4 Apr 2009

Ślepa uliczka przy St. James' Park

Alan Shearer stoi przy bocznej linii, kurczowo trzymając ręce w kieszeniach spodni. Raz po raz odrywa wzrok od wydarzeń na boisku i spogląda na ławkę rezerwowych. Wszystkie głowy są nisko spuszczone, starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z nowym menadżerem. Nawet asystent niemalże rozkłada bezradnie ręce. Mike Ashley medialnie uderzył w sentymentalne zakamarki serc kibiców Newcastle, ale ta chwilowa euforia zapewne zamieni się w długoletnią batalię Srok o powrót do Premier League.

Nie chcąc bawić się w ctrl+c oraz ctrl+v, zapraszam na strony iGola, aby przeczytać o wchodzącym w ślepą uliczkę Shearerze. Uważam, że nawet jego legenda i najszczersza miłość do biało-czarnych barw nie uratuje Newcastle United przed degradacją. Utrzymanie czy spadek, będą to wydarzenia spektakularne dla angielskiej piłki.


Bycie menadżerem Newcastle United to bardzo specyficzna praca. Aby to lepiej przybliżyć, polecam także lekturę felietonu sprzed ponad pół roku.

Komentarze na stronach iGola są bardzo mile widziane. Chciałbym poznać Wasze opinie.

31 Mar 2009

Pędzące Jurostary

Nad podzielonymi na równe części polami unosi się jeszcze poranna wilgoć, a ja pędzę pociągiem na lotnisko Schiphol. Obok mnie usiadł pewien pięćdziesięcioletni Holender i zaczęliśmy gawędzić. Ów dyrektor jakiegoś muzeum historycznego w Amsterdamie dumnie opowiadał o swoim synu, w moim wieku de facto, który właśnie wrócił z konferencji geograficznej na południu Niemiec. Dobrze trafiliśmy w temat. Dzień wcześniej skończył się pięciodniowy WorldMun 2009, w który brałem udział.

Ów jegomość (wybaczcie moje maniery - jeszcze zaspany się nie przedstawiłem, ani nie zapytałem o godność) dzielił się spostrzeżeniami o współczesnej Unii Europejskiej oraz możliwościami, jakie otwiera ona przed młodym pokoleniem. Naszym pokoleniem. Cztery filary współczesnej Europy otworzyły niemal wszystkie granice; podróżowanie oraz pracowanie stało się banalnie proste i uniwersalnie dostępne. Wszystko zależy od chęci i ambicji jednostek, a "the sky is the limit", jakby powiedzieli nadal eurosceptyczni Brytyjczycy. O smakowaniu owoców z tej kiści europejskiej integracji słyszałem już wielokrotnie rozmowach z Rodzicami i Bliskimi. Nie dalej jak miesiąc temu, jeden z moich wykładowców wskazał na aulę pełną studentów mówiąc, że to my jesteśmy przyszłością Starego Kontynentu. Mobilni, znający języki, nie bojący się zmian otoczenia.

Współczesna generacja, niczym Eurostar, szybko pokonuje wzdłuż i wszerz Europę - pola Beneluksu, Kanał La Manche, podnóża Alp. Nie pamiętając nawet, że kiedyś było inaczej.

Kolację zjadłem w Hadze, na party pojechałem do Amsterdamu. Następnego dnia byłem już umówionym ze znajomymi na lunch w nadmorskiej kawiarence w Brighton, aby przedyskutować pomysł wypadu na kilka dni "w stronę słońca", na południe Europy. Większość delegatów na haski WorldMun, przed powrotem w rodzinne/uczelniane strony, znowu rozjechała się po całym kontynencie. Skandynawia, Alpy, Europa Wschodnia, Bałkany, wybrzeże Morza Śródziemnego - aby wymienić tylko najbardziej oczywiste kierunki i nie wspominać tych, którzy polecieli do Azji czy za Ocean. Sam też pewnie byłbym teraz gdzieś w drodze, gdyby nie koncert Simply Red podczas ich pożegnalnej trasy koncertowej. Zagonieni (zalatani? zajeżdżeni?) zapominamy, jak poszerzyły się horyzonty możliwości i wyborów; a także formy kształtowania osobowości oraz przyszłych ścieżek - kim jesteśmy, kim być chcemy.

Konferencja, o której wyżej wspominałem, była stymulacją obrad różnych międzynarodowych komisji, głównie zrzeszonych wokół Organizacji Narodów Zjednoczonych. Model United Nations (MUN) cieszy się coraz większym zainteresowaniem, tym razem znowu pobito rekord – 2500 delegatów. Warto dodać, że pierwsza na światową skalę edycja harwardzkiej konferencji miała miejsce w Polsce - w Międzyzdrojach (1992r). Śmiało padały hasła mówiące o generacji przyszłych liderów. "Moja" Światowa Organizacja Handlu dyskutowała kwestie barier handlowych i wyrównaniu szans między globalnym Południem a Północą. Smaczku dyskusji dodawał zapewne fakt, iż przyszło mi reprezentować Wenezuelę. Nie brakowało pokazywania palcem na Stany Zjednoczone, czerwonych krawatów, cytatów z Josepha Stiglitza oraz anty-imperialistycznych określeń. Nieco wysublimowana forma rozrywki oraz praktycznego treningu dla młodego pokolenia.

