Europę i przypadkowo zagadany towarzysz podróży powie, że jest z Holandii, dopytajcie: „Czy aby na pewno?”
PS. Nie napisałem m.in. o:
- Fryzjerze, którzy zachwycał się nazistami;
- Muzułmaninie w koszulce Ajaksu, który krzyczał na placu Dam, że nienawidzi Jezusa;
- Zakurzonym mieście nad kanałami;
- Zakazu sprzedaży alkohol wysokoprocentowych po 17.
- Nie-wizycie w muzeum Van Gogha
Categories
And Now for Something Completely Different
3 Feb 2009
Kolejny nowy dziennikarz
Nie tak dawno pisałem, że do stopki redakcyjnej Daily Telegraph dołączył José Mourinho. Zaledwie kilka akapitów subiektywnych przemyśleń Portugalczyka, ale szumu w tym światku i tak to narobiło. Gazety zaczynają się więc prześcigać nie w jakości tekstów, ale popularności nazwisk dziennikarzy. W ramach klasycznej już teorii, że pisać każdy może.
Nie minęło kilka dni od felietoniku Mourinho, a w redakcji kiedyś-lewicowego the Guardian na gościnnych występach pojawił się Rio Ferdinand. Co ciekawe, od razu rzucono go na głęboką wodę - 10 Downing Street i wywiad z premierem Wielkiej Brytanii, Gordonem Brownem. Zaprawdę ciekawy zapis tej rozmowy (do wywiadu trochę brakuje), w którym szkocki polityk sam zaczął wypytywać piłkarza Manchesteru United. Czy z ciekawości, czy z dziennikarskiej nieporadności - nie wiem. O ile o palącym trawkę Ferdinandzie nic nowego się nie dowiedziałem ("yeah, bruv!"), o tyle do premiera nabrałem trochę sympatii. Szkoda, że za te setki miliardów funtów, które wydał na banki, można by było za darmo wysłać na uniwersytety dwadzieścia roczników obywateli brytyjskich zamiast kazać im płacić rok w rok po kilka tysięcy...
I jeszcze krótki wycinek rozmowy:
GB: Yes, and I think it will take a bit of time but I hope we will be able to persuade them. The Olympics is such a big event and you guys should have the chance to win Olympic gold. You will still be young by then [laughs].
RF: I will be one of the two players over 30.
GB: It's two over 23 I think.
RF: Surely I've got to be one of them! I'll be campaigning for that.
GB: Well, one of them will probably be a goalkeeper, and one of them will be you.
RF: Me and David Seaman then.
Categories
And Now for Something Completely Different
25 Jan 2009
Nowy dziennikarz Telegraph
Ciekawe, czy to tylko epizodyczna przygoda, czy też przemyślenia José Mourinho będzie można czytać w miarę regularnie. Portugalczyk pokazuje, że jak nikt we współczesnym futbolu potrafi rządzić mediami. Smaczku dodaje nadchodzący dwumecz z Manchesterem United, kiedy trener Interu nie zmarnuje swojego miejsca na łamach poczytnej gazety.
Categories
And Now for Something Completely Different
10 Jan 2009
Heineken and the City
Już raz zdarzyło mi się popełnić notkę o podobnym tytule, aczkolwiek z zupełnie innego powodu. Ostatni dzień letniego okienka transferowego i coś zaskakującego wydarzyło się w "błękitnym" Manchesterze.
Tym razem, blogowy wpis luźno związany ze sportem. Aczkolwiek, znacznie bliższy pewnemu amerykańskiemu serialowi, którego krytykiem jestem ogromnym. Gratka dla kibiców zza szklanego ekranu. Choć miłośnikiem pewnego złocistego trunku nie jestem, Heineken urzekł mnie swoją najnowszą niderlandzką reklamą. Genialną, wręcz.
PS. Od 2005 roku, browar Heineken ma wyłączność na sprzedaż piwa na terenie Stamford Bridge. Ot, ciekawostka.
Categories
And Now for Something Completely Different
12 Nov 2008
Katie śpiewa i dla mnie
Idąc na koncert zastanawialiśmy się, czy ludzie faktycznie chcieliby pójść dwa lub więcej razy na koncert danego artysty. Opuszczając salę Brighton Centre znałem już odpowiedź w tej kwestii. Na taki koncert – ZAWSZE!
Spodziewałem się, że impreza będzie utrzymana w unpluggedowym klimacie, z cichymi aranżacjami, kilkoma towarzyszącymi muzykami na scenie. Miło się zaskoczyłem, bowiem choć nostalgicznych momentów nie brakowało, generalnie było naprawdę głośno. Zabrakło mi dwóch piosenek ("Blame it to the moon" oraz "Belfast"), ale wykonania wszystkich pozostałych nie różniły się w ogóle ode wersji studyjnych. Katevan Melua zdała mój egzamin "live" na scenie, obroniła swój piękny głos i przez półtorej godziny koncertu prezentowała się po prostu świetnie. To tak w telegraficznym skrócie.
Czuję się trochę spokojniejszy po tym, co przeżyłem we wtorkowy wieczór. Do tej pory większość moich ulubionych artystów albo występowała na tamtym świecie, albo szczyt kariery miała daleko za sobą. Cukierkowo piękna Katie dała nowe tchnienie w moje muzyczne inspiracje, a także sygnał, iż ludzie grający muzykę bliską moim oczekiwaniom niekoniecznie muszą być dwa razy starsi ode mnie. A to, muszę przyznać, jest istotnym powiewem optymizmu.
Categories
And Now for Something Completely Different
27 Sept 2008
Z Florydy przez Łódź do Boltonu
Czytając wpisy na blogsporcie zebrałem kilka wolnych myśli. Charakter postu może być trochę chaotyczny, bowiem prowadzę mały wyścig z czasem i nie mogą sobie tym razem pozwolić na dopracowanie tej notki. Proszę o wyrozumiałość.Zaintrygowała mnie informacja dostarczona przez „Świat koszykówki” o nowych koszulkach zespołu z Florydy. W dużej mierze świadczy o integralności europejskiego futbolu z amerykańskimi superligami. Jednakże rzadko się zdarza, aby sportowy wzór popłynął ze „starszego” wybrzeża Atlantyku. Włodarze amerykańskich drużyn poszli w soccerowe ślady i coraz częściej zmieniają modele koszulek, aby tylko podreperować nadszarpnięte indywidualnymi kontraktami budżety. Oceniając wielkość USA oraz popularność zawodowych lig za granicą, kluby Premiership mogą o takiej sprzedaży tylko pomarzyć.
