2 Sept 2010

Others half-asleep when Spurs make right move

Harry Redknapp and Tottenham deserve full credit for bringing Rafael van der Vaart to White Hart Lane in the very last minutes of the summer transfer window.

15 Aug 2010

Zaczęło się

Miesiące futbolu, tygodnie spędzone w wyczekiwaniu na kolejne mecze i dokładna analiza minionych potyczek. Chyba nikt z moich Czytelników nie musi być edukowany, że dla fana futbolu życie liczone jest w sezonach, nie latach. Dla mnie to już/zaledwie 25., choć faktycznego śledzenia futbolowego świata - 15. Zdecydowanie "zaledwie" 15.

12 Aug 2010

Chelsea zmierza do Ligi Europy

„Trzech, czterech, a może i nawet pięciu młodych piłkarzy, którzy zagrali przeciwko Crystal Palace, zobaczymy w kadrze w nadchodzącym sezonie. Mamy naprawdę wielu młodych zawodników gotowych do gry w lidze angielskiej w barwach naszego zespołu”
Tak na moje pytanie odpowiedział Carlo Ancelotti niespełna miesiąc temu, kiedy Chelsea rozpoczęła przygotowania do startującego w nadchodzącą sobotę sezonu.

6 Mar 2010

Co z tą Łodzią?

Wpadło mi wczoraj w ręce sporo materiałów o mojej rodzinnej Łodzi. Dzięki uprzejmości znajomego z Warszawy, który, co trzeba przyznać, umiejętnie buduje pozytywny wizerunek Legii i (chyba!) próbuje przeciągnąć mnie na stronę L-ki, moim oczom ukazała się mapa Łodzi kibiców oraz wywiad z Jakubem Rzeźniczakiem.

1 Dec 2009

Dzsudzsák chwali Ruttena - komentarz

Dzsudzsák to klejnot okryty przez Pieta de Vissera, szarą eminencję Stamford Bridge, który zasłynął sprowadzeniem do PSV Ronaldo, Romário czy Farfána. Zarekomendowawszy Węgra, w klubie z Philips Stadion wiedzieli, że mają do czynienia z wielkim talentem. Choć początkowo transfer z Debreczyna miał nastąpić dopiero latem 2008 roku, wobec kontrowersyjnego powrotu Kennetha Peréza do Ajaksu, zdecydowano się sprowadzić skrzydłowego już w styczniu tamtego roku.

Wspomniany de Visser miał napisać o nim, że piłkarz jest „współczesnym lewoskrzydłowym, których nie spotyka się często”. Wymieniając niedawno uprzejmości z Erwinem Koemanem po rozmowie w Kopenhadze, spytałem go o przyszłość pomocnika PSV. Holenderski selekcjoner chce budować wokół Dzsudzsák zespół na Euro 2012, do którego dołączy młodzież, która świetnie się spisała podczas niedawnych MŚ U-20 w Egipcie zajmując trzecie miejsce. Bardzo możliwe więc, że gwiazda lewoskrzydłowego rozbłyśnie pełnym blaskiem na stadionach w Polsce i Ukrainie. Jego gra, nawet dla neutralnego fana futbolu, to radość dla oka.

Rozmowę z Dzsudzsákiem, acz któtką, przeczytacie tutaj.

26 Nov 2009

Suplement do wywiadu z Ekdalem

W pewnym momencie zacząłem się obawiać, że do tej rozmowy może w ogóle nie dojść. Po meczu szwedzkiej młodzieżówki z Kazachstanem Albin Ekdal został wytypowany do kontroli dopingowej i... zaniemógł. Po pełnych 90 minutach gry, piłkarz był na tyle odwodniony, że nie mógł oddać choćby minimalnej próbki moczu. Swedbank Stadion w Malmö zaczął powoli wymierać. Zgasły światła, do domów i hoteli rozjechali się wszyscy dziennikarze, porządkowi oraz pracownicy federacji piłkarskiej oraz goszczącego ten mecz Malmö FF. Po godzinie od ostatniego gwizdka sędziego zostałem tylko ja, Michał Konieczny, który robił dla iGola zdjęcia, trzech delegatów zajmujących się kontrolą antydopingową, ochroniarz, ktoś ze sztabu szkoleniowego Szwecji U-21, kierowca, który miał odwieźć piłkarza do hotelu, oraz sam piłkarz.