Konferencja była też znakomitą okazją, aby zdobyć kolejne argumenty w dyskusji „Holandia a Niderlandy”. Nederlands składają się z 12 prowincji. Dwie z nich są zarazem najbogatsze i najpopularniejsze historycznie – Holandia Północna (Amsterdam) oraz Południowa (Haga, Rotterdam). Reprezentacji Holandii nie reprezentuje więc całego narodu, a jedynie sześć milionów mieszkańców tychże prowincji. Miło się zaskoczyłem, kiedy znalazłem specjalnie poświęconą temu zagadnieniu podstronę na Wikipedii. Podobny błąd popełnia się także względem Wielkiej Brytanii. Anglia, wszak, nie jest wyspą. Kiedy będziecie pędzić Eurostarem przez Europę i przypadkowo zagadany towarzysz podróży powie, że jest z Holandii, dopytajcie: „Czy aby na pewno?

PS. Nie napisałem m.in. o:
  • Fryzjerze, którzy zachwycał się nazistami;
  • Muzułmaninie w koszulce Ajaksu, który krzyczał na placu Dam, że nienawidzi Jezusa;
  • Zakurzonym mieście nad kanałami;
  • Zakazu sprzedaży alkohol wysokoprocentowych po 17.
  • Nie-wizycie w muzeum Van Gogha

18 Mar 2009

Nikogo nie zgwałcił

Mieszkam w Anglii, ale sprawa, choć lokalna, dotarła do mnie z Polski. Najpierw poprzez Warszawę, a następnie Kraków. Wśród angielskich znajomych temat kontrowersji wokół wypowiedzi Alana Pardew podczas niedzielnego "Match of the Day 2" w żaden sposób nie jest ciekawy. BBC, zgodnie ze swoją polityką informowania o wszystkich skargach złożonych na korporację, opublikowała oficjalne przeprosiny za określenia walki o piłkę mianem "gwałtu". Dopiero wówczas, w poniedziałkowe popołudnie, o sprawie napisały wszystkie angielskie media. A dalej sprawa była tylko wyolbrzymiana.

Powiedzieć, że "nas zgwałcili" w kontekście futbolowej rywalizacji to rzecz absolutnie normalna w Anglii, acz potoczna. Przegrywasz do przerwy 0:3, a drużyna przeciwna z defensywy robi ser szwajcarski : "oni gwałcą nas!" - ktoś w końcu krzyknie, aby uzmysłowić kolegom z zespołu, że to najwyższy czas wziąć się w garść i zacząć walczyć, grać lepiej, etc.

Nie bronię określania "gwałtu", ale Anglia to w jakiś sposób kraj politycznie 'ponad-poprawny'. Te 35 osób, które złożyło skargę, jest promilem widzów MotD2. Zakładam się, że na 99 procent byli to członkowie tak protestującej "Rape Crisis England and Wales" - ich grupa na samym facebooku liczy prawie półtora tysiąca członków. Wystarczyło napisać do nich wiadomość, aby kilka, lub 35, osób zareagowało... Fani piłki nożnej (kobiety bądź mężczyźni) piłkarskie określenie "gwałtu" znało wcześniej.

Co więcej, gdyby o sprawie nie napisało samo BBC to nikt by się nie zorientował, że wypowiedź Pardew wywołała jakieś kontrowersje. Dopiero po opublikowaniu oświadczenia, pozostałe angielskie gazety wrzuciły informacje na swoje strony internetowe. Dzień później, we wtorek, poszło to do druku - po 40 godzinach od kontrowersji na antenie. Jakoś strasznie problem wyolbrzymił w Polsce Onet. De facto, w ten właśnie sposób dowiedziałem się o sprawie.

Są duże szanse, aby Alan Pardew nadal pojawiała się w "MotD", choć i tak nie bywał tam często. Jonathan Ross, po żenującej aferze wespół z Russellem Brandem, i ponad 1500 zażaleniach, utrzymał pracę w BBC. Inna sprawa, że British Broadcasting Corporation niedawno wyrzuciła na bruk córkę baronowej Thatcher, Caroline. Intencje miała dobre, ale nie wszystkim podobało się metaforyczne porównanie/opis czarnoskórego tenisisty z maskotką, podobno nacechowaną rasizmem. Nie przeszkodziło to massmediom przez kolejne kilka dni powtarzać jakże obraźliwego słowa "golliwog" - w celach informacyjnych rzecz jasna.
(fot. Daily Mail / Złapany na gorącym uczynku, gwałciciel Michael Essien )

16 Mar 2009

Coś więcej

Morten Gamst Pedersen do granic możliwości rozciągnął próby wymuszania rzutów karnych. Kilka tygodni temu było mi strasznie szkoda tak Norwega, jak i ekipy Blackburn. Dzielnie walczyli na Old Trafford, a sędzia nie odgwizdał im słusznego karnego. Moja sympatia i życzliwość zostały jednak brutalnie rozwiane w sobotę, oglądając mecz Rovers na Emiratach. Pedersen "poleciał" i "odleciał" myśląc, że ktoś da się nabrać.

