7 Aug 2008

Można? Można!

Żeby nie było, iż jestem gołosłowny. Cztery mecze w tym samym czasie. Spokojnie można pogodzić oglądanie ich wszystkich, bowiem z każdego wieje nudą.

Pomimo to, zabawa absurdalna i trochę męcząca.

Update: w potężnej BBC też nie dają radę z czterema meczami. Albo mają cięcia w budżecie. Nikt nie komentuje meczu Korei z Kamerunem. Leci obraz i głos (słychać szmer trybun), ale kto do kogo podaje - już ciężko stwierdzić. Skarbu kibica tych drużyn drukować nie będę ;-)

Księga niepokoju – polemika

(fot. Keane na Anfield: "Thanks for having me here")

Niezwykle rzadko zdarza mi się mieć zdanie inne, aniżeli Michał Okoński. Tym razem jednak mój komentarz do jego rozmyślań o władzy w futbolu rozrósł się do mojej własne notki. Tutaj prezentuję mój głos, aczkolwiek do dyskusji zachęcam już na blogu pana Michała.

Księga niepokoju – blog Michała Okońskiego

Ciężko mi się zgodzić, aby to piłkarze mięli w rękach piłkarską władzę i największy (bezpośredni lub nie, pierwotny lub ostateczny) wpływ na decyzje podejmowane w futbolowym świecie. Aczkolwiek rozumiem ich ważną rolę, jako głównych aktorów całej tej zabawy. Naturalnie, futbol bez futbolistów nie istnieje. Ale czy tylko? Zacznijmy od początku.

Faktem jest, iż relatywnie niewiele do powiedzenia mają kibice. Przykładowo, w Ojczyźnie, na kilka dni przed premierą ekstraklasy i pierwszej ligi fani nie wiedzieli, do jakiego pociągu mają w sobotni poranek wsiąść, aby dojechać na wyjazdowy mecz ich ukochanej drużyny. Nie mają żadnego wpływu na decyzje zarządów, choć protestują (Legia, Widzew), sporadycznie potrafią zwolnić (czyt. „zastraszyć”, vide: Arka) trenera. Ale Polska to piłkarska prowincja, gdzie kibica się nawet nie szanuje. Nadwiślańskie historie brzmią dla mnie teraz jak science-fiction, które w końcu będzie musiało zmierzyć się z zachodnimi wzorcami. Oglądając mecze Premiership, bilety na mecze mam wykupione i przysłane pocztą na miesiąc przed kick-offem, a transport próbuję zorganizować jeszcze wcześniej. Kiedyś w końcu i w Polsce tak będzie.
Na Wyspach istnieje system członkostw. Może i posiadanie takiego nie daje możliwości decydowania o losach klubu, ale pozwala stać się cząstką danej społeczności, z którą władze muszą się liczyć i opiekować. Każdy członek co roku jest pytany w formie różnych ankiet, co jest ok., a co należy zmienić. Rozbudowany system PR tworzy kibica-klienta, od którego zadowolenia ważą się losy klubu-firmy. Musi wrócić i ponownie wydać pieniądze, aby biznes dobrze prosperował. We Włoszech, głównie dzięki swego rodzaju anarchii na trybunach, grupy kibiców zwalniają trenerów, wyrzucają piłkarzy, zatruwają życie prezesów. Potrafią pójść na wojnę i trzeba utrzymywać z nimi dobry kontakt. Z kibicem-anarchistą. Na Półwyspie Iberyjskim kibice wielu klubów mają czynne prawa wyborcze. To oni częstokroć decydują, kto zostanie nowym prezydentem danej ekipy i w zależności od ich głosu, przedstawiciel danej idei będzie miał możliwość wprowadzić ją w życie. Kibic to wyborca, którego nastrojów nie da się zepchnąć na drugi plan. We wszystkich tych modelach, kibic (choć na różny sposób) musi być szczęśliwy.