Skauci czołowych europejskich klubów odkryli młodziana zanim jeszcze zdążył on zadebiutował w Allsvenskan. Piłkarz zabłysnął kilka razy na Gothia Cup, największej rozmiarami młodzieżowej imprezie tej rangi na świecie, gdzie pierwsze kroki stawiali tacy piłkarze jak Alan Shearer, Xabi Alonso, Emmanuel Adebayor, Kieron Dyer czy Zé Roberto. To żadne poważne źródło, ale według Wikipedii Gothia Cup to 4.320 meczów na 91 boiskach w przeciągu tygodnia. Raj, a zarazem ból głowy wyboru, dla skautów, gdzie pewnie niejeden oszlifował swój talent wypatrywania największych piłkarskich nadziei.

Ekdal w końcu opuścił pokój kontroli antydopingowej, ale ktoś ze sztabu rzucił w moją stronę, że śpieszą się na kolecję w hotelu. Sam piłkarz jednak odparł, że nic się nie stanie, jeżeli kilka chwil ze mną porozmawia - słowa te nieco zniesmaczyły zniecierpliwioną czekaniem na niego ekipę, ale Albin tego nie widział, patrząc się na mnie i czekając na pytania. Medialny gość.

Albin miał szczęście urodzić się w Brommie, dzielnicy Sztokholmu z bodajże największą piłkarską akademią na świecie, a także w rodzinie dziennikarza sportowego. Lennart Ekdal w znacznym stopniu wpłynął na karierę syna, choć ten, w rozmowie ze mną, przedstawia sprawę inaczej. Pewnym natomiast jest, że po tacie odziedziczył medialność oraz fotogeniczność. Za wcześnie, by stawiać daleko idące rokowania, aczkolwiek odważyłbym się stwierdzić, że praca w telewizji mogłaby go interesować po zawieszeniu butów na kołku. Choć on sam przyznał, że żadnych planów nie ma, jego wiara w edukację mógłby wskazywać coś innego.

Póki co, Ekdal musi skupić się na podnoszeniu swoich umiejętności oraz ogrywaniu w meczach o stawkę. W obecnym sezonie ligowym tylko raz spędził pełne 90 minut, nomen omen, grając przeciwko Juventusowi. Inna sprawa, że trener Marco Baroni sięga po Szweda zazwyczaj w meczach z trudnymi rywalami: wspomniany Juve, Milanem, Sampdorią, Parmą czy Lazio. Choć ambicją piłkarza jest gra w barwach „Starej Damy” w Lidze Mistrzów, najpierw musi on pokazać swoją wartość w zamykającej stawkę drużyn Serie A Sienie.

Albin Ekdal: Na piłce świat się nie kończy (iGol.pl)

23 Nov 2009

Namaścili go nowym Zlatanem

Mówi się o nich „nowi Szwedzi”. Są chyba jedynymi spoza sfer władzy i biznesu, którzy na wojnach zyskali. Większość z nich to muzułmanie z Bośni oraz Albanii, część pochodzi także z Bliskiego Wschodu. Życzliwa im i neutralna politycznie Szwecja przez kilka dekad przyjmuje wiele ofiar konfliktów mających miejsce w ich rodzinnych stronach. Większość z nich osiada się na południu Skandynawii. Powodów jest wiele: klimat, gęstsze zaludnienie, sentymentalnie bliżej do ojczyzny i materialnie do kontynentalnej Europy. Ale też i po prostu – bo inny znajomy już tam się wcześniej osiedlił.

Zlatan Ibrahimović to nie jest podręcznikowy przykład ich losów. Dla większości z nich świat kończy się na etnicznych gettach, w których mieszkają. Brak perspektyw i poważniejszych kontaktów ze Szwedami, zazwyczaj chłodnymi do obcych, powoduje, iż imają się różnych zajęć, często na granicy lub poza prawem.

Fejzulluhu to jeden z tych niewielu, którzy mogą podążyć drogą Zlatana i się wybić. Z moich informacji wynika, że urodził się nie w Prisztinie, jak podaje większość źródeł w Internecie, ale Mitrowicy, mieście podzielonym między Albańczyków i Serbów. Obecnie jest to terytorium państwa-widma – Kosowa, choć ludzie których uważa się za Kosowar to de facto Albańczycy. Stąd choćby trzy paszporty, którymi legitymuje się napastnik N.E.C.