Lubię się zgadzać z Alanem Shearerem, ale jego komentarz o "najgorszym nurkowaniu jakie widział" może posłużyć za dowód na anglocentryczny sposób myślenia "tutejszych". Prawdę mówiąc, to jest materiał na dłuższą historię. Jeżeli w angielskich gazetach/mediach pojawiają się jakiekolwiek rankingi czegokolwiek (mam nadzieję, że brzmi to wystarczająco ogólnie), można na ich podstawie wywnioskować, że świat kręci się do okoła Londynu. Kopernik, słyszałeś? Opinia byłego snajpera m.in. Blackburn właśnie była niesamowicie typowa. Na liście 10 najładniejszych bramek, 5 padło w Anglii, a zwycięska musi być z meczu Anglików na MŚ lub finału FA Cup. Mówimy o modelkach - najładniejsze są zawsze z Anglii, ewentualnie są dziewczynami angielskich piłkarzy. Najlepsi politycy w historii? Większość premierów Wielkiej Brytanii ma tam miejsce, nawet jeżeli o nich nigdy nie słyszeliście. Przykładów mogę mnożyć i mnożyć. Choć naturalnie w tym samouwielbieniu przewodzi bulwarowy the Sun (mają nawet specjalną zakładkę dla wszelkich rankingów), to w rywalizacji dzielnie pozostają "poważne" tytuły, z the Timesem i Guardianem na czele grupy pościgowej.

Naprędce kończąc ten wątek, przypomnę Shearerowi, że Pedersen ze swoim upadkiem nadal mógłby czyścić buty dla Alberto Gilardino. Co więcej, ówczesny napastnik AC Milan próbował popełnić tę zbronię przeciwko kibicom i piłkarskiemu fair play na brytyjskiej ziemi. W Szkocji, dokładnie. Na szczęście - nie udało się. Ale tak Włoch, jak i Norweg, zasługują na Nagrodę Darwina w kategorii: "Najśmieszniejsze próby wywalczenia rzutu karnego". Z drugiej strony, jak długo można tolerować boiskowe oszukiwanie? Nie, nurkowanie nie jest elementem współczesnej piłki nożnej i nie trzeba się z tym godzić.

Jestem winien sobie i moim Czytelnikom relację z niedzielnego meczu z Manchesterem City oraz z wyprawy kilkanaście dni temu do Portsmouth. Obie, wierzę że ciekawe nie tylko dla mnie, nie dadzą się napisać, dopóki nie będę miał spokoju duchy ze sprawami uczelnianymi. Rozpoczyna się ostatni tydzień wiosennego trymestru, po którym nastąpi miesięczny rozbrat z murami akademii. Taki ten brytyjski system szkolnictwa wyższego pod rządami New Labour - skasować jak najwięcej pieniędzy za jak najmniej godzin zajęć oraz tygodni nauki.

Odchodząc od anglocentrycznego spojrzenia na futbol, zaciekawił mnie ostatnio opublikowany na polskiej blogosferze filmik o irakijskim futbolu i jego "potyczce" z terroryzmem. Ambitna PR-owa próba walki o zmianę zagranicznego wyobrażenia o krajowej sytuacji polityczne ("Terrorism has no homeland"), w mniejszym stopniu - podejścia do sportu w tym kraju. Wysiłek o tyle ciekawy, co nieudany. BBC doniosło dziś, że w Iraku kibic zabił piłkarza podczas meczu. Sytuacja niecodzienna, bowiem ofiara była podobno o krok od strzelenia gola. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale wielbiciele jakże brytyjskiego czarnego humoru powiedzieli by, że jedna z drużyn ma bardzo skuteczną linię obrony.

Piszę to myśląc choćby o meczu reprezentacji Polski w Irladnii Północnej, oraz fanach Celtiku i the Gers, którzy znowu okładali się pięściami przed i po finale Pucharu Ligi. Tak mi się tli w głowie, że element piłkarski jest cały czas ważnym elementem układanki "religia a terroryzm", choć w duchu wolę wierzyć, że to tylko "najważniejsza z nieważnych rzeczy".

Dla ciekawskich jeszcze wspomnę, że ostatnio na facebooku próbowałem połączy z futbolem:
Tak przy okazji, czy tylko ja nie mogę się doczekać premiery fabularnej ekranizacji wydarzeń podczas burzliwych 44 dni Briana Clougha w Leeds? The Independent opublikował niedawno ciekawy artykuł o "The Damned United".

2 Mar 2009

Literówka

Roque Santa Cruz spokojnie mógłby być uznanym bohaterem dzisiejszej potyczki z Hull City. Jego Blackburn Rovers wygrało 2:1, a Paragwajczyk był motorem napędowym wszystkich ataków gości z Lancashire. Sęk w tym, że widzowie na KC Stadium widzieli snajpera grającego z numerem 9 i napisem "SATNA CRUZ".

Wpadka specjalistom od sprzętu w drużynie Rovers nie zdarzyła się po raz pierwszy. Jak sięgam pamięcią, niedawno David Bentley mógł się przekonać, że przeliterowanie jego nazwiska okazało się dla kogoś zbyt trudnym zadaniem. Zrobiłem mały internetowy research i znalazłem więcej pomyłek, z wielbłądem w godle Crystal Palace w roli głównej.