(fot. Nowe karty dla socios FC Barcelona)

Ponadto, o czym wspomniał pan Michał, piłkarze często także mają swoje sympatie. Pierwsze z brzegu przykłady Robbiego Keane’a oraz Davida Bentley’a są bardzo dobre. Tych dwóch panów, podejmując decyzje o dalszych losach, kierowali się instynktem fana, nie zimnego i bezwzględnego biznesmena. Kiedy latem 2003 roku West Ham miał sprzedać Joe Cole’a, na Upton Park spłynęły świetne oferty z Liverpoolu oraz United. Piłkarz, od dziecka chodzący z rodziną na mecze Chelsea, bez wahania wybrał SW6. Podobnie postąpił wówczas Damien Duff, odrzucając ofertę z Anfield. W mediach jawili się jako chciwi ludzie kuszeni pieniędzmi Romana Abramowicza. Historie o „tych złych” są ciekawsze. „Bad news sells papers”, czyż nie?

Futbolem (sportem) rządzą też bogaci sponsorzy oraz właściciele. Kariera nie trwa wiecznie, a jej niepewności dla wielu z nas okazałaby się przerażająca. Jedno przypadkowe starcie, kontuzja i marzenia jutra potrafią prysnąć w ułamku sekundy. Sportowiec musi zabezpieczyć się finansowo. Jakby w takim Marksistowskim świecie ktoś nadal liczył, iż będą ryzykować swoje losy za garść owoców i talony towarowe! Ponadto, ich gaże napędzają często widzowie. Jeżeli nikt nie chciałbym oglądać piłkarzy w akcji, kluby nie miałby pieniędzy, a zawodnicy wysokich kontraktów. Przy pustych trybunach sport na murawie jest niczym sztuka dla sztuki, galeria artystyczna bez odwiedzających. Kibice mają często władzę większą aniżeli są tego świadomi. Sęk w tym, iż muszą działać jako jedno ciało. To już jest niezwykle trudne.

Sponsorzy i właściciele dają pieniądze, które zachęcają sportowców do zmian barw. Co innego mogłoby wpłynąć na decyzję takiego Jaromíra Jágra, aby grać dla Avangardy Omsk? De facto, będącej pod rządami Romana A. Czy Gareth Barry chciałby zmienić miejsce, gdzie się wychował, dorósł, nauczył wszystkiego, gdyby na horyzoncie nie pojawiły się duże pieniądze i szansa na trofea? Piłkarze, choć myślą inaczej, są tylko marionetkami w rękach właścicieli. Ci natomiast ich potrzebują, aby uszczęśliwić trybuny sławnymi zawodnikami oraz pucharami, które mogą dla nich zdobyć. Te gwiazdy mogą się wydawać półbogami sportowego świata, ale niewielu z nich potrafi przetrwać na piedestale dłużej, niż kilka sezonów. Dlatego są tak zdesperowani, aby zdobyć lukratywne kontrakty. Przeciętna kariera zawodnika drużyny NFL trwa cztery lata. Po tym okresie ich organizmy, na skutek wycieńczenia, kontuzji oraz starć z rywalami, nie są w stanie dalej rywalizować na najwyższym poziomie. A przecież tylko dwie najlepsze drużyny futbolu amerykańskiego grają więcej niż 18 meczów w roku! W czasie czterech lat i kilkudziesięciu meczów każdy zawodnik musi zapewnić sobie bezpieczną przyszłość po powieszeniu butów na kołku.
(fot. 8 lat w NFL, Tom Brady to wyjątek od reguły)