Piłkarz dorastał w Karlshamn, na południu Szwecji właśnie, a pierwsze kroki piłkarskie stawiał w maleńkim Högadals IS, który nie jest szerzej znany. Podczas jednego z turniejów dla nastolatków został wypatrzony przez FC Kopenhagę w 2005 roku. Dzięki wybudowaniu pięć lat wcześniej mostu Øresund (Öresund po szwedzku) łączącego stolicę Danii z Malmö, przenosiny te można było potraktować jako transfer lokalny. Erton przez dwa lata szkolił się w drugiej drużynie FCK, ale jego talent zdawał się nie rozwijać po myśli duńskich szkoleniowców. Kiedy pojawiło się zapytanie z Mjällby AIF, Duńczycy najpierw przystali na wypożyczenie, a potem transfer definitywny.

W Sölvesborg, położonym zaledwie kilka kilometrów od Karlshamn, talent Albańczyka wreszcie eksplodował. W 57 meczach dla Mjällby strzelił 22 bramki (według oficjalnej strony N.E.C., lub 59 i 24 według Wikipedii), choć należy zaznaczyć, że były to występy w Superettan – szwedzkiej drugiej lidze. Piłkarzem zainteresowało się Malmö FF oraz Udinese, jednak klub ostatecznie przystał na ofertę z Holandii. 17 lipca tego roku podpisano umowę łączącą Fejzullahu z N.E.C. do 2013 roku.

Mój wywiad z piłkarzem znajdziecie pod tym linkiem (iGol.pl).

PS. Jest i bramka, o której w tak ciepłych słowach wypowiada się Dominik Wronka w komentarzu pod rozmową.

24 Oct 2009

Majewski do 2010

Nie ma sensu szukać teraz świetnego fachowca do objęcia kadry. Lepiej poczekać na ostatni mecz przyszłorocznych mistrzostw świata i wówczas ogłosić wakat na pozycji selekcjonera. Przykłady z RPA oraz Południowej Korei to potwierdzają.

Jeżeli chcemy, aby najlepsi trenerzy bili się o posadę selekcjonera reprezentacji Polski, należy uzbroić się w cierpliwość. Teraz trafią nam się jedynie szkoleniowe okruszki.

Przy całej sympatii oraz uznaniu dla Dana Petrescu, rozśmieszyła mnie nowina, że jest on brany pod uwagę jako kandydat na trenerską pozycję numer jeden w Polsce. Dlaczego ten zdrowo myślący człowiek miałby porzucać świetnie grający w Lidze Mistrzów rumuński klubik, by szargać się z ludźmi, którzy już raz pokazali mu drzwi? Dlaczego jakikolwiek ceniony szkoleniowiec z ambicjami miałby rozważać opcję pracy nad Wisłą i perspektywę „zawodowej śpiączki” przez najbliższe dwa lata?

My, Polacy, nadal mamy w sobie dużo ułańskiej fantazji. Choć pitny miód odstawiliśmy już na bok, wciąż lubimy nad kuflami pełnymi innych trunków dysputować, jakim to potężnych krajem kiedyś byliśmy. Często mówimy o narodowej potrzebie powrotu na należyte nam miejsce wśród europejskich ludów. Poprzez sport ta droga jest najkrótsza. Doskonale uczyły nas o tym czasy Polski Ludowej, sportowa mobilizacja sowieckich sąsiadów czy nawet ubiegłoroczna chińskich olimpijczyków. Nie bez kozery także Amerykanie pompują miliardy dolarów w „przemysł sportowy”, aby stawać tylko na najwyższym stopniu podium.

Jak w większości dyscyplin, także w futbolu droga na sam Olimp nie jest łatwa i wymaga wielu czynników płynnie ze sobą współdziałających. W tym przypadku, podstawowymi są piłkarze oraz infrastruktura, która pozwoli wyszkolić następne pokolenia futbolistów.