Link 1
Link 2

Nikt już nie może wygrać mistrzostwa Anglii, a jedynie Manchester United, w przypływie jakiegoś wielkiego odpływu mocy i energii, może je przegrać. Choć podopieczni SAF-a w ten weekend ligowo nie grali, to wszyscy rywale podłożyli im się niemalże perfekcyjnie. Liverpool przegrał tam, gdzie Chelsea wygrała 5:0, Aston Villa wypluła dwie bramki przeciwko outsiderom, a Arsenal znowu (znowu!?) bezbramkowi zremisował. Tylko ta okropna Chelsea, a w zasadzie Frank Lampard, uciułała trzy punkty w doliczonym czasie gry przeciwko zespołowi, którzy nigdy nie wygrał z zespołem z Wielkiej Czwórki. Ale zaraz, przecież G4 zaraz i tak nie będzie! Choć wierzyć mi się w to nie chce, kiedy widzę, że Martin O'Neill gra tylko jednym garniturem, choć sam cały czas nosi bluzę rugby.

Po tym perfekcyjnym weekendzie, United idzie na perfekcyjny sezon, choć z pewnością bardziej żałują teraz porażki w Monako kilka miesięcy temu. Wygrane z Portsmouth, Quito oraz Tottenhamem dały piłkarzom z Manchesteru już trzy trofea w tym sezonie, a mamy dopiero początek marca. Na szczęście, wygranie pozostałych rozgrywek może być tylko trudniejsze. W Pucharze Anglii United jedzie zmierzyć się z Fulham na Craven Cottage. A tam gospodarze są niesamowici w tym sezonie i walczą niemalże jak Polacy na Jasnej Górze. W Lidze Mistrzów na drodze "Czerwonych Diabłów" stoi José Mourinho, a on już wie jak wygrywać z klasą na Old Trafford. Natomiast w Premier League przed ManUtd trudne przeprawy u siebie z Liverpoolem, Aston Villą, Tottenhamem, Man City oraz Arsenalem. I tak łatwo, jak z Chelsea, już nie będzie.

Jest jeden gość, który po finale Pucharu Ligi na Wembley będzie znowu lamentował pod nosem. Figurował w składach United na wszystkie pucharowe finały, a nie zagrał nawet minuty. Nie dostanie też medalu za ligowe mistrzostwo, bowiem znowu nie zagra wymaganych dziesięciu meczów. Być tak blisko tych tryumfów, a zarazem tak daleko, choć nadal mu wypominają gola straconego z dwustu metrów przeciwko Portoryko. Tomasz Kuszczak mógł bronić dziś przeciwko Tottenhamowi, ale pogrążył go ostatni występ przeciwko Blackburn tydzień temu. Szczerze uważam, że chyba skończyła się wówczas jego kariera na Old Trafford, a dzisiejszy występ Bena Fostera w pierwszym składzie tylko to potwierdza.

Chelsea nadal cierpi z powodu przedsezonowego przygotowania Luiza Felipe Scolariego. Właściwie, braku jakiegokolwiek. Jeżeli jest 60. minuta meczu to możecie być pewni, że piłkarze "the Blues" zaczną umierać na boisku. Umierać z wycieńczenia. W środę byłem na meczu z Juventusem i wysoko na East Standzie czułem jak gracze w niebieskich trykotach ciężko sapią próbując złapać tchnienie. A Włosi raz po raz atakowali, stratę gola zaklinałem conajmniej kilkakrotnie. Dlatego zadziwiło mnie nie trafienie Oliviera Kapo (pamiętacie jak oddał swojego Merola dla juniora po spadku Birmingham City do Championship?), a odpowiedź w końcówce Lamparda. Strasznie nienawidzę tego tłumionego w sobie uczucia, że za każdym razem, kiedy strzela bramkę, myślę o tych 150 tysiącach funtów, które zarazem zarabia tygodniowo. Niech historia oceni moralność tych pieniędzy.

Nie trzeba być z Baker Street, aby dostrzec, że mało się dzieje ostatnio na tym blogu. Proszę mi wybaczyć, ale postawiłem sobie kilka ambitnych celów na uczelni, z którymi chcę się wywiązać przed Wielkanocną przerwą. Dlatego zaczytany jestem w temacie lustracji oraz wpływu WTO na rozwój krajów tego świata. W obu zagadnieniach, nadal niejasnym jest, kto jest zwycięzcą, a kto przegranym współczesnych przemian. Futbol przy tym wydaje się banalnie prosty.

10 Feb 2009

Kartka z meczownika: Hull i koniec ze Scolarim

Omawianie moich spostrzeżeń z sobotniego meczu jest już kwestią drugorzędną. O czym mógłbym napisać? Że menadżer podjął kolejne tragiczne decyzje personalne? Że obrona the Blues jest jak szwajcarski ser? O ile w meczach przeciwko Spurs i Arsenalowi podopieczni Phila Browna uderzali głównie z dystansu, w pole karne Chelsea wchodzili jak nóż w masło. Mogę też narzekać, że w drugiej połowie spędziłem jakieś 20 minut gadając z siedzącym obok gościem. Na boisku nie działo się absolutnie nic, a my wytykaliśmy kolejne błędy w minionych meczach. Lista była długa, raz po raz ktoś obok coś dorzucał.

