27 Oct 2008

Stawać się lepszym człowiekiem

O porażce, dżentelmeństwie i Maloudzie.

To porażki, a nie zwycięstwa, nas uczą. Dotyczy to tak sportu, jak i, generalnie ujmując, życia. Chelsea przegrała u siebie po raz pierwszy od lutego 2004 roku, a nasz rekord meczów bez porażki przerwał Liverpool, samemu awansując na fotel lidera. Gorzej być nie mogło?

Miałem szczęście oczyścić moje myśli natychmiast po ostatnim gwizdku sędziego. Pomimo brzydkiej pogody, obiecałem chłopakom, że pogramy trochę na świeżym powietrzu. Bieg w deszczu na boisko oraz godzinna sesja street soccera - pomogło. Kilka kwestii mogłem w głowie uporządkować.

Te 86 meczów bez porażki robi wrażenie. Pobiliśmy jeden z najstarszych rekordów Liverpoolu FC, choć nie raz byliśmy w wielkich opałach. Pamiętacie choćby ostatni Boxing Day i bramkę w pierwszej połowie na 2:0 dla Aston Villi? Jeszcze przed przerwą zaczynałem wysyłać smsy do znajomych. Ale te 86 to tylko sztucznie nadmuchana liczba. Jak dla mnie twierdza Stamford Bridge została psychicznie zdobyta wiele razy zanim ostatecznie wygrali tam "the Reds".

Majaczę? Byliśmy uwiezieni w złotej klatce. Choćby zeszłoroczne remisy z Evertonem, Wigan i Boltonem bolały gorzej niż porażki. To wówczas goście zrozumieli, że z Londynu można wywieźć korzystny rezultat. Pierwszy raz w życiu chciało mi się wymiotować na meczu piłkarskim, kiedy będący kilka metrów ode mnie Emile Heskey wpakował piłkę do bramki Petra Cecha w 92. minucie ligowej potyczki. Tamten wynik, i wiele im podobnych, były tylko sztucznym dmuchaniem balonu nazwanego "X ligowych meczów bez porażki u siebie". Zjawisko to także wśród fanów Chelsea budziło kontrowersje.

Jose Mourinho, zapytany prawie dwa lata temu o perspektywę porażki na własnym stadionie, ze spokojem odpowiedział, że to tylko fajna seria, ale za to pucharów nie przyznają. W teorii, wolałby poświęcić remis wystawiając napastnika za obrońcę i walczyć o zwycięstwo z ryzykiem nadziania się na kontrę. Mecze bez porażki powodowały także wewnętrzną presję. Piłkarze, zwłaszcza pod rządami Avrahama Granta, mieli związane nogi myśląc o tym "aby tylko nie stracić", zamiast o odważnej grze ofensywnej. Podobnie zachowywali się kibice, w tym - przyznaję - także ja sam. "Żebyśmy tylko nie przegrali" - powtarzało wielu przed meczem. Łysy spiker Neil Bennett także robił swoje wykrzykując w stylu bokserskiej gali podczas prezentacji drużyn ilu to meczów Chelsea nie przegrała.

Pisałem niedawno o wypowiedzi Alberta Camus ile to futbol znaczy w życiu człowieka. Po dzisiejszym meczu mogę dodać kolejny argument do tej dyskusji. Kibicowska presja, tak można nazwać czucie mdłości w końcówce meczu z Liverpoolem. Porażka zbliżała się wielkimi krokami. Mogłem zachować się jak każdy: zrzućmy na coś winę, pobluźnijmy trochę, oczernijmy zwycięstwo przeciwnika, w końcu to znienawidzeni Scousersi. Dla większości ludzi, czy chcemy się z tym pogodzić lub nie, to poprawia humor. Ale chciałbym wynieść z tego nieszczęsnego meczu jakąś naukę.

Przyznać, że ktoś inny zasłużył na to zwycięstwo. Pracować nad sobą, aby natychmiast podnieść się po porażce i ponownie walczyć o ambitne cele. Nasze życia, tak jak metaforyczny sezon w Premiership, to nie jest kwestia jednego wydarzenia. Cechą charakterystyczną wielkich zespołów jest radzenie sobie w trudnych momentach, kiedy trzeba odnaleźć się w niekorzystnych okolicznościach. Podnieść po bolesnej porażce, nie wypaść z rywalizacji. Dlatego właśnie te drużyny są wielkie!

Sympatycznie jest znaleźć na facebooku odpowiedź fana Liverpoolu na pomeczowe gratulacje, wszak z dumą odbiera się słowa o prawdziwym dżentelmeństwie. Przykład zachowania z klasą płynie w Chelsea z góry. Warto posłuchać słów gaffera.

Historia Chelsea ery Romana Abramowicza zaczęła się od meczu z Liverpoolem właśnie, kiedy Rosjanina w Klubie jeszcze nie było. Pamiętne zwycięstwo 2:1 w maju 2003 roku otworzyło drzwi do nowych rozdziałów historii zespołu z zachodniego Londynu. Doprawdy niewiele było momentów od tamtego momentu, aby fani Chelsea mogli się smucić. Niedzielne zakończenie passy ligowych meczów u siebie bez porażki stawiam na podobnym poziomie do moskiewskiego finału Ligi Mistrzów. Oceńcie wielkość Chelsea po tym, jak "wróci" w nadchodzących meczach. Jedynie John Terry, Frank Lampard, Wayne Bridge i Carlo Cudiciniego zaznali smaku przegranego meczu w lidze na Stamford Bridge. Dla wszystkich - to zupełnie nowe doświadczenie.