Patrząc z perspektywy Euro 2012, piłkarzy na chwilę obecną nie mamy. Patrząc na infrastrukturę – wielkich nadziei na wybuch kilku talentów w przeciągu następnych dwóch lat także mieć nie powinniśmy. Jak głosi jedno z porzekadeł, „jeżeli czegoś nie da się zrobić, zatrudnij kogoś, kto o tym nie wie.” Nie trzeba być wizjonerem, by wyobrazić sobie w czerwcu 2012 roku polskiego szkoleniowca mówiącego w blasku fleszy, że z grupy nie wyszliśmy, ponieważ nie mięliśmy kim grać. Liga za słaba, za granicą wszyscy na ławkach – już znamy te wymówki. Również zatrudniony w tym momencie zagraniczny trener zdąży przez następne 36 miesięcy przejrzeć na oczy, że został nieźle wrobiony przyjmując ofertę pracy w Polsce. Leo Beenhakker pokazał, że dwa sezon na euforii można zagrać, ale już przy trzecim dojdzie do tragedii.

Selekcjoner w takim kraju jak Polska musi być iluzjonistą. Jego rolą jest wskrzesić wiarę, że ciężką pracą i poświęceniem można pokonać rywali sportowo lepszych. Ale nawet magia światowej sławy specjalisty po dwóch latach pracy w takim środowisku się wypali. Można się z tym kłócić i dyskutować, ale radziłbym się pogodzić. Tak już jest i sięgając pamięcią 20 lat wstecz nie znajdziemy przykładu, który by tej teorii nie poparł.

Inna sprawa, że w tym momencie polska opinia publiczna ma prawo niepewnie patrzeć na szkoleniowca zagranicznego. Czekając z tym kilka miesięcy, można zagoić kibicowskie rany i zaoferować carte blanche.

Na chwilę obecną na stanowisku selekcjonera lepiej pozostawić Stefana Majewskiego. Ma doświadczenie, ma wiedzę, a ligę i piłkarzy zna doskonale. Nie miał sukcesów w piłce klubowej, ale jakie to ma znaczenie? Jürgen Klinsmann oraz Marco van Basten pokazali, że jedno z drugim się nie wiąże. Ponadto wszyscy najlepsi trenerzy albo pracują teraz z ekipami grającymi w Lidze Mistrzów, albo awansowali na mistrzostwa świata. Dlatego są najlepsi.

Jeżeli faktycznie chcemy znaleźć kogoś, kto przywróci nam trochę narodowej dumy podczas Euro – poczekajmy. Po MŚ w RPA na rynku pojawi się wiele CV, tak ludzi wcześniej pracujących z reprezentacjami, jak i w piłce klubowe. Choćby Guus Hiddink, który ogłosił już, że kontraktu z Rosją nie przedłuży. Holender jest przymierzany do roli członka zarządu Chelsea Londyn, ale przy odrobinie zdrowego rozsądku z obu stron mógłby przez pierwszy sezon w Polsce pracować tylko przez kilka dni w miesiącu. Nazwisk jak Hiddink na rynku będzie więcej w lipcu 2010.

Obecnie dostępni szkoleniowcy to ludzie, którzy właśnie przegrali albo eliminacje do mistrzostw świata, albo zostali zwolnieni z klubów po nieudanych minionym sezonie bądź początku obecnego.

Przygotowanie drużyny do turnieju to wcale nie proces dwóch lat, ale maksimum sezonu. Sezonu, którego pierwszego część to zaledwie proces obserwacji oraz eksperymentów. Jak pokazała Korea Południowa w 2002 roku, piłkarze nie muszą grać w czołowych klubach – ważne, aby grali. Należy intensywnie przepracować z nimi ostatnie trzy miesiące przed turniejem, a nie po trochu dwa lata. Także obecna sytuacja w RPA daje dużo do myślenia. Choć południowoafrykański związek piłkarski nie ogłosił oficjalnie przyjmowania kandydatur na selekcjonerski wakat, a drużyna gra gorzej od Polski (sic!), jak donosi BBC, futbolowa centrala w Johannesburgu została zalana aplikacjami. I dzieje się to tylko z powodu organizacji przyszłorocznego turnieju.