Choć nie znalazłem dokładnych informacji, kto i ile zarobił na nowym numerze Kobe’ego Bryanta (wierzycie w bajkę o ulubionym numerze ze szkoły średniej?), ale i tak niektóre liczby robią wrażenie. Skończyły się czasy, kiedy koszulka NBA była aktualna tak długo jak dany zawodnik nie zmienił zespołu. Ktoś sobie pluje w brodę, że pomysł nie pojawił się wcześniej, kiedy liga koszykówki przeżywała boom w latach ’90. i niemalże każdy dałby się wówczas za takową pociąć. Wyobrażacie sobie ile zarobiłby władze NBA, gdyby taki Michael Jordan grał co dwa lata w innym modelu? Zmiany, które następowały, były minimalne, niemalże niczym korekty.
Co więcej, zszokowała mnie sama prezentacja nowego modelu koszulek. Przypominała ona bardziej występ przygotowany przez licealny teatrzyk bądź kumpli z akademika, a nie profesjonalistów. Jeżeli ktoś reklamuje nowy model czegokolwiek, chce to sprzedać. Formuły zaprezentowanej przez Orlando nikt nie kupi w Chinach. Pójść należało drogą Bayernu Monachium. Kicz w Europie, szał w Azji. Choć tutaj ciekaw jestem opinii SiMa.
Informacje o Magics przypomniały mi także o jednej z pierwszych notek na tym blogu, o Rickim Horrowie. Człowiek-legenda w amerykańskim biznesie sportowym, który ma na koncie sprowadzenie obu drużyn NBA na Florydę. Fajnie było poznać go rok temu i trochę pomailować. Inna sprawa, że czytając tamten wpis aż prosi się o poprawienie wielu błędów językowych (składnia, gramatyka, ortografia!!). Przynajmniej mam porównanie, jaki postęp nastąpił w moim angielskim w przeciągu ostatnich 12 miesięcy.
Zrobił na mnie wrażenie monolog-rzeka Marcina Gortata, wysłuchany i dobrze prowadzony przez Łukasza Ceglińskiego. Z resztą, nie tylko na mnie. Chłopak, któremu spełniło się więcej marzeń aniżeli sam oczekiwał, jest nadal skromną osobą. Cieszy się bogactwem i popularnością, ale nie chełpi i gwiazdorzy. Ma więcej, ale jest taki sam. I pamięta o wszystkich, którzy pomogli mu trafić do NBA. Pomaga młodym adeptom kosza. Widziałem wiele wywiadów z Gortatem i wszędzie wymienia te same osoby. Co ciekawe, w tym gronie jest także mój nauczyciel w-fu z czasów liceum, Konrad Skupień. Spotkałem go w styczniu tego roku podczas studniówkowej próby i zapytałem o zawodnika Magic. – Fajny, spokojny chłopak. Cieszę się, że mu się udało – usłyszałem spokojnie w odpowiedzi.
Jakiś czas temu zaczęło mnie nurtować, czy Gortata nie spotkałem wcześniej na parkietach, bowiem jego przygoda z ŁKS-em zbiegła się w czasie z moją w Starcie Łódź. Mini-dochodzenie przeprowadzone z kolegami z zespołu odpowiedzi nie przyniosło, a historii dorabiać nie chcę. Mój znajomy grał w czasach szkolnych przeciwko Carlosowi Veli (obecnie Arsenal), dlaczego ja miałby nie zagrać przeciwko zawodnikowi NBA ;-) Tym niemniej, czytając wypowiedzi Marcina cieszyłem się jego szczęściem.
I wtedy pojawił się kolejny bohater tej opowieści urodzony z Łodzi, Euzebiusz Smolarek. Dokładniej, wpis Michała Pola o konferencji prasowej w Boltonie. Choć, czytając komentarze, dziennikarz Polsatu Jakub Górski szczerze przyznał, że trochę „ostro” przywitał piłkarza, niesmak pozostał. Na tym poziomie i za te pieniądze zawodnik musi być profesjonalistą, nawet jeżeli od roku wiatr wiele mu w twarz. Ciekawe, czy wytransferowany do HJK Helsinki udzielałby wywiadów polskim mediom po finsku? Smolarek zapomniał o gościnności, na której sam chce zarabiać. W historii futbolu bywało gorąco w sali konferencyjnej i nikt nie uciekał. Fajnie jest słyszeć przyjemne pytania, ale za swoje czyny (tudzież gesty) także trzeba umieć odpowiadać. Prestiż nagrody „Piłkarza Roku” od tygodnika „Piłka Nożna” trochę podupadł. Choć już nie pierwszy raz.
Categories
And Now for Something Completely Different,
el Fútbol
15 Sept 2008
Aha, czyli Polska ma już swoją Connie?
Tak szczerze, ja bym czuł się oszukany. Telewizyjna papka w polskojęzycznym sequelu. Podczas intro jest taka scena koło żurawia w Gdańsku, gdzie bodajże Szymon Hołownia mówi o unikalności tego programu. Ależ przecież dokładnie to samo już wszędzie było, cóż za hipokryzja! Głupota płynie w dół, na całym świecie każda edycja takich widowisk przebiega w ten sam sposób. "Ciemny lud" kupuje to i kupuje.
Dostałem dziś linka do utworu "Dziwny jest ten świat" w wieku 11-letniej dziewczynki. Fair play, wykonanie cudne, ale... To raczej producenci znaleźli i zachęcili Karolinę, aby przyszła na casting, by w społeczeństwie wypełnić "wzruszającą lukę Connie". Piosenka Czesława Niemena jest napełniona w Polsce tak samo mocną dawką emocji i wspomnień, jak "Over the rainbow" Judy Garland/Evy Cassidy dla widzów anglojęzycznych. Takie piosenki zawsze wzruszają, zwłaszcza śpiewane przez dzieci o kamiennych twarzach i bez bagażu doświadczeń, które mogą dokładnie nie rozumieć ich przesłania. Łzy Agnieszki Chylińskiej były zapewne naturalne, tak jak wielu oglądających ten program. Ot, chwyt socjo(psycho?)-techniczny. Tym niemniej, wykonanie Connie Talbot było sto razy bardziej naturalne i cieplejsze. Sorry.
Jakby ktoś jakimś cudem jeszcze o 6-letniej Angielce nie słyszał, można szybko dołączyć do grona kilkudziesięciu milionów.
Każdy kraj ma więc swój talent, o ironio, wierzcie mi lub nie, każdy ma swoją Connie, aby się nią podniecać. Nic, tylko powiedzieć wyświechtaną linijkę: "każdy swój rozum ma". W tej całej identyczności mam jeszcze dwa główne spostrzeżenia:
- a) czy reżyser takiego programu dostał jakąkolwiek swobodę "tworzenia" czy też musi jechać po nakreślonej przez specjalistów/licencję linii?