Nie ma sportowców niezastąpionych. Każda dyscyplina ma najlepszych przedstawicieli danej generacji, ale po nich przyjdą następni, a świat się nie zawali, kiedy ci „wielcy” w końcu znikną. Choć, de facto, rzadko znikają. Muszą pojawiać się w mediach bądź pracować w sporcie, aby dalej zarabiać pieniądze. Muszą osiągać sukcesy, które będą przyciągać kibiców na trybuny. Muszą tak komentować mecze, aby widzowie włączali odbiorniki. Wyjścia nie ma. Michael Jordan, Pele, Wayne Grezky, Diego Maradona – ciągle ich wszędzie pełno. Jakiegoż pstryczka dostał grający niemalże va banque Cristiano Ronaldo, kiedy Real Madryt zaprezentował Rafaela van der Vaarta? „Królewscy” sprowadzili za śmieszne (ŚMIESZNE!) pieniądze niewiele gorszego piłkarza, który od zawsze marzył o grze w Hiszpanii. A że udało się w zespole najbardziej utytułowanym, to już tylko miły dodatek. Ronaldo się ośmieszył, stracił szacunek kibiców i wsparcie wielu z nich. Zupełnie jak Barry. Obaj mięli okazję częściej lub rzadziej nosić opaskę kapitana. Kto im teraz zaufa?
(fot. O'Neill się nie ugnie)

Przykłady dwóch ostatnich pokazują też jak potężną, doprawdy wielką, władzę mogę mieć klubowi menadżerowie. Sir Alexa Fergusona i Martina O’Neilla jest stać, aby posadzić w/w panów na trybunach przez cały sezon. „Stać” w sensie bardziej finansowym, aniżeli sportowym. Tym niemniej, ciężko sobie wyobrazić, aby skruszeni piłkarze ostatecznie nie przyznali się do błędu i publicznie przeprosili. Sygnał menadżerów United i Aston Villi jest przejrzysty: „Nikt sobie z nami pogrywać nie będzie. Ktoś będzie próbował – skończy jak oni”. Nauka dla kolejnych rewolucjonistów, a i najlepsi piłkarze zostają tam, gdzie byli.

Arsène Wenger należy do tych, którym w kaszę nikt nie będzie dmuchał. Mathieu Flamini chciał więcej, niż był wart – niech sobie odchodzi, znajdziemy godnego następcę. Władze klubu nikt nie będzie szantażował. Chyba, że są to władze AC Milan. Kaká wymusza co roku nowy kontrakt i go dostaje. Rossoneri są terroryzowani odejściem najlepszego piłkarza, a słaby Adriano Galliani wybiera najłatwiejsze rozwiązanie – dać Brazylijczykowi podwyżkę. Ale jak długo można zamiatać pod dywan?

(fot. Aulas to twórca potęgi OL)

Na przeciwnym biegunie są zawodnicy jak Sonny Anderson. Jean-Michel Aulas docenił jego wysiłek włożony w ciągu trzech lat gry dla Olympique Lyonnais. Piłkarz chciał odejść do zagranicznego klubu – zwolniono go z kontraktu i dano wolną rękę. W podziękowaniu za budowę „Wielkiego Lyonu”. Po niespełna pięciu latach, Brazylijczyk wrócił na Stade Gerland. Już jako trener napastników i wyszukiwać nowych talentów w „Kraju Kawy”. Prezydent OL to jeden z największych mistrzów futbolowego biznesu. Identycznie postępują na Old Trafford, dzięki czemu w klubie panuje iście rodzinna, by nie powiedzieć sielankowa, atmosfera. Ole-Gunar Solskjær będzie pracował w bardzo podobnym charakterze jak Anderson. Wstępne propozycje pracy w przyszłości dostali także m.in. Gary Neville oraz Paul Scholes. Nad piłkarzami bardzo łatwo zapanować – wystarczy zapewnić im spokojną i pewną przyszłość.