A jednak, Ricardo Quaresma zaliczył bardzo udany debiut w barwach Chelsea. Przez godzinę gry stworzył więcej okazji bramkowych, aniżeli Florent Malouda przez cały sezon. Serio. Jeżeli to jest najsłabszy zawodnik Interu Mediolan, to piłkarze Manchesteru United powinni bać się najbliższego meczu w Lidze Mistrzów. Z drugiej strony, jak to możliwe, że beznadziejny w Serie A Portugalczyk z miejsca jest liderującym na boisku piłkarzem Chelsea? Dzięki za komentarze pod ostatnim wpisem o nim, chyba faktycznie razem z Cristiano Ronaldo powinien był trafić do Premier League wcześniej, zamiast się szwendać po półwyspach Morza Śródziemnego.

Ale to już koniec. Wierzę, że na długo. Siedziałem dzisiaj na zebraniu rady unii studenckiej (dwie godziny aksamitnej nudy), kiedy o 4.20pm dostałem smsa "bye, bye Scolari". Minęło kilka godzin podczas których wszystko mogłem jeszcze raz przemyśleć. A że na południu Anglii cały czas pada, pogoda iście refleksyjna. Siedzę teraz wygodnie w domu, oddycham jakby spokojniej, głębiej i pewniej. Coś się uwolniło, coś nadało mi spokoju ducha.

Nick Hornby metaforycznie pisał kiedyś o osobie menadżera w ukochanym klubie. Książkę pożyczyłem, więc dokładnego cytatu nie podam, ale porównano tę rolę z kimś bliskim w rodzinie. Za Scolarim tęsknić nigdy nie będę i jestem wdzięczny, że nie będzie już prowadzić Chelsea. Poza tym, zwolniony nie został typowy gaffer, ale gość, który o sobie samym mówił per "coach". Poważnie - żadna strata.
Uwielbiam Anglików: ich kulturę, kraj oraz zwyczaje, ale z mojego prawie trzyletniego doświadczenia widzę, że ten flegmatyzm oraz niechęć do zmian jest ich cechą narodową. Dopiero wczoraj rano, w linku który zamieściłem pod notką, można było usłyszeć otwarte zarzuty dziennikarzy nt. efektów pracy Brazylijczyka przy Fulham Road. Ciekawe, że na polskich blogach Chelsea trafnie argumentowane głosu pojawiały się już od porażki w Rzymie, a przed meczem z United na Old Trafford niemalże błagałem o zwolnienie menadżera, aby tylko uniknąć kompromitacji. Ani pierwszego, ani drugiego się nie udało uniknąć.

Wybitne angielskie media nie kryły zaskoczenia zwolnieniem menadżera Chelsea, BBC pisze nawet o sensacyjności tego newsa. Co więcej, w ankiecie przy tej wiadomości 69 procent respondentów uznało decyzję o zwolnieniu za złą, a wtórował im sam sir Alex Ferguson mówiąc:
"To znak czasów. W obecnym świecie nie ma absolutnie czasu na cierpliwość.
Jeżeli menadżer Czerwonych Diabłów, podobnie jak uczestnicy tej feralnej sondy, kibicują każdemu, ale nie Chelsea - to się im nie dziwię. Obecność Scolariego na Stamford Bridge gwarantowała nieobecność Chelsea w następnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. Pozwolę sobie powtórzyć to, co napisałem na blogach Michałów Zachodniego i Okońskiego: Scolari nie dawał żadnej nadziei ani na ten, ani na jakikolwiek następny sezon. Mecz w mecz męczył tych samych piłkarzy w bezproduktywnej taktyce. Czy szansę występu dostał np. chwalony przez autokratycznego Fabio Capello Michael Mancienne? Ile razy widzieliście na boisku graczy poniżej 21. roku życia? Któryś z nich trafił do siatki?

Ale Brazylijczykowi nie brakuje tupetu. Zgodnie z tym, co podaje ESPN, za przyczynę swojej porażki na Stamford Bridge uznaje... nieudaną próbę sprowadzenia Robinho. Lmfao czy płakać? Rozumiem, że brakowało mu piłkarza, który w pojedynkę będzie wygrywał mecze, kiedy żadna taktyka nie będzie działać... No to faktycznie taki piłkarz by się przydał, bowiem rozgryzienie założeń Chelsea było prostsze niż instrukcja budowy cepa. Co więcej (co gorsza), Scolari miał dostrzec, że (teraz fanfary, ja osobiście wymiękłem) skład Chelsea jest za stary i wymaga odmłodzenia. Dlatego, jak czytamy dalej, poprosił także o transfer Deco (ur. 1977 - przyp. RB). Dlatego, to już moja adnotacja, w końcówkach wygranych meczów 4:0 na boisko wpuszczał Juliano Bellettiego (ur. 1976) czy Paolo Ferreirę (ur. 1979) zamiast Miroslava Stocha czy Franco di Santo. Dlatego sprowadził za free Mineiro (ur. 1975), zamiast dać szansę gry juniorom. To jest hipokryzja czy już głupota?