- b) czy Polska odważyłaby się na operowego zwycięzcę?
Programu oglądać i tak nie będę, chyba że dostanę jakiegoś linka na youTubie. Pomimo to, gorąco kciuki ściskam za Audiofeels. W poznańskich kręgach są już dobrze znani, a ich talent zaprawdę budzi moje uznanie. Podziękowania dla Jana, który już jakiś czas temu zaprezentował mi ich muzykę. W FM-ie dostałbyś 20 ze scoutingu ;-)
Edit: właśnie znalazłem notkę z "Gramy do końca", warto rzucić okiem. Tej wersji "Robbie Loe d'Amour" jeszcze nie słyszałem.
Categories
And Now for Something Completely Different
8 Sept 2008
Polki z brązowym medalem!
Piszę, bo chyba nikt o tym nie wie. W telegraficznym skrócie: polska para dziewcząt, Monika Brzostek oraz Karolina Sowala zajęła trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata U-21 w siatkówce plażowej. Zawody rozegrano w dniach 3-7 września w Brighton.Po raz pierwszy w historii, turniej tej rangi zawitał do Wielkiej Brytanii. Jak nie trudno się spodziewać, został przywitany deszczową pogodą, która jednakże nie zniechęciła zawodników do rywalizacji. Choć od początku padało, czasami nawet rzęsiście, żaden z meczów nie został przerwany. Tym niemniej, niektóre pary potrafiły odnaleźć się w tych warunkach lepiej, aniżeli inne. Dopisało dopiero w ostatnim dniu imprezy, kiedy na placu boju pozostali jedynie najlepsi.
W rywalizacji dziewcząt, duet Brzostek/Sowala od początku był wymieniany w gronie faworytów. Dziewczyny przegrały dopiero w półfinale z holenderską parą van Gestel/Stiekema. Niderlandzkie zawodniczki zaczęły mecz od łatwego prowadzenia 5:0 i psychologiczną przewagę utrzymały od końca, wygrywając 21:14 oraz 21:16. Polki były zbyt spięte, by nie powiedzieć - zestresowane. Nie bez problemu pokonały także Szwajcarki Goricanec/Sciarini w walce o brąz. Mecz rozstrzygnął dopiero tie-break, kiedy helwecki zespół wyraźnie opadł z sił.
Druga polska para dziewcząt odpadłą tuż po wyjściu z grupy. Czeszki Kolocova/Slukova były do pokonania, ale duet Paszek/Gałek stracił zbyt wiele łatwych punktów w 1/8 finału rozgrywek. Serwisy w siatkę lub aut, mało ruchów oraz pozwalanie piłkom dotknąć piasku bez walki o nie. W holenderskim finale zawodów wygrała para van Iersel/Remmers, która w identycznie przebiegających setach pokonała van Gestel/Stiekema po 21:14.
Jeszcze ciekawiej było u mężczyzn. W kwalifikacjach odpadła polska para Wojtasik/Leżnicki. Sympatyczni chłopcy grali świetnie, ale los chciał, iż w meczu o fazę grupową przyszło im zmierzyć się z braćmi Ingrosso. Nie ukrywam, byłem zaskoczony, że Włochom kazano rywalizować od kwalifikacji, ponieważ prezentowali poziom światowy. Co więcej, od początku widziałem ich w roli głównych kandydatów do zwycięstwa w całym turnieju!
Bracia Paolo i Matteo Ingrosso to bliźniaki, których należy zapamiętać. Dysponują niesamowitą techniką oraz siłą, są przy tym świetnie nastawieni merytorycznie do pojedynków, a nad siatką potrafią zawisnąć w powietrzu niczym Michael Jordan nad koszem. I choć ostatecznie nie wygrali zawodów to trzecie miejsce na świecie także jest sukcesem.
Bracia Paolo i Matteo Ingrosso to bliźniaki, których należy zapamiętać. Dysponują niesamowitą techniką oraz siłą, są przy tym świetnie nastawieni merytorycznie do pojedynków, a nad siatką potrafią zawisnąć w powietrzu niczym Michael Jordan nad koszem. I choć ostatecznie nie wygrali zawodów to trzecie miejsce na świecie także jest sukcesem.W kuluarowych rozmowach murowanymi faworytami oficjeli do medalu była inna polska para, Michał Kądziała oraz Jakub Szałankiewicz. Nie tracąc seta przeszli przez fazę grupową, a następnie w 1/8 finału pokonali po trzysetowej walce Australijczyków. Ale w ćwierćfinale wpadli na Holendrów, których dzień wcześniej łatwo pokonali w grupie, Varenhorst/Brouwer. Tym razem karta nie sprzyjała, Polacy gładko i niespodziewanie łatwo polegli 21:13 oraz 21:14. I choć podobno nieźle sobie radzą w imprezach World Tour, kciuków za nich trzymać nie będę. Dwóch zarozumiałych chłopców, którzy pardone my French wyżej srają niż mają. Nie każda zawodnik jest miłą osobą, ale tym razem mam nadzieję, że porażki w rywalizacjach oczyszczą sport z chamów i prostaków. Bluźnić na partnera oraz sędziego, agresywnie zwalać winę na każdego do okoła, zachowywać się jak gwiazdor poza boiskiem - niech zostanie to w granicach szesnastotysięcznego Staszowa. Rację miał ich trener Czesław Kolpe, który powiedział:
"Aż się boję, czy to nie za dużo, jak na ich 19-letnie głowy
Niesamowity był duet Niemców Matthias Penk oraz Alexander Walkenhorst z Berlina. Pierwszy miał chyba najsilniejsze uderzenie serwisowe turnieju (średnio ok. 80 km/h, bardzo dużo jak na plażówkę!), a drugi potrafił porwać trybuny determinacją oraz okazywaniem radości - świetni zawodnicy. Ciężko mi się wypowiadać o rywalizacji dziewcząt, ale pojedynki chłopców spokojnie dorywnywały poziomem seniorów z World Tour.
Po meczu o trzecie miejsce w kategorii żeńskiej miałem okazję przekonać się jak przeprowadzane są testy antydopingowe wedle międzynarodowych standardów. Do kontroli została wylosowana Karolina Sowala, a mnie poproszono o tłumaczenie oraz pracę w roli "player's representative". I choć trochę długo to trwało, doświadczenie było niesamowite.