W takim samym momencie Polska byłaby w znaczniej bardziej uprzywilejowanej pozycji. Kraj z przestępczością na niemalże zerowym poziomie (porównując z RPA), członek UE w środku Europy. Ewentualny sukces tutaj dałby złoty bilet do czołowych klubów Zachodniej Europy. O tym, że polska liga jest żenująco słaba i nie ma w niej wielu wartościowych piłkarzy, potencjalny selekcjoner mógłby się nawet nie przekonać podczas kilku miesięcy pracy nad Wisłą. A przynajmniej nie dałbym swoim wybrańcom tak pomyśleć.

Swoją drogą, może za rok, dwa kto inny będzie już u sterów polskiej piłki?

Felieton został opublikowany na iGol.pl i można go znaleźć tutaj. Tam też czekam na Wasze spostrzeżenia.

17 Oct 2009

Na kadrze i po kadrze

W ostatnim opublikowanym tutaj poście bardzo psioczyłem, że mecze międzynarodowe to nie jest moja pasja. Te kilkanaście dni bez klubowego grania zazwyczaj pozwalały mi odpocząć od futbolu i skupić się na innych zainteresowaniach. Nie tym razem jednak.

Prawdopodobnie do granic moich możliwości wykorzystałem październikowy "international break". Dwa mecze, sporo wywiadów i jeszcze felieton o polskiej piłki - jak wierzę, wszystko z innej niż zazwyczaj perspektywy. Dlaczego tak uważam?

Na mecze pokroju Dania-Szwecja czy Dania-Węgry idzie się zazwyczaj dla przyjemności oglądania futbolu samego w sobie. Spostrzeżenia taktyczne, pogłębianie wiedzy o konkretnych piłkarzach, socjologiczne obserwowanie zachowań na trybunach, zdobywanie doświadczenia - podsumowałbym to w tych czterech punktach, choć można to szerzej rozbudować.

Dlatego też Nickolasa Bendtnera wypytywałem o pozycję na boisku, a z Erwinem Koemanem dłużej podyskutowaliśmy o przedmeczowych założeniach, zanim rozmowę zacząłem właściwie rejestrować na dyktafonie. Byłem również zaskoczony, jak dobrze radzą sobie Węgrzy za granicą, mimo że rzadko są bohaterami pierwszych stron. W samej rozmowie z holenderskich szkoleniowcem próbowałem także uchwycić myśli, które mogłoby być wspólne dla zagranicznych selekcjonerów narodowych drużyn.'

Co mnie zaskoczyło? Dywan, róże, świeczki oraz galeria obrazów na korytarzu pod główną trybuną Parken. Nijak pasowało to do facetów popijających piwo w przerwie meczu. O ile jednak w Anglii nie można pić alkoholu na trybunach, w Skandynawii tradycją jest by pić piwo oglądając mecz. Albo na odwrót. I nawet głośne incydenty (link) nie są w stanie powstrzymać tych nordyckich przyzwyczajeń. Inna sprawa, że tych niewielu stewardów na stadionie zdawało się i tak niczym nie przejmować.
Odgrywając w środę duński hymn na telebimach zostały wyświetlone jego słowa - jakby ktoś zapomniał. Zastanawiające. Na sobotnim meczu ze Szwedami nie skorzystano jednak z tej usługi. Mogło tak też być, ponieważ Szwedzi i Duńczycy wygwizdali narodowe hymny rywali przed meczem i hałas był taki, że nikt nie zwróciłby uwagi, jeżeli ktoś pomylił te czy inne słowo.

Zastanawiające również było, kiedy przed środowym meczem na trybunę weszli kucharze pracujący w jednej restauracji. Zapalili papierosy i dyskutowali sobie o czymś. Widok niespotykany na Wyspach. A kilka metrów dalej jeden z kibiców podrywał będącą na przerwie kelnerkę. Wydawała się być zainteresowaną.

Również ciekawe było przeprowadzanie samych wywiadów. Zanim Daniel Agger odpowiedział na pierwsze pytanie, spojrzał przenikliwie i spytał z jakiej jestem gazety. "Na pewno nie jesteś z The Sun ani żadnego innego tabloidu?" Upewniwszy się, mogliśmy zacząć rozmawiać. A jego mina, kiedy spytałem o szanse Liverpoolu na mistrzostwo Anglii - bezcenne.