Nie, panie Michale Okoński, w tym przypadku futbol nie jest okrutny - po prostu oczyszcza się ze zbędnych substancji niczym organizm człowieka. Roman Abramowicz, które ma moje całkowite zaufanie i lojalność, podjął dobrą decyzję. Scolari do końca się bronił, że ma poparcie i Petera Kenyona (ten fan United, co pracuje na lepszą przyszłość CFC) i szatni. Jeżeli to prawda, decyzja o zwolnieniu musiała zapaść na samym szczycie. Idąc dalej tropem myślenia Michała Zachodniego:
"[...] głosy kibiców zostały wysłuchane. Dzisiejsze trzęsienie ziemii na Stamford Bridge to kolejna deklaracja Romana Abramowicza, że nie ma zamiaru sprzedawać komukolwiek Chelsea. Jeśli tak by było, to pewnie Scolariego zostawiłby ewentualnym następcom i nie wypłacał z własnego portfela, który odczuł finansowy kryzys, prawie 10 milionów funtów odszkodowania dla Brazylijczyka. [...] A skoro pod wpływem słabych wyników i zdania fanów Abramowicz zwolnił Scolariego, to znaczy, że z naszym zdaniem się liczy.
Chelsea jest bez menadżera, a ja w ciągu dnia dostałem ponad tuzin smsów od fanów United, Liverpoolu, Arsenalu, Spurs oraz Aston Villi ("You r not having Martin ONeill. Lol."). Wszyscy szydzili, że the Blues dla sezon już jest przegrany. A ja na nowo zacząłem wierzyć, jak nie w jutro, to w niebieskie pojutrze. Ciekawe, kogo przyniesie na SW6 nowy dzień? Czy rehabilitacji doczeka się ten, kto faktycznie ciągnął ten wózek od 20 września 2007?P.S. Jeden gość gada z sensem. Wychowanek Chelsea z 200 meczami na koncie.

8 Feb 2009

Zbrodnia i kara match-winnera

Sobotni mecz przeciwko Hull był dla Michaela Ballack setnym w barwach Chelsea. Mam prawo pobieżnie to podsumować, bowiem razem zaczęliśmy naszą przygodę w Anglii. Wyprawa do stolicy Walii w sierpniu 2006 roku była pierwszym meczem Chelsea dla obu z nas. Miesiąc później, już na Stamford Bridge, kiedy ja debiutowałem w potyczce u siebie, Ballack wyleciał z boiska już w pierwszej połowie. Ciężko obiektywnie ocenić, jaką opinią cieszył się wówczas wśród kibiców Chelsea. Sam miałem mieszane uczucia, czy to dobry zawodnik dla the Blues.

Nie miał łatwo, bowiem fani wyraźnie faworyzowali Andrija Szewczenkę, który w walijskim debiucie strzelił gola. Ukrainiec przybył do Londynu w podobnym okresie, ale ze znacznie większą pompą. Nawet po złym zagraniu lub podaniu kibice głośno wyrażali swoje wsparcie dla niego. I choć kariera snajpera na the Bridge szybko chyliła się ku upadkowi, nigdy nikt o nim złego słowa nie powiedział. W międzyczasie Ballack ciężko harował o uznanie wśród kibiców the Blues. Pierwszy raz jakąkolwiek piosenkę pod jego adresem usłyszałem dopiero w półfinale Pucharu Anglii na Old Trafford, kiedy Niemiec strzelił gola w dogrywce meczu z Blackburn Rovers. Zdjęcia z tamtego wydarzenia nadal są popularne w Sieci i od czasu do czasu widzę w jakiś newsach czy artykułach.De facto, ówczesna kampania o Puchar Anglii była ostatnią zwycięską Chelsea w jakichkolwiek rozgrywkach. Ballack systematycznie notował coraz lepsze i pewniejsze występy, co więcej, cały czas prezentując równie wysoki poziom. Nie świecił tak jasno jak w meczach Bayer, Bayernu czy reprezentacji, ale budował zaufanie wobec kibiców.

Bez kozery mogę napisać, że momentem przełomowym był... przełom roku - 2007 i 2008. Najpierw Ballack uratował mecz u siebie z Aston Villą (4:4) w Boxing Day, a pierwszego stycznia dał zwycięstwo na Craven Cottage. Bez Szewczenki, Didiera Drogby, Franka Lamparda, Claude'a Makélélé, Johna Terry'ego i Petra Čecha, Chelsea potrzebowała lidera, który udźwignie ciężar prowadzenia zespołu na boisku i Niemiec wywiązał się z tego znakomicie. O piłkarzach jak on angielskie gazety piszą, że są "match-winnerami". Choć często dotyczy to po prostu zwycięskich goli, do mentalności Ballacka taki epitet pasuje jak ulał.