Poznać psychikę zawodnika na minuty po wygranym meczu, empatycznie widzieć wydarzenia dookoła oczami takiej osoby. Co siedzi w głowie, o czym może myśleć, jak wszystko postrzegać. Po tej szczypcie obowiązków, z których musiałem się wywiązać, czuję, iż byłbym świetnym agentem sportowym, choć tak bardzo pracę wielu z nich potępiam. Karolinie i Monice życzę powodzenia podczas nadchodzących imprez w Brazylii oraz Arabii Saudyjskiej. Szczere, prostolinijne osoby, które są niesamowicie sympatyczne i oddane swojej siatkarskiej pasji. Za te dziewczyny kciuki trzymać będę!
Fajnie było dostać lekcję, jak powinien zachować polityk w rozmowie ze zwykłym obywatelem, kiedy uciąłem pogawędkę z burmistrzem Brighton i Hove, Garrym Dunnem. Znakomitym doświadczeniem było pracować z Denise Austin, która jest uznawana w Wielkiej Brytanii za jedną z najlepszych zawodniczek w historii plażówki w tym kraju. Wszyscy działający w angielskiej federacji siatkarskiej to wielcy pasjonaci tej dyscypliny, którzy chętnie tłumaczyli przeróżne zawiłości, nie stronili od pomocy fizycznych obowiązkach na boisku oraz rozmów z najmłodszymi wolontariuszami. Wzór godny naśladowania!
Obudziłem się dziś i trochę żałowałem, że nie usłyszę znowu wszystkich tych (chyba) szwedzkich okrzyków "hoppa" (może hawajskie "ho'opa'"?) z ust zawodników z całego świata. Atmosfera wszelkiego turnieju zawsze jest fajna, kiedy przez kilka dni lub tygodni można obcować z różnymi ludzmi, których łączy wspólna pasja do sportu. Przepracowałem prawie osiemdziesiąt godzin i choć nie dostałem za to nawet grosza/pensa/centa, doświadczenie może się przydać. A nawet jeżeli nie, przynajmniej się świetnie bawiłem. Szkoda tych artykułów, które próbowałem pisać po długich dniach na plaży. Na bieżąco chciałem informować Was o tym, co się dzieje w Brighton, ale mój laptop średnio po półgodzinie pisania odmawiał posłuszeństwa.
P.S. A jednak ktoś zdążył o wyniku Polek usłyszeć ;-)
P.S. A jednak ktoś zdążył o wyniku Polek usłyszeć ;-)
Categories
And Now for Something Completely Different
14 Aug 2008
Polacy wrócą z kilkunastoma medalami!
Ciężka jest dola kibica zapatrzonego w olimpijskie występy reprezentantów Polski. Patriotyzm podczas pekińskich IO przyprawia o depresję. Albo więc zaczniemy się cieszyć faktem Olimpiady oraz sportowych zmagań, bądź potraktuje to bardzo na luzie i z humorem. Blogsport wydaje się być wymarzonym miejscem w te trudne dni ;-)Ale jest jeszcze szansa na medale! Ba, kilkanaście! Wystarczy ich na podium zameldują się siatkarze ;-)
Categories
And Now for Something Completely Different
11 Aug 2008
Something optimistic
I don’t post too many notes about my private life here. Well, hardly any, to be honest. Different things had motivated me to start blogging, but I decided to focus on more serious issues than an one person’s life. Let’s keep those stories for my official biography ;) This exception makes a rule.It was very late last night, when I met someone, whose perception of living in England is exactly the same as mine is. Funny enough, I had been commencing my third year here last month and, with all my happiness of being here and thankfulness to this land, ever since no-one understood my complains about local way of existence and behaviour. Not that accurate to my expectancy and standards, what has to be said. That young person needed less than a week in this country to share same thoughts and describe it with the same words. As I clearly saw, I may not be that weird yet. At least, I won’t be the only one, although our incidental meeting occurred in quite specific circumstances. A train station simply means many directions to go to, different trains to take. Quick, not lasting long.
But would have I mentioned that story here if I hadn’t seen “Lost in Translation” movie few hours later? It wasn’t planned, either. I was randomly called by my mate to visit a new house. “Do I fancy to watch a move? Well, why not! So what do you have?”. I had watch Sofia Coppola’s movie before, but politely couldn’t refuse. Having last night’s memories still fresh, it was nice to find many similarities to movie main characters. Actually, it was like to see my own story on the screen. Quite inspiriting, I have to admit. Living abroad in new culture, among new people, being worried of losing important words and feelings in translation, having interlingual relationships. For those, how haven’t seen this movie yet, I strongly recommend it.
Remember: positive, warm and optimistic (movie) emotions don’t always come with stereotypic big boom boom happy endings. It may also apply to this note ;-)
I’m sorry for bothering those, who were expecting a sports note here. With all my commitments and time restrictions, I can’t afford to have two blogs, hence I put everything here. As I wanted to share this particular note with people I spend most of my life recently, it’s written in English. Cheers to all of you fellas!
PS. All songs you can hear now (“Alone in Kyoto” by AIR, “On the Subway” by Brian Reitzell and Roger J. Manning Jr., “When Doves Cry” by Patti Smith) are from “Lost in Translation” movie. Enjoy! And don’t get scared by Bill Murray’s version of Roxy Music’s “More than this”!
PS2. Blimey, how really does sound it?
Photographer: Are you drinking, no?Bob: Am I drinking? As soon as I'm done.
Bob Harris singing "More than this"
Categories
And Now for Something Completely Different
1 Aug 2008
Coś się dzieje "over the Pond"
Podczas meczu Minnesoty Twin z White Sox'ami, kibice zaczęli wrzucać na boisko czapki i piłki. Pałek przy sobie nie mięli. Spotkanie przerwano, a obie strony komentują zachowanie fanów jako skandaliczne. Żeby wiedzieli, co się dzieje na Starym Kontynencie. Niech spytająLuisa Figo.
Inny klub z Minnesoty, Timberwolves, zmieniają stroje. Sacramento King również. Magic także. Podobnie spora część ekip z NHL. Niedługo mają się pojawić nowe kroje bluz kilku ekip NFL. Amerykanie podchwycili europejską modę na robienie z fanów bałwanów i teraz rok w rok będą wydawali nowe modele. Czasy koszulek Chicago Bulls aktualnych przez 10 sezonów - minęły. Podobnie jak hegemonia tej drużyny. Zmieniają się mistrzowie, zmieniają barwy. "Ciemny lud", zapatrzeni fanatycy i tak (dosłownie) to kupi. A w kasach dolarów, funtów, euro nigdy za mało. Tylko w Ojczyźnie "ciemni" to nadal ci rządzący i tego potencjału nie potrafią odkryć. W sumie, ich strata.