Kończąc ten przydługi wywód należy jeszcze nadmienić dwa nazwiska. Rozumiem, że nowy menadżer przyszedł do Klubu z une carte blanche, ale ani Salomon Kalou ani Florent Malouda nie zasługiwali na bycie w kadrze po zeszłorocznych "popisach". Ci piłkarze po prostu odstają od reszty zespołu, są po prostu dobrymi zawodnikami, ale nic poza tym. Choć obaj byli wychwalani przez angielskich dziennikarzy w tym sezonie, sceptycznych opinii się nie wyrzekłem. Głupie bramki przeciwko Middlesbrough mnie nigdy nie przekonają, za takie trafienia nikogo się nie rozlicza. Jeżeli Luis Felipe Scolari chce odnieść sukces na the Bridge, musi się wspomnianych panów pozbyć.

PS. Tytuł wpisu został zainspirowany genialną wypowiedzią Jacka Nicholsona z filmu "As good as it gets".

PS2. Nie jesteśmy już najbogatsi. Nie jesteśmy poza zasięgiem. Nie bronimy epopeicznego rekordu. Jesteśmy znowu ludźmi. Warto przeczytać o tym komentarz z the Guardian.

7 Oct 2008

Wymierają powoli

Zwątpiłem.
Chelsea właśnie strzeliła drugą bramkę. Nicolas Anelka wreszcie wepchnął piłkę do siatki, Brad Friedel został pokonany po raz drugi w niedzielnym meczu. Stamford Bridge podskoczyło, niematerialną radość można było niemalże poczuć. Ale po dziesięciu sekundach, palce wszystkich fanów Chelsea wskazywały sektor gości. "Who are ya? Who are ya?", ciągle i ciągle powtarzał tłum, mimo iż piłkarze wznowili już grę.
- A ty, co tak cicho? - zapytał znajomy.
- Przyszedłem obejrzeć mecz. O, patrz jak zareagował Martin O'Neill! - odparłem.

Napisałbym, że jestem człowiekiem starej daty. Ale musiałoby to zapewne oznaczać pierwszą połowę XX. wieku, czasy moich pra- oraz prapradziadków. Wówczas to, według angielskich książek o futbolu, ludzie ekscytowali się grą, sportem jako takim. Na trybuny przychodziło jeszcze więcej kibiców niż współcześnie, a każde efektowne zagrania oklaskiwano.

Przyśpiewka "Who are ya?" jakaś strasznie pejoratywna nie jest. Ba, ma taki sam szyderczy oddźwięk jak "Pajace", śpiewane w innych krajach. Ale nie o formę, a intencje mi teraz chodzi. Dlaczego ktoś może czerpać większą (i dłuższą) radość ze słownych ataków na drużynę przeciwną, aniżeli cieszenia się z bramki swojego zespołu? To jest chyba prostactwo.
W latach '70. i '80. zmienił się sposób postrzegania futbolu. "Pionierskie" (o ironio, szły w dół) zmiany zaczęły następować w Anglii. Skrajne ugrupowania polityczne zaczęły odciskać piętno na kibicach, obudzono agresję anonimowych mas. Podobno gdzieś w Hiszpanii zachowały się archaiczne wzorce pozytywnego dopingu, ale boję się, że to bajka. Frustracje dnia codziennego zaczęto wyładowywać na stadionach. W niektórych krajach taka mentalność trwa do dziś. Anglia przeżyła swój dramat w trzech aktach: na Valley Parade w Bradford, na Heysel w Brukseli, oraz na Hillsborough w Sheffield, po których dostała rozgrzeszenie dopiero na Euro 1996.

Mistrzostwa Europy w ojczyźnie futbolu dały powiew świeżości. Pokazały, że nowoczesne stadiony i bezwzględna walka ze stadionowym prostactwem może się udać. W nieco ponad dekadę później, angielskie zespołu zdominowały europejskie rozgrywki. Zmieniona została struktura systemu kibiców. Odebrano im w klubach władzę, zaczęto traktować jak gości na przedstawieniu. "Ty kupujesz bilet, my na murawie robimy przedstawienie godne London Metropolitan Opera". Ktoś powie, że zabiło to atmosferę na trybunach i ma rację. Ale w zamian, widz dostał produkt w najlepszej na świecie jakości, angielską Premiership.
Kto zarobi więcej: zwycięzca Ligi Mistrzów czy spadkowicz z Premier League? Za tryumf w europejskich pucharach można dostać do 20 milionów funtów. Za ostatnie miejsce w lidze, z tytułu praw telewizyjnych i sponsorskich, blisko 30 milionów.