Ten sezon ma jednak mniej udany. Pierwszą bramkę strzelił dopiero w roku kalendarzowym 2009 i to przeciwko arcymocnemu Southend. Ale już zdjęcie z boiska Niemca, a nie Portugalczyka Deco, w grudniowym meczu przeciwko West Hamowi wywołało wyraźnie niezadowolenie na trybunach the Bridge. Kibice mu ufają i wierzą, że niemiecki pomocnik jest jednym z niewielu najemników Chelsea, którym do końca zależy na zwycięstwie i gotów jest wypluć płuca lub grać z sercem na rękawku, aby to osiągnąć.

Po tym przydługim wprowadzeniu...

Ballack był bohaterem meczu przeciwko Ipswich, strzelając dwie bramki. Oto, co zdążył jednak ustrzelić jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Idąc śladami Rodiona Romanowicza Raskolnikowa (a może po prostu Fiodora Dostojewskiego?), po tej zbrodni nadeszła pora na karę. Jako że Niemiec nie wyrażał skruchy i nie spacerował samotnie ulicami Sankt Petersburga, kto nie wymierzyłby jej lepiej, aniżeli ludzie młodzi, pełni nadziei i ambicji, przeciwni wszelkim negatywnym zjawiskom? Na przykład, juniorzy Chelsea FC?

PS. Jako entrée do kolejnej kartki z meczownika, angielscy dziennikarze wreszcie poznali się na rzeczy, choć jak sami przyznają kryzys Chelsea zaczął się już w listopadzie. Brawa za refleks!

Bo lepiej znosili upał

Bardzo ciekawie w piłkarskim kontekście rocznicę obrad Okrągłego Stołu przedstawił Michał Okoński. Punkt widzenia dobrze argumentowany i jednoznaczny. U mnie jest podobnie, ale z korupcją w sporcie.

Współczesne dziennikarstwo, podobnie jak polityka, kuleje z powodu niesamowitego tempa wydarzeń, które im zadano. O wszystkim trzeba napisać/powiedzieć w ciągu dziesięciu minut od danego wydarzenia, bowiem już następnego dnia nikt o tym nie pamięta, ani się interesuje. Wydarzyło się coś nowego i pracujące 24/7 media już tam są goniąc za matrixowym białym królikiem. Taka filozofia (moda?) wymusza na potencjalnych odbiorcach niesamowity wysiłek, aby za wszystkim co się dzieje nadążyć. Czasami się zastanawiam, czy faktycznie warto wiedzieć wszystko i nic.

Może i Piotr Reiss strzelił ponad sto bramek w polskiej lidze, ale szczerze żadna z nich mnie już nie interesuje. Nawet te niekupione będą dla mnie golami kryminalisty, który sprzedał najważniejsze dla kibiców wartości - walkę, poświęcenie, serce do gry. Tego, nawet z perspektywy regularnego widza na Stamford Bridge, nie da się kupić. A Reiss potrafił to wycenić.

Litość budzą we mnie makiawelistyczne komentarze kibiców Lecha Poznań, żeby nie wieszać na piłkarzu psów. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Korupcja, tak jak wszystkie negatywne zjawiska, powinny być wyraźnie wykluczone z życia społecznego, gdzie sport odgrywa istotną rolę. I co z tego, że brzmi to niczym kilka akapitów z "Utopii" Thomasa More'a? Mamy prawo marzyć o lepszym świecie i do niego dążyć. Możemy żądać od naszych idoli bycia perfekcyjnymi przykładami ludzkich zachowań. Za pozycję społeczną i wszelkie przywileje, które dostali, oczekujemy coś w zamian. Nie tylko tępe uśmiechy.

Nawet jeżeli pojawią się jakiekolwiek okoliczności łagodzące - nie interesują mnie. W piłce nożnej zwycięzców od przegranych oddzielają bramki, a nie posiadanie piłki czy ilość rzutów rożnych. Brałeś/płaciłeś - przegrywasz. Mam nadzieję, że już Reissa w polskim sporcie, jak i życiu publicznym, już nigdy nie zobaczymy. To będzie sugestywna nauka na przyszłość dla innych.

Dlaczego kibic Legii będzie się cieszył, jeżeli zatrzymają kogoś z Legii? Polecam tak notkę, jak i dyskusję w komentarzach pod nią.

I jeszcze skrót klasyku polskich boisk: Lech - Legia (1997/98)
"Po przerwie na boisku był już tylko jeden zespół, który wierzył w zwycięstwo, bowiem poznaniacy lepiej znosili upał.

4 Feb 2009

Mesjasz czy kolejna pomyłka?

Chelsea trochę z przypadku wypożyczyła na pół roku Ricardo Quaresmę. W czasie gorączki ostatniego dnia zimowego okienka, BBC około południa ogłosiło, że Portugalczyk nie znalazł się w kadrze Interu Mediolan na fazę pucharową Ligi Mistrzów. Natychmiast rozgorzała dyskusja, że lada moment ktoś go pozyska. Bądź to wypożyczając (Tottenham), bądź kupując (bez niespodzianki, sugerowano Manchester City). We Włoszech się nie sprawdził, w Hiszpanii też nie - chyba tylko masochiści próbują pamiętać grę Quaresmy w barwach Dumy Katalonii. Choć jeszcze o 4.30pm na internetowych stronach the Sun Chelsea zdementowała zainteresowanie piłkarzem (dowcipnisie, no!), półtorej godziny później pojawił się oficjalny komunikat potwierdzający wypożyczenie.