Już się nie mogę doczekać aż dołączę do tegosezonowej armii "ciemnych consumerów" i kupię dwa nowe modele koszulek Chelsea. Muszę się pośpieszyć, bo i tak za rok coś zmienią.
PS. Bardziej fachowo na lepszej wersji krykieta znają się tutaj. Jakby notki były pisane bardziej w publicystyczny sposób, więcej osób zainteresowałoby się tą egzotyczną w Polsce dyscypliną sportu. Widać amerykańska miłość do cyferek zawładnęła i w Europie.
PS. Bardziej fachowo na lepszej wersji krykieta znają się tutaj. Jakby notki były pisane bardziej w publicystyczny sposób, więcej osób zainteresowałoby się tą egzotyczną w Polsce dyscypliną sportu. Widać amerykańska miłość do cyferek zawładnęła i w Europie.
Categories
And Now for Something Completely Different
31 Jul 2008
Basen ze szczyptą fantazją
Wszak, skąd mogłem wiedzieć, iż miał już przygotowany kosztorys swojego basen i dokładnie wiedział, ile potrzebuje? De facto, rozchodziło się o błahe milion baksów. Wywalone w wodę, nie błoto!
Niektórzy jak budują baseny, mają jednak wyobraźnię. I „jedynka” z DC na pewno do nich należy! Jak przyznał Arenas, ten brodzik jeszcze nie jest ukończony, ale już teraz robi wrażenie brawurowym wykonaniem, pomysłem oraz bogactwem. Grota z LCD na ścianie – przecieramy oczy! Pełną listę tego, na co oprócz wody składa się basen GA, można znaleźć na blogu Washington Post. Tam też, znacznie więcej zdjęć tego cudeńka w domowym ogródku.
O wszystkim dowiedziałem się dzięki „Ball don’t lie”. Świetny blog, który w miarę regularnie przeglądam, ale do tej pory nie wiem, dlaczego „don’t”, a nie „doesn’t”...
Googlujący mogą zerknąć na subiektywną listę najfajniejszych basenów AD 2007 oraz 2008. Z pewnością fantastyczna inwestycja Arenasa znajdzie swoje miejsce w tym elitarnym gronie.
Categories
And Now for Something Completely Different
25 Jul 2008
Dark Knight? Polecam!
Sceptycznie podchodzę do ekranizacji komiksowych przygód. Robiło to już wielu, wiele razy. Medialna nagonka, chcąca zapchać kina stadami owiec, mnie zniechęca. A jednak dałem się przekonać samemu sobie, iż może warto dać tym razem szansę. Oj, warto!Nad samym filmem specjalnie się rozpływać nie będę. Przed wejście do kina byłem świadom, iż nie zobaczę kropli krwi (więcej dzieciaków obejrzy film w USA), a bohaterowie raz po raz bez szwanku będą spadać z 10 metrów. Kompromitować się sugestiami o głębię, społeczne znaczenie, nie ma co. Ciężko wszak na to liczyć oglądając „Batmana”! Przyszła pora nakręcić kolejne przygody kreskowego superbohatera, żeby wytwórnie filmowe mogły zarobić oczekiwane krocie, a gwiazdy zdobyć blask – i tak też się stało. Ale styl naprawdę budzi uznanie.
Potocznie rzecz ujmując, aktorzy nie odwalili chałtury. Chrisa Bale’a i Heatha Ledgera widziałem w wielu filmach. Ale tym najnowszym, muszę przyznać, mnie zdobyli. Pierwszoplanowi aktorzy w niesamowitych kreacjach. Oszczędzę w tym miejscu mojej subiektywnej i niezasłużonej oceny Ledgera przez pryzmat okoliczności jego śmierci. W moim systemie wartości, moment odejścia jest równie ważny, jak styl i sposób życia. Tego się rozdzielić nie da, ani zapomnieć przy ocenie z dłuższej perspektywy.
Tym niemniej, rola Jokera została odegrana per-fek-cyj-nie. Po prostu genialnie. Mój prosty sposób oceny aktora polega na odpowiedzi na pytanie: czy ja bym tak potrafił zagrać? To, co zaprezentował Ledger, uważam za mistrzostwo świata. Szkoda, że kwintesencja jego talentu przyszła na film o Batmanie (to ma zabrzmieć pejoratywnie), a nie ambitniejszej merytorycznie produkcji. Niestety, kolejnej szansy już nie będzie. Oglądając film polecam zwrócić uwagę na mimikę Jokera, jego tiki nerwowe oraz sposób poruszania się. To wszystko, połączone ze złożonymi dialogami oraz charakterystyczną tonacją wymowy, śmiało pozwala wychwalić grę australijskiego artysty.
Za pierwszoplanowymi aktorami świetnie zaprezentowali się weterani światowego kina, grając role drugoplanowe. Gary Oldman, Michael Caine oraz Morgan Freeman przyzwyczaili widzów do gry na najwyższym poziomie i ich „batmańskie” kreacje wydają się stworzone w sposób niemalże naturalny, bez potrzeby zbędnego wysiłku. Książkowe przykłady gry w tle.
Czy warto obejrzeć? Oczywiście. Choćby dla tego uczucia, wychodząc z kina i myśląc o wielkim artystycznym talencie, który się na zawsze zmarnował chcąc wytrzymać nieludzkie tempo współczesnego świata. Pół roku po śmierci, Australijczyk znów jest na ustach widzów. Nie dzięki PR-owi, marketingowi i reklamie, ale talentowi.
Najlepszy film w historii? Nie. To, co grą zdobyli aktorzy, ekranizacja straciła jeszcze „przed startem” – fabułą, charakterem filmu, wymogami licencyjnymi. Tym bardziej szkoda Ledgera.
Categories
And Now for Something Completely Different
10 Jul 2008
Brakująca literka Ramireza
Tym nie mniej, tegoroczne głosowanie wygrał nie David Beckham (ha! zaskoczeni?), a jego klubowy kolega i znany w LA niemalże jak Kobe Bryant, Landon Donovan! Długo prowadził i tuż za nim uplasował się... oczywiście, że Beckham ;-) Aby dopełnić formalności, trzeci na pudle zameldował się Cuauhtémoc Blanco, który przeszło 10 lat temu po raz pierwszy zaszokował świat w meczu z Koreą Południową "cuauhtemiñą" i pojawił się w popularnej świadomości piłkarskiej. Tegoroczna nominacja niczym prezent na jubileusz.