W najnowszym numerze fanzinu kibiców Chelsea, cfcuk, można znaleźć dwa ciekawe artykuły zgorzkniałych 40-latków. O tym jak odebrano im pasję meczów z lat '80., że "nowi" nie wiedzą, co to doping, że stadiony stały się teatrami, że oni już na mecze nawet nie chcą chodzić. Wszystkiemu winne wspomniane Euro 96, SkySports (czyt. prawa telewizyjne) oraz coraz większe pieniądze, czyli wszystko to, co dało Premier League hegemoniczną pozycję w piłkarskim świecie. Angielska ekstraklasa to jedyny sportowy produkt Europy, o który upomina się Ameryka.

Czytałem te artykuły i się cieszyłem. Futbol w najlepszym wydaniu staje się powoli wolny od chuliganerii, której już na tą zabawę nie stać. Dla ogólnego dobra, kibic staje się widzem, a nie aktorem piłkarskiej potyczki. Skowyt angielskich fanów dotrze niedługo także do innych krajów, wraz z rozszerzaniem się futbolu na globalną skalę.
Futbol to już nie produkt, ale katalizator przemian. Dwa kraje się spierają, zrzuć im mecz międzypaństwowy. Pokaż, że na boisku wszyscy są sobie równi. Potrzebujesz zachęcić jakiś region do zmian społecznych, światopoglądowych, pomóc rozbudować infrastrukturę - daj im organizację jakieś imprezy. Afryka jest wykorzystywana przez imperialistyczne potęgi - pozwól jej pokazać, że także potrafi na nich zarabiać. Problemy wychowawcze w szkole - daj im piłkę i naucz reguł gry.

Piszę te słowa, bowiem za 10-15 lat będziecie mogli odczuć je na własnej skórze. Kolejne osoby będą z łezką w oku wspominać zadymy, "piękne czasy" ustawek oraz szalonych wyjazdów. Ale ani teraz, ani wówczas nie będzie mi ich żal. Ale siedząc w niedzielę na the Shed i widząc te wszystkie palce wskazujące fanów gości przeszyła moją głowę niepewność. Czy jakieś cząstki "negatywnego kibicowania" nie pozostaną ukryte na stałe w masowej świadomości przynosząc groźbę ponownego zrodzenia się?

PS. Decyzja o napisaniu powyższego felietonu, również opublikowanego na iGolu, jest w dużej mierze zainspirowana komentarzami pod notką na blogu Michała Okońskiego.

6 Oct 2008

Powrót do akademii

Stęskniłem się za uczelnianymi murami. Od ostatnich zajęć minęło ponad cztery miesiące, więc czasu aż nadto. Już się nie mogę doczekać, kiedy na nowo zaczniemy dyskutować i wspólnie się uczyć. O Marksistach we współczesnym świecie, o przyszłości kapitalizmu, o naturze ekonomii, o filozofiach sprawowania rządów, o erze konsumentów, o wyborczych szansach Konserwatystów, etc. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać...

Fajnie, jakby udało się utrzymać ten intelektualny czar. Po raz pierwszy naprawdę brakowało mi nie spotykania znajomych twarzy, ale nauki, książek oraz rozmów o sprawach przeszłych, przyszłych i bieżących. Mam odwagę pisać te słowa, choć zdaję sobie sprawę, iż za kilka dni mogę zacząć przeklinać je, siedząc nad wielkimi księgami politycznych oraz międzynarodowych mądrości. Jeśli nawet tak się zdarzy, miło było, choć przez chwilę, czuć powiew tej świeżości umysłu.

Trudno mi powiedzieć, czy moja dziennikarska pasja ucierpi z powodu tej akademickiej. Czasami czuję się, jakby o moje względy walczyły dwie kochanki, a ja nie potrafił się zdecydować, którą wybrać. Oj, typowy żywot spod znaku Bliźniąt. I będę starał się flirtować z obiema tak długo, jak sytuacja na to pozwala.

I jeszcze anegdota. Claude Moraes to, jak się można domyślić, londyński eurodeputowany do Parlamentu Europejskiego. W jednym z ostatnich wywiadów sprzeciwił się poparciu Wielkiej Brytanii dla zamykania włoskich granic przed Romami oraz idei wprowadzenia egzaminów z języka angielskiego przed otrzymaniem wiz na pracę w Zjednoczonym Królestwie. Próby te nazwał hipokrytycznymi. „W Hiszpanii, największą wspólną imigrantów są Brytyjczycy. Są oni także najmniej zintegrowani z nowym krajem, większość po hiszpańsku mówi słabo lub wcale”. Ot, ciekawostka.

3 Oct 2008

Kinnear znowu ma swoje pięć minut

(fot. Tam jest wyjście! / telegraph.co.uk)
Czyli o menadżerze epizodycznym.

Kim jest szkoleniowiec Srok? To pytanie zaczyna nabierać nowego wymiaru. Jeszcze niedawno pisałem o niechcianym Newcastle United, dla którego nikt nie chce pracować w przejściowym okresie sprzedawania klubu. Ślepy strzał trafił w Joe Kinnear. Trafnie skomentował to Alan Shearer. – Jakbym miał wymieć 500 kandydatów na menadżera zespołu, jego nazwisko nawet nie przyszłoby mi na myśl - powiedział były kapitan reprezentacji Anglii.