Przytoczone przez pana Michała Leeds nie rozpadłoby się, gdyby z klubu nie odszedł Martin O’Leary. Peter Ridsdale, ówczesny prezes „Pawi”, zaufał następnie złym ludziom i klub popadł w szarzyznę. Nadchodzące kłopoty widać było gołym okiem i z tonącego statku każdy starał się wiać. Wspomniany Keane był jednym z pierwszych. Kwestia wzrostu procentowego udziału płac piłkarzy w klubowych budżetach także jest symptomatyczna. W sezonie 2007/08 mecze Premiership obejrzało w sumie 13.7 miliona kibiców. Rozgrywki Championship pod tym względem są czwarte na świecie. Od 10 sezonów średnia widzów na jednym meczu Premier League nie spada poniżej 30.000 (wszystkie dane za raportem Deloitte z Maja 2008).

Piłkarze są ważnym ogniwem piłkarskiego łańcucha pokarmowego, ale ich los wcale nie zależy tylko od nich samych. Każdy z aktorów tego świata jest bezcenny dla kolejnego. O sukcesie decyduje szereg decyzji, wydarzeń oraz trendów. Nawet najlepiej negocjujący agent piłkarski może polec w rozmowach z twardo stąpającym po ziemi menadżerem. Natomiast oderwanych od świata zawodników kibice mogą po prostu przestać chcieć oglądać i ich kariery pękną, niczym bańki mydlane. Więc po co się nadąsać?

Przesadzili

Cztery mecze w tym samym momencie, ponadto z samego rana. Idea oglądania dwóch spotkań naraz podczas ostatniej grupowej kolejki MŚ czy ME wydaje się przy tym niczym. Włączyłem stronę BBC, otworzyłem cztery okienka i pomniejszając na ćwiartki.

Głos włączony tylko na spotkaniu Brazylii z Belgią, które jeszcze niedawno wydawało się najciekawszym spośród wszystkich porannych wydarzeń. Do czasu aż Vincent Kompany wyleciał z boiska, a "Kawowi" objęli prowadzenie. Co ciekawe, w tym samym momencie Honduras dostał karnego przeciwko Włochom, Serbia strzeliła Australii, a akcję Freddy'ego Adu przerwała beznadziejna decyzja sędziego. Aha, Honduras nawet z wapna nie strzelił.

Właśnie, sędziowie! Pisząc te słowa, Belgia graj już w dziewiątkę, a saudyjski sędzia na boisku robi po prostu "jaja". Nawet nie fatyguję się zapamiętać nazwisk wszystkich arbitrów, długich karier mieć nie będą. Kolejna lekcja, iż poziom między europejskimi gwizdkami, a każdymi innymi jest przerażająco wielki. Czy FIFA ma jakiś pomysł na to?

Przyznaję rację Rafałowi Stecowi, który pisze iż nie jest w interesie międzynarodowej federacji piłkarskiej, aby na Olimpiadzie grano ciekawy futbol. Wszystko się rozchodzi o kibiców, pieniądze oraz oglądalności imprezy. O to trudno, jeżeli cztery mecze rozgrywają się w jednym momencie. A za godzinę kolejny maraton!

I jeszcze jedna ciekawostka, zaobserwowana podczas wszystkich czterech porannych meczów. Choć wszędzie trybuny były pełne, dało się jedynie słychać szum rozmów! Z chwilowymi wyjątkami podczas akcji Japonii, USA oraz Australii.

Żadna z gwiazd jak do tej pory mnie nie wzruszyła, dlatego ostrzę sobie zęby na mecz Holandii z Nigerią oraz pojedynki Salomona Kalou z defensywną Argentyny.

6 Aug 2008

Zostań ich czytelnikiem

Ambitne przedsięwzięcia są zawsze warte pochwalenia oraz godne uwagi. Tym razem koledzy z serwisu chelsea.pl ruszyli z wydawanym w Internecie miesięcznikiem tegoż vortalu informacyjnego.

Koncepcja takiego wydawnictwa pojawiała się już na scenie polskich fanów Chelsea od kilku lat. Pamiętam pierwsze próby w wykonaniu moim oraz Piotrka (pozdrawiam Legionowo) sprzed ponad pięciu lat. Ostatnio pomysł próbował reaktywować Wojtek i ostatecznie sztuka ta udała się pod batutą Adriana. Słowa uznania dla wszystkich zaangażowanych!