Cała jedenastka (3-4-1-2) wygląda następująco:
Reis - Parkhurst, Hejduk, Conrad - Beckham, Blanco, Joseph, Kljestan - Rogers - Donovan, Cooper
Miło widzieć aż trzech piłkarzy z New England Revolution, a zwłaszcza Shalrie Joseph. Ten znakomity pomocnik urzekł mnie swoją grą od mecz z Chivas USA przed dwoma laty, na którym miałem przyjemność być, i miło mi obserwować wzrost jego popularności także w świadomości masowej. Brakuje mi strasznie w tej drużynie Taylora Twellmana, ale wina w tym jest doprawdy niczyja. Taylor od listopada [sic!] nie gra z powodu kontuzji i zaczynam się obawiać o dalszą karierę tego snajpera. W jego miejscu pojawił się Kenny Cooper z Dallas. Nazwisko tego napastnika na moim pulpicie jest od kilku miesięcy i systematycznie przypomina mi, aby zebrał o nim trochę więcej materiałów i napisał jakiś artykuł do iGola. To jest jeden z tych graczy, który z piłką przy nodze ma straszny ciąg na bramkę, a nawet jeżeli nie ma futbolówki – wie gdzie ta spadnie. Ponadto, szlifowali go w Manchesterze United.
Jeżeli ciekawostek byłoby Wam mało: portal Yanks Abroad opisując przebieg kariery Jimmy’ego Conrada wspomniał niemalże o wszystkim, ale zapomniał o jedynym epizodzie, kiedy ten obrońca grał za granicą (Yanks ABROAD jakby nie było). Nawet nie chciałoby mi się tego wspominać, gdyby tym jedynym zagraniczym klubem nie był w 2000 roku... polski Lech Poznań! Ot, ciekawostka.
Jeżeli ciekawostek byłoby Wam mało: portal Yanks Abroad opisując przebieg kariery Jimmy’ego Conrada wspomniał niemalże o wszystkim, ale zapomniał o jedynym epizodzie, kiedy ten obrońca grał za granicą (Yanks ABROAD jakby nie było). Nawet nie chciałoby mi się tego wspominać, gdyby tym jedynym zagraniczym klubem nie był w 2000 roku... polski Lech Poznań! Ot, ciekawostka.
Pora kończyć posta i wrócić do tytułowego zdjęcia. Przeszukując portale z Bostonu i newsy związane z Revs, natrafiłem na tą właśnie fotkę przedstawiającą legendarnego Manny’ego Ramireza podczas mecz z Minnesotą Twins (oczywiście, że Bosox wygrali!). Całą historię przytacza Boston Herald, a mnie wcale nie interesuje z kim gracz Czerwonych Skarpetek rozmawia, ale czy brakującą literką jest O czy U?
Categories
And Now for Something Completely Different,
el Fútbol
7 Jul 2008
The best tennis ever!
Jeżeli wyobrażaliście sobie kiedyś mityczne walki bogów, na podstawie których wielcy tamtych czasów głosili potem swe historie, niedzielna bitwa Rogera Federera i Rafaela Nadala jest ich najlepszych uwspółcześnieniem. Źle przewidziałem w poprzedniej notce porażki i Lewisa Hamiltona, i Nadala, ale jakże miło było się tak pomylić! Jeszcze przed wyścigiem na Silverstone jeden z komentatorów ITV aluzyjnie zapytał, w jakich warunkach pogodowych GP Wielkiej Brytanii ma zostać wygrane przez rodowitego kierowcę, jeżeli nie w typowo brytyjskich? I choć nie brzmi to jak przepis na zwycięstwo, deszcze Hamiltonowi pomógł. Przynajmniej, pozbyć się najgroźniejszych rywali z toru, innym uprzykrzyć życie.
W kilka godzin później byłem świadkiem jeden z najlepszych come-backów (pol. "powrotów"?) w historii sportu. Historia jest pisana przez zwycięzców, więc niewielu będzie pamiętać postawę Federera w tym meczu za 10-15 lat. Ale Szwajcar najzwyczajniej w świecie zaimponował mi jako człowiek, który pomimo niespotykanych dla niego słabości jednego dnia próbował je przezwyciężyć. Wszystko przeciwko niemu, 0-2 w setach, nadchodzący deszcze, głupio zepsute piłki, kibice wspierający Nadala oraz kąśliwie uśmiechający się Björn Borg siedzący w pierwszym rzędzie. Światowy tenisista numer jeden zacisnął zęby i wrócił do walki. Nie bez kozery wygrał pięć tytułów mistrza Wimbledonu, nazywanego po prostu "The Championships", majestatycznie podkreślając jego rolę w tenisie.
Nadal - młody, rzepki, stękający przy każdym uderzeniu, ekstrawertycznie okazując wysiłek oraz Federer - stary wyjadacz, który nie czuje tremy, zna swoje umiejętności i cele, o które gra. Hiszpan pięknie pokreślił podczas ceremonii wręczania nagród, że ten finał nie byłby tak specjalny i nie dawałby mu tylu powodów do radości, gdyby po drugiej stronie siatki nie grał Szwajcar, "the greatest tennis player ever" jak podkreślił wzruszony Rafael. Szczere oraz bezpredensowe uczucia towarzyszyły temu pojedynkowi, który jak żaden inny zasłużył na miano finału wielkiej imprezy.
A ten filmik dla tych, którzy całego meczu nie widzieli - niech żałują.A teraz coś z zupełnie innej beczki:
Znalazłem dziś bardzo ciekawy blog reportera BBC zajmującego się sprawami krajowymi, Marka Eastona. Lekko napisane, ale z dokładnie postawionymi pytaniami. Polecam wpisy o podstawach Brytanii oraz dwóch samochodach na gospodarstwo. Ciekawe i zaskakujące wnioski, poparte badaniami socjologicznymi.
Categories
And Now for Something Completely Different
6 Jul 2008
Wielki dzień Brytanii
To jak mieszkać w mieście turystycznym i przyzwyczajonym do tego faktu, nie doceniać szczęścia, jakie się ma. Szczerze, sam dopiero ostatnio na to wpadłem, myśląc jak się wyrwać gdzieś nad Morze Śródziemne. "Chwila, przecież mieszkam w miejscu, gdzie turyści przyjeżdżają rozkoszować się miastem, widokami i pogodą!" Wszak lato w Brighton naprawdę jest piękne. Podobnie mają Brytyjczycy i wszystko się rozbija o historyczny już imperializm w myśleniu obywateli tego mocarstwa. Tutaj, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, a w piłkarskim języku każdy:
- potrafi wymienić pierwszą "jedenastkę" reprezentacji Anglii,
- zna cały przebieg kariery Davida Beckhama,
- regularnie ogląda Premiership choć się nią nie interesuje,
- wymienia ManUtd i Scousers w gronie Top 5 klubów świata,
- na angielskich mediach opiera swoją wiedzę.