Podczas całkiem udanej kariery piłkarskiej, Kinnear reprezentował barwy tylko dwóch klubów: Tottenhamu Hotspur (prawie 200 występów w latach 1965-75) oraz Brighton&Hove Albion, gdzie zaliczył roczny epizod przed zawieszeniem butów na kołku. Wyemigrowawszy do Azji, na ponad dekadę słuch o nim zaginął. Dopiero przygodą z Wimbledonem w angielskiej ekstraklasie (krótką, aczkolwiek burzliwą) przypomniał o sobie rodzimej piłce. Kinnear zrezygnował z funkcji menadżera po ataku serca, a klub w kolejnym sezonie spadł do ówczesnej Division One.

Praca w Luton i Nottingham znowu się skończyła, zanim na dobre się zaczęła. Ciężko się nad tym dłużej roztkliwiać, po prostu nie ma o czym. Miał coś zrobić, osiągnąć postawiony cel, ale nie udało się. Menadżerem Newcastle też został przez przypadek, po prostu nikt inny tej pracy nie chciał. W jednym z wywiadów Kinnear przyznał to szczerze. Ot, miał się zająć zespołem przez kilka tygodni, kiedy Mike Ashley próbował klub w międzyczasie sprzedać. Nowy właściciel zatrudnia nowego menadżera i kolejna krótka misja Kinnear dobiega końca. Tym razem jednak, 61-latek postanowił pozostać w pamięci na trochę dłużej. Zanim prowadzone przez niego Newcastle United rozegrało choćby jeden mecz!

Konferencja prasowa, jak każda inna. Dziennikarz pyta, menadżer w ten sam sposób odpowiada. Wszyscy są zadowoleni, bo dziennikarz ma materiał, aby zapchać łamy gazet, a menadżer cieszy się z budowana pozytywnego wizerunku klubu. Tym razem, było inaczej.

Pięć minut, 52 razy użyte wulgaryzmy. Materiał, który nie powinien być puszczany nieletnim. Tomasz Lis przy tym wysiada.

Transkrypcję rozmowy z prasą dostarczyło dzisiaj kilka gazet, m.in. the Times, ale ofiarami ataku menadżer padli dziennikarze brukowego Daily Mirror, na którego stronie internetowej można wysłuchać całej konferencji. Pomimo użytego języka, polecam.

Jeżeli pan Kinnear mógł coś udowodnić, to z pewnością udało mu się. Dlaczego od kilku lat nikt nie chciał go zatrudnić? Dlaczego każda przygoda z profesjonalnym futbolem kończyła się tak szybko? Ostatnia, nawet zawieszeniem na dwa mecze za komentarze pod adresem sędziego. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele się w angielskiej piłce zmieniło. Pojawili się zagraniczni właściciele, kluby zaczęły regularnie kupować największe gwiazdy futbolu, a rozgrywki ligowe stały się najpopularniejszymi na świecie, oglądanymi przez miliardy, relacjonowanymi przez coraz większą ilość mediów. Kinnear stracił kontakt z tym światem oraz umiejętność obcowania w nim. Doświadczenia z Wimbledonu są teraz nic nie warte, świat poszedł za bardzo do przodu.
- Czy Kinnear miał prawo tak się zdenerwować?
- Nie.
- Czy nadaje się do pracy w klubie Premiership?
- Nie.
Rację miał Shay Given od początku uważający, że tymczasowe rozwiązanie z Kinnearem jest złe i prowadzi donikąd. Dziś jego oraz innych zasłużonych piłkarzy reprezentujących barwy Newcastle United jest dziś po prostu żal. Albo Ashley natychmiast sprzeda klub i permanentny menadżer zostanie zatrudniony, albo nowy sezon Magpies zaczną w the Championship.

PS. Swoją drogą, przypomniało mi się, że już kiedyś pisałem o menadżerze buforowym. Może by cykl jakiś zrobić? ;-)

27 Sept 2008

Z Florydy przez Łódź do Boltonu

Czytając wpisy na blogsporcie zebrałem kilka wolnych myśli. Charakter postu może być trochę chaotyczny, bowiem prowadzę mały wyścig z czasem i nie mogą sobie tym razem pozwolić na dopracowanie tej notki. Proszę o wyrozumiałość.

Zaintrygowała mnie informacja dostarczona przez „Świat koszykówki” o nowych koszulkach zespołu z Florydy. W dużej mierze świadczy o integralności europejskiego futbolu z amerykańskimi superligami. Jednakże rzadko się zdarza, aby sportowy wzór popłynął ze „starszego” wybrzeża Atlantyku. Włodarze amerykańskich drużyn poszli w soccerowe ślady i coraz częściej zmieniają modele koszulek, aby tylko podreperować nadszarpnięte indywidualnymi kontraktami budżety. Oceniając wielkość USA oraz popularność zawodowych lig za granicą, kluby Premiership mogą o takiej sprzedaży tylko pomarzyć.