Od początku uwagę zwraca bardzo ciekawa i praktycznie rozwiązana szata graficzna oraz techniczne aspekty wykonania. Koncepcję okładki wzorowano na pierwszej stronie prestiżowego tygodnika „Time” i choć pomysł wykonano trochę inaczej niż pierwotnie zaplanowano, prezentacja Luisa Felipe Scolariego jest bardzo ciekawa. Kolejne strony magazynu można przeglądać na różne sposoby: w wersji Flash, HTML lub jako plik pdf. Zwłaszcza ta ostatnia koncepcja zdaje się być bardzo praktyczna.

Artykuły prezentują bardzo wysoki poziom, są napisane ciekawym językiem, a teksty cechuje „miesięcznikowość” – nie tracą szybko terminu ważności. Magazyn pozwala redaktorom chelsea.pl na wyrażenie głębszych i długoterminowych myśli. Rozbudowana formuła pozwala umieścić informacje, które ze względów objętościowych nie nadają się publikacji jako codzienne newsy. Choć można narzekać, iż magazyn jest relatywnie krótki – z pewnością w kolejnych numerach będzie pojawiało się więcej tekstów wraz ze wzrostem popularności tegoż wydawnictwa.

Cieszę się, iż miesięcznik uzyskał uznanie także w oczach pana Zachodniego, który chyba jeszcze cieplej niż ja wyraża się o tej inicjatywie.

Zapraszam do odwiedzenia na stronie chelsea.pl/magazyn, a także subskrypcji. Warto wiedzieć, o czym napiszą w następnym numerze.

5 Aug 2008

Robbie Williams piłkarsko i charytatywnie

Ależ te życie jest pełne przypadków! Wystarczyło przez pomyłkę wejść do innego niż planowałem sklepu muzycznego i zobaczyć przecenioną płytę. Znałem ją na pamięć, ale pewną historię odkryłem na nowo.

Robbie Williams to piosenkarz, z którym się przez jakiś czas razem starzeliśmy. Jako nastolatek zafascynowałem się jego muzyką, a albumu „I’ve been expecting you” szukałem w całej Polsce. Znalazłem dopiero w Lyonie. Zapłaciłem jakieś niebotyczne pieniądze, by dwa tygodnie później za pół ceny wypatrzyć tą płytę w salonie muzycznym w Akwizgranie. I tak było warto. Następne wydawnictwo, „Sing when you’re winning”, nabyłem już w kraju, nie jako płytę, ale kasetę. Było to niecałe osiem lat temu, i dziś chyba nie nadaje się już ona do słuchania. Wraz z biegiem czasu dorosłem do myśli, iż swingowanie i klasyki epoki Franka Sinatry czy Andy’ego Williamsa mają swoje piękno. Wówczas, Robbie nagrał „Swing when you’re winning”. Byłem wniebowzięty. Ale dalszy przebieg kariery urodzonego w Stoke piosenkarza już zaczął szeroko mijać moje zainteresowania. Z drobnymi wyjątkami, jak choćby koncertowa płyta „Live at Knebworth”.

Spytacie, dlaczego ja to piszę?

Wpadła mi dziś w ręce płyta „Sing when you’re winning”. Dokładnie pamiętałem wkładkę do niej. Z piłkarzami cieszącymi się ze zwycięstwa na boisku, a następnie w szatni, robiącym notatki dziennikarzem, czy pilnującymi porządku wokół stadionu policjantami. W każdej z tych postaci Robbie, słynący ze swojej piłkarskie pasji. Mając te wydawnictwo w domu przez kilka lat dopiero dziś zobaczyłem, iż wszystkie sfotografowane sceny rozgrywają się na Stamford Bridge oraz Fulham Road! Pozytywne zaskoczenie i pytanie: jakim cudem ja tego wcześniej nie dostrzegłem?
(Robbie razy pięć i Matthew Harding Stand w tle)