Jeszcze kilka punktów bym wyliczył, ale choćby ze względu na porę, kolokwialnie się wyrażając, odpuszczę sobie.
I chociaż to nie futbol będzie głównym aktorem dzisiejszego dnia w sportowym świecie, oczy wszystkich fanów będą zwrócone na Wielką Brytanię. Warto tutaj wspomnieć, że przy okazji Grand Prix F1 mówi się nie tylko o Lewisie Hamiltonie (błędne koło, bowiem i tak przegra ze względu na presję lokalnych mediów, które w gruncie rzeczy chcą dla niego dobrze), ale rychłych przenosinach na Donington Park.
Kiedy przeniesiono wszystkie ważne imprezy piłkarskie z Wembley do Cardiff, fani jakoś się z tym pogodzili tylko dlatego, iż było to wyjście tymczasowe. Silverstone to świątynia brytyjskich sportów motorowych, którą teraz trzeba będzie na dobre opuścić. Z winy samych lokalnych organizatorów, co jest wszędzie podkreślane. Trochę ciszej w tle mówi się, że ktoś zainwestował w te przenosiny sporo pieniędzy. Tak czy inaczej, ostatnie siedem wyścigów zawsze wygrywali obcokrajowcy i nie zapowiada się, aby dziś ta passa został przerwana. Jest to najdłuższa taka seria w sięgającej lata 20. ubiegłego stulecia historii GP Wielkiej Brytanii. Porównanie z piłką nożną wydaje się więcej niż oczywiste.
Tymczasem w dwie godziny po rozpoczęciu wyścigu na Silverstone, na Wimbledonie zmierzą się bez wątpienia dwaj najlepsi tenisiści dostatnich lat. I choć w Wielkiej Brytanii mogą kibicować Rafaelowi Nadalowi jak bardzo tylko może, to Roger Federer jest maszyną do wygrywanie tego turnieju. Widząc zachowanie oraz grę Szwajcara na korcie, wydaje mi się, iż jest to tenisowy odpowiednik wymarzonego piłkarza do drużyny prowadzonej przez José Mourinho. Bez zbędnych finezji, kiedy nie ma takiej potrzeby, wprost do celu - zwycięstwa. Ostatni Brytyjczyk, który wygrał Wimbledon, zmarł w 1995 roku, mając prawie 86 lat. Fred Perry w finale Wimbledonu AD 1936 pokonał gładko Gottfrieda Alexandera Maximiliana Waltera Kurta Freiherra von Cramma (uffff! to jedna osoba, a nie cała rodzina!) z... Trzeciej Rzeszy. Dużo się w międzyczasie na geopolitycznej mapie pozmieniało, a jak o Brytyjczykach w finale naprawdę słyszało już niewielu.
Categories
And Now for Something Completely Different,
el Fútbol
22 Jun 2008
ag-nee-ESH-ka w Eastbourne
Skończył się właśnie międzynarodowy turniej tenisa kobiet w Eastbourne i kiedy piszę te słowa, na korcie centralnym Cara Black oraz Liezel Huber odbierają gratulacje za zwycięstwo w turnieju deblowym. Interesujący i szybki mecz, ale szczerze nie mogłem się skupić na jego przebiegu, mając cały czas przed oczami ostatnią piłkę finału singla kobiet. Dawno tego nie czułem!
Nie docierało do mnie przez dłuższą chwilę, że Agnieszka Radwańska ten mecz wygrała. Czekałem na kolejne przełamania, serwisy, piłki meczowe, emocje oraz niepewność... Ku mojemu zaskoczeniu „Isia” wybuchła radością, a potężny dreszcz emocji przeszył moje plecy dopiero, kiedy zielona piłeczka poleciała wysoko, hen w górę. Dawno tego nie czułem!
Pomeczowa konferencja prasowa także okazała się miłą niespodzianką. Nie tylko zawodnicy, ale i dziennikarze, rozgrzewają się przed Wimbledonem, dlatego na turnieju w Eastbourne pojawili się reprezentanci prasy z wielu zakątków Europy. Słowa uznania wobec dojrzale grającej tenisistki, liczne pytania o Polskę oraz gratulacje. W pressroomie dopytywanie się o jej pseudonim, o innych polskich tenisistów, o przeliterowanie tego i tamtego. Wspominając Magdalenę Grzybowską, co bardziej wiekowi żurnaliści przytakiwali nawet potwierdzająco głową, iż takowa osoba na kortach kiedyś bywała. Takiego uczucia, dziennikarsko i patriotycznie, nie przeżyłem jeszcze nigdy!
Trudno się dziwić, iż zawodniczki podzieliły widownię sympatią i były równie wspierane. Polka wraz z Nadią Petrovą zaserwowały (adekwatne słówko) pasjonujący mecz, który zasłużenie stał się finałem ciekawego turnieju. Faktem jednak jest, iż w każdym wymiarze odbywał się w cieniu Wimbledonu. Od początku imprezy i All-Access Hours w poniedziałek, większość pytań, na które odpowiadały rozstawione zawodniczki, dotyczyły oszczędzania sił na londyńskie korty. Kuzniecowa odpadła? "Szkoda, ale przynajmniej będę miała kilka dni więcej na odpoczynek” – powiedziała Rosjanka po przegranym meczu z 17-nastoletnią Caroline Wozniacki. Dunka podobno od urodzenia jest trilengualna, niestety nie miałem okazji ją o to zapytać, a rozchodzi się także i o język polski.
Kolejną zależnością Eastbourne do Wimbledonu, jest data imprezy, która wpasowuje się w kalendarz kobiecego tenisa jako naturalna rozgrzewka przed najstarszymi rozgrywkami świata. Położenie także geograficzne to ukłon w stronę tych, którzy już na teraz zarezerwowali hotele w stolicy Wielkiej Brytanii. Do pięknie położonego Eastbourne można się dostać samochodem w godzinę, a pociągiem – półtorej. A pojechać warto, nie tylko dla na tenisowego festiwalu, ale i nadmorskiego charakteru miejsca oraz ciekawej wiktoriańskiej zabudowy.
Czy Radwańska wygrała więc turniej drugiej kategorii, który dla wielu jest sub-wimbledońską sesją treningową? Tak. Potwierdza to nawet status turnieju Tier II, czyli drugiego szczebla oraz pula nagród. Szczerze i na spokojnie, nie oczekujmy jednak od Polki, aby od razu wygrywała na Flushing Meadows czy Roland Garros, jak miało to już miejsce w jej juniorskiej karierze. Agnieszka jest dopiero od trzech lat w profesjonalnym sporcie, a już stała się najlepszą Polką w historii. Ma realne szanse wkrótce wskoczyć do pierwszej 10. na świecie, a na kortach wygrała już grubo ponad milion dolarów. Zapytałem ją o to dziś, ale szczerze przyznała, że związanej z tym presji już nie czuje. Jak to zrozumieć?