Choć nie znalazłem dokładnych informacji, kto i ile zarobił na nowym numerze Kobe’ego Bryanta (wierzycie w bajkę o ulubionym numerze ze szkoły średniej?), ale i tak niektóre liczby robią wrażenie. Skończyły się czasy, kiedy koszulka NBA była aktualna tak długo jak dany zawodnik nie zmienił zespołu. Ktoś sobie pluje w brodę, że pomysł nie pojawił się wcześniej, kiedy liga koszykówki przeżywała boom w latach ’90. i niemalże każdy dałby się wówczas za takową pociąć. Wyobrażacie sobie ile zarobiłby władze NBA, gdyby taki Michael Jordan grał co dwa lata w innym modelu? Zmiany, które następowały, były minimalne, niemalże niczym korekty.

Co więcej, zszokowała mnie sama prezentacja nowego modelu koszulek. Przypominała ona bardziej występ przygotowany przez licealny teatrzyk bądź kumpli z akademika, a nie profesjonalistów. Jeżeli ktoś reklamuje nowy model czegokolwiek, chce to sprzedać. Formuły zaprezentowanej przez Orlando nikt nie kupi w Chinach. Pójść należało drogą Bayernu Monachium. Kicz w Europie, szał w Azji. Choć tutaj ciekaw jestem opinii SiMa.

Informacje o Magics przypomniały mi także o jednej z pierwszych notek na tym blogu, o Rickim Horrowie. Człowiek-legenda w amerykańskim biznesie sportowym, który ma na koncie sprowadzenie obu drużyn NBA na Florydę. Fajnie było poznać go rok temu i trochę pomailować. Inna sprawa, że czytając tamten wpis aż prosi się o poprawienie wielu błędów językowych (składnia, gramatyka, ortografia!!). Przynajmniej mam porównanie, jaki postęp nastąpił w moim angielskim w przeciągu ostatnich 12 miesięcy.

Zrobił na mnie wrażenie monolog-rzeka Marcina Gortata, wysłuchany i dobrze prowadzony przez Łukasza Ceglińskiego. Z resztą, nie tylko na mnie. Chłopak, któremu spełniło się więcej marzeń aniżeli sam oczekiwał, jest nadal skromną osobą. Cieszy się bogactwem i popularnością, ale nie chełpi i gwiazdorzy. Ma więcej, ale jest taki sam. I pamięta o wszystkich, którzy pomogli mu trafić do NBA. Pomaga młodym adeptom kosza. Widziałem wiele wywiadów z Gortatem i wszędzie wymienia te same osoby. Co ciekawe, w tym gronie jest także mój nauczyciel w-fu z czasów liceum, Konrad Skupień. Spotkałem go w styczniu tego roku podczas studniówkowej próby i zapytałem o zawodnika Magic. – Fajny, spokojny chłopak. Cieszę się, że mu się udało – usłyszałem spokojnie w odpowiedzi.

Jakiś czas temu zaczęło mnie nurtować, czy Gortata nie spotkałem wcześniej na parkietach, bowiem jego przygoda z ŁKS-em zbiegła się w czasie z moją w Starcie Łódź. Mini-dochodzenie przeprowadzone z kolegami z zespołu odpowiedzi nie przyniosło, a historii dorabiać nie chcę. Mój znajomy grał w czasach szkolnych przeciwko Carlosowi Veli (obecnie Arsenal), dlaczego ja miałby nie zagrać przeciwko zawodnikowi NBA ;-) Tym niemniej, czytając wypowiedzi Marcina cieszyłem się jego szczęściem.

I wtedy pojawił się kolejny bohater tej opowieści urodzony z Łodzi, Euzebiusz Smolarek. Dokładniej, wpis Michała Pola o konferencji prasowej w Boltonie. Choć, czytając komentarze, dziennikarz Polsatu Jakub Górski szczerze przyznał, że trochę „ostro” przywitał piłkarza, niesmak pozostał. Na tym poziomie i za te pieniądze zawodnik musi być profesjonalistą, nawet jeżeli od roku wiatr wiele mu w twarz. Ciekawe, czy wytransferowany do HJK Helsinki udzielałby wywiadów polskim mediom po finsku? Smolarek zapomniał o gościnności, na której sam chce zarabiać. W historii futbolu bywało gorąco w sali konferencyjnej i nikt nie uciekał. Fajnie jest słyszeć przyjemne pytania, ale za swoje czyny (tudzież gesty) także trzeba umieć odpowiadać. Prestiż nagrody „Piłkarza Roku” od tygodnika „Piłka Nożna” trochę podupadł. Choć już nie pierwszy raz.

26 Sept 2008

Tak powiedział Wenger

Czwartkowy artykuł w „The Timesie”. Autor wygłasza w nim peany pod adresem Jacka Wilshere’a, umiejętnie komponując je z wypowiedziami Arsène’a Wengera.
„People tell me he's a bit like Liam Brady because he has good balance and a change of direction. I believe later in his career he will be a central midfielder or play behind the strikers.
Z wcześniejszych zdań artykułu wynika, że to francuski menadżer zasugerował osobę Liama Brady’ego jako porównanie. Pomiędzy zacytowanymi wyżej dwoma zdaniami, Wenger coś jeszcze wtrącił. Tak się składa, że mam to na dyktafonie ;-)