Choć jestem generalnie zadowolony z akredytacji na obu meczach, do pełni szczęśćia zabrakło wywiadów z Simonem Kjærem (doznał kontuzji przed środowym meczem) oraz Balázsem Dzsudzsákem z PSV. Węgier notuje imponujące występy w Eredivisie, a w sobotę w pojedynkę mógł pokonać Portugalię. Kiedy już szykowałem się do rozmowy z nim, autokar z drużyną narodową musiał odjeżdżać.

Polecam mój wywiad z Erwinem Koemanem, starszym bratem słynniejszego Ronalda. Holender w rozmowie "na wyłączność" mówił o Zoltánie Gerze, czego raczej nigdzie innej na świecie nie znajdziecie. Na Parken pojawiło się jedynie trzech węgierskich dziennikarzy, ale nie wyrażali ochoty na dłuższą rozmowę z selekcjonerem. Duńczycy byli skupieni na swoich, więc skwapliwie z okazji skorzystałem.

Dwa słowa o polskiej piłce. Uważam, że relacje z Parken to "inna perspektywa", bowiem publikacje tego typu rzadko się ukazują na Wisłą, a polscy dziennikarze nie są zazwyczaj oddelegowani na takie spotkania. "Inna perspektywą" jest też mój felieton o PZPN-ie oraz negatywnych emocjach, które wobec niego narastają. Prezentując w krótki sposób wpływ Janusza Atlasa, Michała Szadkowskiego, Antoniego Piechniczka oraz samych kibiców na polską piłkę, pozwoliłem sobie oskarżyć wszystkich o kompromitację. Zachęcam do komentarzy na ten temat pod tekstem na iGol.pl.

A teraz już garść linków:
Dania jedzie do RPA (link)
Zakłócona feta w Kopenhadze. Passa przerwana (link)
Asy reprezentacji Danii dla iGol.pl (link)
Koeman: Gera w kadrze nie zagra (link)
Wszyscy się kompromitujecie (link)

10 Oct 2009

Derby Skandynawii na własne oczy

Muszę się przyznać, iż łatwiej przychodzi mi sympatyzowanie z futbolem klubowym, aniżeli tym w wykonaniu drużyn narodowych. Każda przerwa na spotkania w ramach eliminacji międzynarodowych imprez przynosi mi często piłkarską nudę, a jeżeli tylko rozchodzi się o spotkania towarzyskie - nawet i poważanie ich zasadności pod względem tak komercyjnym jaki i zdrowia samych zawodników.

Wyjątki potwierdzają więc regułę i jednym z tych wyjątków jest dzisiejszy wieczór, który spędzam na kopenhaskim Parken. Dania podejmuje Szwecję i jak zapewne większość fanów futbolu pamięta, w spotkaniach tych nie brakuje kontrowersji. Podczas Euro 2004, padł słynny już remis 2:2 nazwany szeroko "Nordyckim zwycięstwem", bowiem za burtę wyrzucono reprezentację Włoch. Reakcja Antonio Cassano, swoją drogą w znakomitej dyspozycji obecnie, jest bezcenna (Youtube).

Dwa lata temu, Szwecja zagrała bodaj najlepsze 25 minut w historii swojej drużyny narodowej, obejmując w Kopenhadze trzybramkowe prowadzenie. Duńczycy rzucili się do szaleńczych ataków by doprowadzić do wyrównania. W 89. minucie sędzia Herbert Fandel wyrzucił z boiska Christiana Poulsena, a gościom ze Szwecji dał rzut karny. Emocje sięgnęły zenitu i nie każdy potrafił sobie z nimi poradzić (Youtube). W ciekawy, zarazem przystępny sposób, cały incydent został opisany na (Wikipedii).

Wracając do dziś. Dzięki rządom Danii i Szwecji, podróż z Malmö do Kopenhagi zajmuje niespełna 40 minut. Nie czas i miejsce to opisywać, dlatego ponownie odsyłam do opisu fenomenalnego mostu Øresund (bądź Öresund po szwedzku) na (Wikipedii). Historia sama w sobie jest niezwykle interesująca i mam nadzieję, że kiedyś na łamach tego bloga jej aspekty szerzej samemu przedstawię.