Uwielbiam imprezy sportowe. Pressroomy, rzecznicy mówiący kiedy kto jest dostępny, dziennikarzy klnących na deadline’y oraz zapach darmowej kawy klasy B. Pamiętam, że przed Euro pisał o tym Rafał Stec, a niedawno suplement dołączył Michał Pol. Eastbourne może turniejem Wielkiego Szlema nie było, ale zawsze fajnie jest poczuć tą atmosferę sportowego święta zwieńczonego zwycięstwem Polki. Sobie, jej i wszystkim innym takich okazji życzę jak najwięcej.
Na koniec ciekawostka z oficjalnego przewodnika po 2008 Sony Ericsson WTA Tour:
ag-nee-ESH-ka rad-VAN-ska
(pisownia oryginalna)
Nie docierało do mnie przez dłuższą chwilę, że Agnieszka Radwańska ten mecz wygrała. Czekałem na kolejne przełamania, serwisy, piłki meczowe, emocje oraz niepewność... Ku mojemu zaskoczeniu „Isia” wybuchła radością, a potężny dreszcz emocji przeszył moje plecy dopiero, kiedy zielona piłeczka poleciała wysoko, hen w górę. Dawno tego nie czułem!
Pomeczowa konferencja prasowa także okazała się miłą niespodzianką. Nie tylko zawodnicy, ale i dziennikarze, rozgrzewają się przed Wimbledonem, dlatego na turnieju w Eastbourne pojawili się reprezentanci prasy z wielu zakątków Europy. Słowa uznania wobec dojrzale grającej tenisistki, liczne pytania o Polskę oraz gratulacje. W pressroomie dopytywanie się o jej pseudonim, o innych polskich tenisistów, o przeliterowanie tego i tamtego. Wspominając Magdalenę Grzybowską, co bardziej wiekowi żurnaliści przytakiwali nawet potwierdzająco głową, iż takowa osoba na kortach kiedyś bywała. Takiego uczucia, dziennikarsko i patriotycznie, nie przeżyłem jeszcze nigdy!
Trudno się dziwić, iż zawodniczki podzieliły widownię sympatią i były równie wspierane. Polka wraz z Nadią Petrovą zaserwowały (adekwatne słówko) pasjonujący mecz, który zasłużenie stał się finałem ciekawego turnieju. Faktem jednak jest, iż w każdym wymiarze odbywał się w cieniu Wimbledonu. Od początku imprezy i All-Access Hours w poniedziałek, większość pytań, na które odpowiadały rozstawione zawodniczki, dotyczyły oszczędzania sił na londyńskie korty. Kuzniecowa odpadła? "Szkoda, ale przynajmniej będę miała kilka dni więcej na odpoczynek” – powiedziała Rosjanka po przegranym meczu z 17-nastoletnią Caroline Wozniacki. Dunka podobno od urodzenia jest trilengualna, niestety nie miałem okazji ją o to zapytać, a rozchodzi się także i o język polski.
Kolejną zależnością Eastbourne do Wimbledonu, jest data imprezy, która wpasowuje się w kalendarz kobiecego tenisa jako naturalna rozgrzewka przed najstarszymi rozgrywkami świata. Położenie także geograficzne to ukłon w stronę tych, którzy już na teraz zarezerwowali hotele w stolicy Wielkiej Brytanii. Do pięknie położonego Eastbourne można się dostać samochodem w godzinę, a pociągiem – półtorej. A pojechać warto, nie tylko dla na tenisowego festiwalu, ale i nadmorskiego charakteru miejsca oraz ciekawej wiktoriańskiej zabudowy.
Czy Radwańska wygrała więc turniej drugiej kategorii, który dla wielu jest sub-wimbledońską sesją treningową? Tak. Potwierdza to nawet status turnieju Tier II, czyli drugiego szczebla oraz pula nagród. Szczerze i na spokojnie, nie oczekujmy jednak od Polki, aby od razu wygrywała na Flushing Meadows czy Roland Garros, jak miało to już miejsce w jej juniorskiej karierze. Agnieszka jest dopiero od trzech lat w profesjonalnym sporcie, a już stała się najlepszą Polką w historii. Ma realne szanse wkrótce wskoczyć do pierwszej 10. na świecie, a na kortach wygrała już grubo ponad milion dolarów. Zapytałem ją o to dziś, ale szczerze przyznała, że związanej z tym presji już nie czuje. Jak to zrozumieć?
"Po wygraniu juniorskiego Wimbledonu trochę to trwało, zanim oswoiłam się z wszystkimi tymi myślami. Ale teraz już wiem, o co gram.Najbardziej zapadła mi dziś w pamięć odpowiedź na pytanie czy wolałaby wygrać Wimbledon czy być multimilionerem.
"Jeżeli dobrze liczę, to wygrywając Wimbledon można zarobić te pieniądze. Lepiej więc wygrać Wimbledon!Krakowski sport w indywidualnym wydaniu przynosi kibicom coraz więcej radości. Robert Kubica po GP Montréalu nie jest już dla imperialistycznego świata Zachodu solidnym, aczkolwiek „zwykłym” kierowcą F1, a Agnieszka Radwańska otworzyła oczy Brytyjczykom, iż Polskę mogą tutaj reprezentować nie tylko imigranci. Niedługo nadchodzą eliminacje Ligi Mistrzów i kto wie, może dawna stolica Polaków znowu o sobie przypomni na sportowej mapie Europy?
Uwielbiam imprezy sportowe. Pressroomy, rzecznicy mówiący kiedy kto jest dostępny, dziennikarzy klnących na deadline’y oraz zapach darmowej kawy klasy B. Pamiętam, że przed Euro pisał o tym Rafał Stec, a niedawno suplement dołączył Michał Pol. Eastbourne może turniejem Wielkiego Szlema nie było, ale zawsze fajnie jest poczuć tą atmosferę sportowego święta zwieńczonego zwycięstwem Polki. Sobie, jej i wszystkim innym takich okazji życzę jak najwięcej.
Na koniec ciekawostka z oficjalnego przewodnika po 2008 Sony Ericsson WTA Tour:
ag-nee-ESH-ka rad-VAN-ska
(pisownia oryginalna)
Categories
And Now for Something Completely Different
Subscribe to:
Comments (Atom)