W dużej sali pod trybunami Emirates Stadium powoli kończyła się pomeczowa konferencja prasowa. Pojawiła się na niej garstka dziennikarzy, może dziesięciu, dwunastu. Więcej widziałem w małym pokoiku przy al. Unii Lubelskiej 2, kiedy Łódzki Klub Sportowy grał w drugiej lidze przeciwko jakiemuś marnemu rywalowi. Choć konferencja zaczęła się ciekawie, od tematu znalezionego listu menadżera do piłkarzy Arsenalu, atmosfera powoli stawała się senna. Ktoś od niechcenia rzucił sugestywne pytanie czy Wilshere swoją grą przypomina Brady’ego, legendę Arsenalu z lat 70.
„People tell me he's a bit like Liam Brady because he has good balance and a change of direction. I’m not sure, because I never saw Brady playing and this is what some fans tell me.
W tym momencie rzecznik przerwał spotkanie z prasą, a Wenger zdążył wstać i się wyprostować. Padło ostatnie pytanie o pozycję, na jakiej będzie grał Wilshere.
„I believe later in his career he will be a central midfielder or play behind the strikers.
Że w polskich gazetach trzeba czymś zapełnić sportowe łamy w środku tygodnia to rozumiem, ale żeby z tym borykali się dziennikarze angielscy? Naturalnie, heca wielka nie jest, można nawet powiedzieć, że się czepiam, ale zaintrygowała mnie ta cytowana w gazecie wypowiedź.

Choć zapowiadałem, że przy okazji następnej notki o „Kanonierach” nakreślę problematyczną wizję przyszłości tego klubu, w tym poście na to miejsca już nie starczy. Tym niemniej, spędziwszy trzy dni dwie minuty spacerkiem od Emirates Stadium, tylko udało mi się utwierdzić w moich przekonaniach. Już się nie mogę doczekać, aż uda mi się myśli te spisać, a zdjęcia z aparatu zrzucić na dysk.

Bardzo chętnie opisałbym także więcej moich wrażeń z samego meczu Arsenal - Sheffield United, aniżeli tylko w formie pomeczowego newsa. Mam nadzieję, że starczy mi na to czasu jeszcze choćby jutro, przed ligową kolejką w weekend. Winien jestem też komentarz o historycznym zwycięstwie mojego lokalnego „mam-tam-dziesięć-minut-z-buta” klubu Brighton and Hove Albion FC nad szejkami z Manchesteru oraz wychodzących ze stadionu fanach Portsmouth w 50. minucie meczu. A to przecież tylko Puchar Ligi...

PS. Na iGola wrzuciłem także artykuł o Kevinie Keeganie i tarapatach, w jakie wpadło Newcastle. Poruszyłem także kwestię okienka transferowego w tym kontekście. Może Was zainteresować.

22 Sept 2008

Dzieci internetu (odcinek 1532.)

Euzebiusz Smolarek zadebiutował w sobotę w barwach Boltonu. Delikatnie mówiąc, jego występ był bezbarwny. Tyle udało mu się zrobić w 55 minut. Jak nie może piłkarz, internautów pośle. Smolarek jednym z bohaterów meczu, ba! najlepszym graczem "Kłusaków". Żenada.

To raczej nie jest jedna z sensacji XXI. wieku, ale... Zdziwiło mnie pojawienie się na boisku Ricardo Vaz Te. Portugalczyk miał być wypożyczony do Racingu i w ten weekend zagrać przeciwko Realowi Madryt. Dementi odejścia z Reebok Stadium się nie pojawiło, pojawił się za to sam zainteresowany. I znowu (też) zagrał słabo.

20 Sept 2008

Cztery bramki i nudy

(fot. onet)
Trochę spóźniona kartka z meczownika. We wtorek byłem na meczu Ligi Mistrzów z Bordeaux i... się zawiodłem. Było po prostu nudno.

Zdaję sobie sprawę, że kibice 95 procent klubów na świecie dużo oddaliby za zwycięstwo 4:0 w najważniejszych europejskich rozgrywkach. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze siedem lat temu Chelsea męczyła się (i odpadała!) z Pucharu UEFA grając z takimi tuzami jak Hapoel Tel Aviw czy St. Gallen. A prowadził ich obecny szkoleniowiec Juventusu! A ja idę w ślady Luisa Felipe Scolariego i marudzę.

Po pierwsze, Girondins nie dostosowało się do poziomu tych elitarnych rozgrywek. Nie atakowało odważnie, nie ryzykowało. W pierwszej połowie zostało skarcone dwoma golami, choć powinno pięcioma. Między bramkami Joey'ego Cole'a a Florenta Maloudy chyba nie działo się nic. Dziura, pustka, nudy, jedno wielkie - nic. Chelsea niepotrzebnie się cofnęła, oddała pole. Piłka przechodziła raz na stronę gospodarzy, raz gości. I nic z tego nie wynikało.

Ani na chwilę zwycięstwo nie było zagrożone, a "wygodnictwo" przy jego osiąganiu powodowało ziewanie. Ziewanie ma to do siebie, iż powoduje reakcję łańcuchową. Ziewnie jedna osoba, potem druga i kolejna, a następnie ktoś obok. I tak ziewały trybuny Stamford Bridge.