W Kopenhadze zdążyłem jedynie rzucić okiem co się dzieje na rynku przed ratuszem i w pobliskich barach piłkarskich. wszędze wymieszani fani Szwecji i Danii, którzy za nic mają sobie nerwowe chwile z przeszłości i ramię w ramię spacerują po stolicy. Stadion Parken jest relatywnie blisko centrum miasta i można się tam dostać na wiele sposobów. Ja zdecydowałem sie podjechać jeszcze dwie stacje podmiejskim pociągiem (ok. 7 minut), a następnie przespacerować przez nastepne 30 minut po bardzo ładnej okolicy. Ciekawa sprawa, mijałem także położone obok siebie ambasady USA i Kanady, z ktorych w tym samym momencie wyjechały samochody i skierowały się w tą samą stronę. Prawdopodobnie dyplomaci umówili się na wspólną kolację, aczkolwiek intrygujące było, że Kanadyjczycy puścili amerykańską limuzynę by ta jechała z przodu.

Sam stadion wygląda bardzo ciekawie, aczkolwiek bardziej z wewnątrz aniżeli zewnątrz. Choć już kilkanaście lat temu skończono jego budowę, do okoła wszystko jest rozkopane i nie ma parkingu z prawdziwego zdarzenia. Ponadto, same oznaczenia drogowe do stadionu są mylące, jeżeli już uda się jakieś dopatrzeć. Praktyczna wydaje się zamknięta struktura, która podnośi nie tylko poziom dźwięku wokół boiska, jak i temperaturę. Jest to również świetna ochrona przed wiatrem, a wieje tutaj nieprzerwanie.

Próbuję znaleźć różnice między salami dla pracy w Anglii i Danii, ale muszę przyznać, że wszystko jest na tyle usystematyzowane, iż nawet nie znając języka można się spokojnie odnaleźć.

Jeden z aspektów wieczoru, którego nie mogę się doczekać, to konferencja prasowa. Rozmawiałem już z rzecznikiem duńskiej federacji (DBU) i przyznał, że planowane jest przeprowadzenie jej tylko po duńsku i szwedzku, tj. Marten Olsen i Lars Lagerback będą odpowiadać w swoich językach, a dziennikarze i tak będą w stanie zrozumieć, jako że oba języki (zwłaszcza na południu Szwecji) są zbliżone. Anglojęzyczni dziennikarze będą musieli szukać swoich szans. Swoją drogą, podobnie dzisiaj będzie w Pradze, gdzie Polacy i Czesi mniej więcej będą rozumieć swoje wypowiedzi, podczas gdy zostawią międzynarodowych korespondentów z nieco utrudnionym zadaniem.

I jeszcze dwa słowa przed meczem o piłkarzach. Ciężko będzie po meczu o wywiady, bowiem oficjalnie na mojej akredytacji nie mam dostępu do mix-zone. Nie jest to jednak powodem, aby nie próbować. Najbardziej ubolewam nad brakiem w składzie Danii Jespera Grønkjæra, który jest jednym z moich idoli lat 2002-2004 i liczyłem choćby na krótką rozmowę z nim. Cieszy mnie za to niezmierność możliwość zobaczenia na własne oczy Simona Kjæra. Spotkałem się z jego talentem po raz pierwszy kilka lat temu w FM-ie, a potem widziałem kilka spotkań w tv. Tym niemniej, obrońców najlepiej oceniać także analizując ich grę bez piłki i na to dziś wieczorem liczę. Od czasów gry dla Djurgårdens IF śledzę także rozwój kariery Kima Källströma. Ależ to fenomenalny piłkarz, oby dzisiaj pokazał coś niezwykłego. (Youtube)

Thomas Sørensen to kolejny cichy bohater angielskich boisk, oby dzisiaj miał dużo pracy. No i jest jeszcze ten jeden z Malmö, o którym ostatnio naprawdę dużo się naczytałem w szwedzkiej prasie.

Ciekawe czy któregoś z nich będą obserwować wysłannicy Newcastle United i Sunderlandu, którzy tuż przede mną odebrali swoje bilety na dzisiejszy mecz. Ciekawa sprawa, że dwa kluby są lokalnymi rywalami, a ich skauci razem chodzą na mecze i oglądają piłkarzy.

I jeszcze Henrik Larsson. Dzisiejszego wieczoru stał się najstarszym piłkarzem z pola, który wystąpił w barwach reprezentacji "Trzech Koron". Cóż za poświęcenie, abym mógł go w końcu zobaczyć na własne oczy. Dzięki Henke!