Gdzieś przeczytałem, że ani Michel Platini ani Zinedine Zidane nie zaaklimatyzowali się w Serie A w ciągu pół roku, a tego od Portugalczyka oczekiwano. W Barcelonie walczył nie tyle o miejsce z rywalami czy o miejsce w składzie, ale z kontuzjami. Tym niemniej, kiedy 101goals zachęciło do obejrzenia pewnego filmiku na youTubie i ja trochę zwątpiłem czy Quaresma może uratować sezon na Stamford Bridge.

Straszne, prawda?

Dużo o transferze napisał już Konrad Ferszter oraz Michał Zachodny, dlatego nie chciałbym powtarzać ich słów, a jedynie dodać kilka moich przemyśleń, aby cała sytuacja nabrała pełnych kolorów.

Quaresma, w jakiejkolwiek formie by nie był, jest alternatywą dla Robinho, którego nie udało się pozyskać ani w lecie, ani teraz. Bolesna sprawa. Scolari potrzebował zawodnika, który w pojedynkę będzie potrafił wygrywać mecze, czy to rzutami wolnymi, niesamowitymi dryblingami czy sprintem po skrzydle. Taki piłkarz powstawał po skrzyżowaniu Franka Lamparda i Joe Cole'a, ale ten drugi w tym sezonie już nie wystąpi. Teoretycznie, i Florent "the Joke" Malouda i Salomon "I play well only against Boro" Kalou mają podobne predyspozycje, ale w praktyce wychodzi im to żałośnie. Porażką Chelsea w zimowym okienku transferowym było pozostawienie tych gości w Klubie.

Coś musi być mimo wszystko nie tak z piłkarzem, skoro sam José Mourinho oddaje go po zaledwie pół roku wspólnej pracy. Portugalczyk trenerem jest wybitnym, ale z transferami zaprawdę mu nie idzie i to był tylko kolejny tego dowód. Tak szczerze, ile udanych transferów dokonał bądź jako menadżer Chelsea czy Interu? Należy zauważyć, że jak do tej pory głównie bazował na HR pozostawionych przez Włochów Claudio Ranieriego i Roberto Manciniego.

Jeżeli nie mylę się w moich wyliczeniach, Quaresma jest siódmym piłkarzem FC Porto, który będzie reprezentował barwy the Blues w ostatnich dwóch latach. Hilário w bramce, Paulo Ferreira i José "the Bootswinger" Bosingwa po bokach obrony, na środku Ricardo Carvalho, w pomocy Deco, Maniche i Quaresma. Ósmym byłby Benni McCarthy, którego usilnie próbował sprowadzić Mourinho, a dodając Brazylijczyków Mineiro, Alexa i Juliano Bellettiego wszyscy dogadywaliby się w jednym języku. Choć do największych kolonii nadal daleko, to już z pewnością robi to wrażenie.

Nie należy także zapominać o Cristiano Ronaldo w całej tej bajce. Wierzę, bo wierzyć chcę, że Quaresma pójdzie w ślady swojego byłego kolegi ze Sportingu Lizbona i na Wyspach się zaaklimatyzuje. Inna sprawa, że choć piłkarz Manchesteru United trafił do Anglii na innym etapie swojej kariery, na wprowadzenie się miał dwa sezony, podczas gry Quaresma ma najwyżej pięć miesięcy. Jego kariera wisi na włosku. Jeżeli mu się nie uda, zapewne na dobre wróci do Portugalii z etykietką za dobrego na krajowe rozgrywki, ale za słabego na grę zagranicą. Chelsea potrzebuje Quaresmy, ale i Quaresma potrzebuje Chelsea. Oby ta współpraca (eksperyment) wyszła na dobre dla obu stron!

I taka ciekawostka na koniec: Portugalczyk zapewne dostanie koszulkę z numerem siedem na plecach. Taką samą, w jakiej kompromitował się Maniche, a rady nie dawał Andrij Szewczenko. W United natomiast, świetnie jej ciężar utrzymuje wspomniany już Ronaldo. Co by się stało, gdyby w 2003 roku sir Alex Ferguson podjął inną decyzję - pozostaje nam tylko gdybać.

Update: A jednak będzie grał z 18, którą w Klubie pozostawił Wayne Bridge. Czyżby nie chciał kusić losu?

3 Feb 2009

Fabiański w Arsenal TV

Nie trzeba być kibicem Arsenalu, aby być pod wrażeniem systemu, na jakim oparty jest ten klub. Choć nie napisałem jeszcze obiecanego felietonu, jak widzę to od środka i czego bym się obawiał, dzisiaj zachęcam do obejrzenia krótkiego wywiadu z Łukaszem Fabiańskim.

Fanem talentu tego bramkarza byłem już na długo przed moją rozmową z nim, dlatego cały czas mocno trzymam kciuki za jego karierę. W tym tygodniu, Polak był gościem programu "Spotlight" w Arsenal TV. Naturalnie, było kilka banalnych pytań, ale prowadzącego rozmowę zaskoczyła odpowiedź na pytanie, jak Fabiański spędza wolny czas.

Spotlight interview with Lukasz Fabianski