Zszokowali mnie fani Żyrondystów. Przyjechała ich garstka, choć Eurostarem i TGV do Londynu mogli się dostać szybko. Ba, mogli nawet przyjechać samochodami, ewentualnie przylecieć tanimi liniami. Wszystko zapewne w zasięgu ich portfela. Na ok. 2 tysięcy, które mogłoby kupić bilety, pojawiło się może sześćset osób.

Swoista historia zatoczyła koło. Rok wcześniej podczas meczu z Rosenborgiem Stamford Bridge wyglądało jak puste, przyszło niewiele ponad 25 tysięcy. Goście z zimnej krainy objęli prowadzenie, a Chelsea męczyła się niesamowicie. Wyrównał Andrij Szewczenko, po jednym z niewielu goli w barwach "the Blues". Następnego wieczora José Mourinho w klubie już nie było. Szalony to był rok. Pełen smutku i łez, złości i braku wiary. Potem przyszło odwrócenie karty i pogoń za United na dwóch najważniejszych frontach. Nie udało się.

Znowu jesteśmy w Londynie. Chelsea bez wysiłku wygrywa z Bordeaux, Scolari oczekuje od piłkarzy więcej, a nad sir Alexem Fergusonem wisi widmo dziewięciu punktów straty do lidera. I czy ja mam prawo narzekać?

99 Gerrarda


Steven Gerrard
może już dziś świętować swoją setną bramkę w barwach Liverpoolu. Zawodnik, którego 90 procent goli było "ważne", lub "kluczowe", bądź "zwycięskie", ewentualnie "ratujące twarz Liverpoolu", nie bez kozery jest postrzegany za żyjącą legendę Anfield Road.

Rafael Benítez nazwał niedawno zawodnika swojej drużyny "najlepszym pomocnikiem świata". Słowa może i trochę przesadzone, ale roli w "the Reds" nie da się podważyć - kto inny ciągnąłby ten wózek tak dobrze, jak on? I choć Stoke może nie być najbardziej wyszukanym rywalem na jubileuszową bramkę, zwycięstwo nad nimi przesunie Liverpool na fotel lidera Premier League. (Przynajmniej) na 24 godziny. Pamiętając fantastyczną atmosferę towarzyszącą setnej bramce Franka Lamparda dla Chelsea, Gerrardowi także życzę aby ta sztuka udała się przed własną publicznością.

"Mind games" w najlepszym wydaniu zaczął już Luis Felipe Scolari. Brazylijczyk oświadczył, że widzi w swoim zespole Cristiano Ronaldo. Ba, będzie chciał go kupić już w następnego lata! Portugalczyk nie należy do najbardziej lojalnych pracowników w historii futbolu i prasa już ostrzy sobie zęby na jego komentarz na te doniesienia. W Chelsea pewność siebie przed niedzielnym meczem z United większa, niż w 2006 roku. Wówczas broniący tytułu zespół z Londynu gładko pokonał przyjezdnych 3:0. Żądza rewanżu za poprzedni sezon ligowy z puentą w Moskwie jest wielka, a drużyna jest "on fire". Nawet José Mourinho wie, ile ubiegłoroczna kampania psychicznie kosztowała jego byłych piłkarzy. Wtorkowe zwycięstwo nad Bordeaux odniesiono niemalże najmniejszym nakładem sił, choć Francuzi wracali do domu z czterema golami straconymi. Jak będzie w niedzielę?

Zwycięstwo Chelsea w niedzielę będzie dramatem dla sir Alexa Fergusona. Dziewięć punktów straty, choć na początku sezonu, przy wyrównanej stawce może być nie do odrobienia. Dlatego ewentualnej porażki szkocki menadżer się boi. - Nie możemy przegrać - powiedział na przedmeczowej konferencji. Czy ten lęk przełoży się na piłkarzy i zwiąże im nogi?

PS. Ciekawostka z Daily Mirror: w Walsall FC ktoś zostawia martwe szczury w workach z brudnymi ubraniami.

PS2. Trochę smutne. Po ostatnich wpisach o Wiśle w Londynie blog zanotował rekordową liczbę odwiedzin. "Bad news sells best", choć wcale bym nie chciał. Szkoda także, że słaba piosenka była wówczas na playliście ;-) Szybko się zreflektowałem. Obecna melodię właściwie kojarzycie z "American Beauty".

19 Sept 2008

Jaki był ten mecz?

(fot. Krzyszfot Porębski / Wislasoccer.com)
Sędzia po raz ostatni zagwizdał, a ja nie byłem pewien, co napisać. Wisła przecież przegrała. Ale tylko 1:2. Ponadto, utwierdzam się w przekonaniu, że drugi gol padł po faulu. Ale Tottenham grał w obronie żenująco słabo i Wisła mogła to nawet wygrać. Krakowski zespół prezentował się świetnie technicznie i kondycyjnie, ale odnosiłem wrażenie, że przy pojedynkach fizycznych Anglicy (ilu tam w ogóle było Anglików?) rzucali ich po ścianach.

Zagaduję dziennikarzy polskich i angielskich. Zdania (po)mieszane. Ledley'a Kinga, który według mnie zagrał beznadziejnie, głośno chwalą korespondencji katowickiego Sportu oraz Sunday Telegraph. ¿Qué? No właśnie, "qué". Ktoś się wtrąca, że Giovani dos Santos nieźle się zaprezentował. Mówiącym te słowa okazał się jakiś meksykański dziennikarz, który przybył do Anglii zrobić materiał o swoim faworycie.

W prowizorycznej mix-zonie na murawie WHL kłębi się tłum lokalnych żurnalistów. Poprosili rzecznika prasowego o rozmowę z Davidem Bentley'em. - Dlaczego? - zaciekawiony zapytałem. - Pierwsza bramka w Spurs, super występ - ktoś odparł. Przy tej opinii także postawiłbym duży znak zapytania. Prawy pomocnik i tak nie przyszedł.

Zanim ostatecznie zjawił się kapitan Spurs, aby odpowiedzieć na kilka pytań, przysiadłem na fotelach dla sztabu oraz rezerwowych graczy. Kiedyś nazywano to ławką. Oparłem się plecami i... odpłynąłem. Wygodne i ciepłe. Wymarzone dla styranego zawodnika, ale czy aby na pewno zachęcające do walki w strugach deszczu dla jego zmiennika? Śmiem wątpić.

Urzekł mnie dziś Gustavo Poyet-szkoleniowiec. Zawsze miałem dla niego miękkie serce, bramek w półfinale FA Cup 2000 przeciwko Newcastle, w Monako, czy otwierającej sezon 1999/2000 mu nie zapomnę. Wróćmy na WHL. Do wejścia szykowali się Frazier Campbell oraz Jamie O'Hara. Urugwajczyk dokładnie obu rozrysował, gdzie oczekuje, że będą grali, a następnie ojcowskim objęciem przytulił ich do siebie. Coś wyszeptał, uśmiechnięty spojrzał głęboko w oczy i klepnął po plecach. On wierzy w ich potencjał i daje temu wyraźne znaki. Trochę inaczej aniżeli Juande Ramos. Założone ręce, spuszczona głowa. Stoi przy linii końcowej i patrzy. Odnosiłem wrażenie, że wzrok jego nawet nie skupia się na grze. Nie gestykuluje, nie krzyczy. Nie wpływa na grę piłkarz. Może nie chce? Nie radzi sobie z presją? Te znaki zapytania równie dobrze mogłem wstawić w nawiasy.

Gdzie się podział szkoleniowiec, którego Sevilla porwała piłkarski świat? Gdzie jest ten ofensywny futbol, którego wszyscy byliśmy fanami? Hiszpan chciał wygrać mecz z Wisłą grając osamotnionym napastnikiem i pięcioma zawodnikami w formacji obronnej. Otrzymawszy przed meczem wyjściowe jedenastki, coś mi się nie zgadzało. Przy każdym piłkarzu stawiałem dwie literki, gdzie oczekuję, iż wystąpi. Niczym z Championship/Football Managera: DR, DL, DC, MC, etc. Naliczyłem pięciu defensorów. Didier Zokora ostatecznie trafił do pomocy, ale grał tam ultra defensywnie - dosłownie trzy kroki od stoperów. Wisła nie jest aż tak straszna, aby przed własną publicznością się tak bronić. Podobny błąd popełnił niedawno Luis Felipe Scolari, de facto przeciwko Spurs. Zamiast ustawić drugą linię ofensywnie, znalazł tam miejsce dla Juliano Bellettiego, który miał biegać za i tylko za Luką Modriciem. Rezultat? Jedyny jak dotąd punkt dla gości w obecnym sezonie Premiership.

Rozwiązania problemu Spurs nie znajdę w sześciu słowach, ponieważ coś na White Hart Lane dosłownie i w przenośni nie gra. Liczba tygodnia/miesiąca/rok? Pięć. Zwycięstwo nad Wisłą było dopiero piątym w meczach o stawkę od czasu wygrania w lutym Carling Cup. Ramos, ten to dopiero spoczął na laurach!

I jeszcze dwa słowa o fanach Wisły. O sytuacji poza stadionem już pisałem w poprzedniej notce. Postawa już na White Hart Lane budziła reakcje zupełnie odmienne. Głośny i (prawie) zawsze kulturalny doping, który przez niemal cały mecz zagłuszał śpiewy kogucich fanów. Największe zainteresowanie angielskich dziennikarzy wzbudziły polskie śpiewy do słów piosenki "Qué será será", tak popularnej wśród fanów na Wyspie. Pamiętam, kiedy w marcu rozmawiając na Widzewie z odpowiedzialnymi za relacje z kibicami, doszliśmy do wniosku, że na nowoczesnym stadionie i fani zachowują się w sposób bardziej cywilizowany. Sami przez się, bez specjalnych odgórnych nacisków. Polsce życzę więc nowych obiektów, bowiem w kwestii problemu chuligaństwa nastąpi milowy krok rozwoju.

Jeżeli po przeczytaniu pomeczowych dywagacji ktoś jeszcze ma siłę rzucić okiem na moją relację dla iGola, gorąco zapraszam!

PS. 5.30am, najwyższa pora iść spać. Po pewnych perypetiach, relatywnie późno wróciłem do domu. Tytuł notki zainspirowany piosenką Turbo, którą piłkarze Wisły mogą sobie melancholicznie zanucić pod nosem.