Williams to fan Port Vale. Fan na tyle duży, iż przed dwoma laty kupił większościowe udziały w klubie, ratując go tym samym przed bankructwem. Niedawno obiła mi się o uszy historia, jakoby w Los Angeles piosenkarz założył z kumplami drużynę LA Vale. Analogia z rodzimym klubem naturalna, a i konkurencja dla Hollywood FC ciekawa. Ponadto, Robbie był wielokrotnie widziany na meczach o najwyższą stawkę, tak klubowych, jak i międzynarodowych. Tym niemniej (ostatnio często określam tego słowa), ostatni raz widziałem go w maju 2007 roku, na finale FA Cup. Dobrze wiecie, kto wówczas wygrał.

Przypomniała mi się dziś także działalności charytatywna piosenkarza. Wciągnął go w nią inny przedstawiciel tego zawodu, Ian Dury. Ów rockman to postać warta łam książki, a nie jednego akapitu tutaj. Niby niezależny i niszowy, ale potrafił się utrzymać w show-biznesie przez 30 lat, aż do śmierci. Wydał kilkanaście płyt, nagrał kilkadziesiąt piosenek, ale słowa jednej z nich, „What a waste” mogą szczególnie zaintrygować fanów Chelsea.
I could be a lawyer with strategems and ruses
I could be a doctor with poultices and bruises
I could be a writer with a growing reputation
I could be the ticket man at Fulham Broadway station
Można też obejrzeć.

Dury kilkanaście razy zagrał w filmach, m.in. mniejsze role w „PirataciRomana Polańskiego czy „Sędzia Dredd”. Dury napisał nawet jeden musical („Jabłka”), ale poproszony przez legendarnego Andrew Lloyd Webbera o napisanie libretta do „Kotów” kazał mu... spadać. Ostatecznie, libretto napisał Richard Stilgoe i zarobił krocie. W tym mniej więcej okresie, artysta zaangażował się w działalności charytatywną. Wciągnął w nią także Robbiego.

Williams szybko stał się jednym z ambasadorów UNICEF-u, wziął udział w kilku edycjach Live8. To właśnie on był jednym z głównych pomysłodawców imprezy Soccer Aid, która miała swoją inaugurację w 2006 roku. Cel szczytny, zabawa świetna. Sławy futbolu i show-biznesu zagrają ze sobą, a cały zysk z imprezy zasili konto charytatywny oddział ONZ. Zebrano prawie 3 miliony funtów, a w finale imprezy na Old Trafford 72 tysiące widzów mogły podziwiać takie gwiazdy jak m.in. Graeme Le Saux, Ruud Gullit, Gustavo Poyet, Gianfranco Zola, czy Marcel Desailly (oczywiście, wszyscy sławy Chelsea). Nazwiska innych też mogły się obić o uszy: Diego Maradona, Peter Schmeichel, Lothar Matthäus, David Ginola, Dunga, Brian McFadden, David Seaman, Tony Adams, Paul Gascoigne, czy Jamie Redknapp.

Szczytny cel zabawy

W tym roku odbywa się druga edycja Soccer Aid. 7 września na Wembley! Ponownie nie zabraknie sław, bilety tanie, a okazja, aby dobrze się bawić i wesprzeć UNICEF, bezcenna dla potrzebujących pomocy. Głęboko żałuję, iż termin pokrywa się z moim zaangażowaniem w juniorskie Mistrzostwa Świata FIVB w siatkówce plażowej, ponieważ chętnie bym uczestniczył w obu wydarzeniach. Jednakże, gorąco zachęcam wesprzeć akcję Williamsa. A i okazja bycia na Wembley za niewielkie pieniądze jest motywująca!

W moim deezerze możecie usłyszeć przy tej okazji dwa utwory Robbiego nagrane przy okazji płyty „Sing when you’re winning”: hiszpańskie „Ser mejor” oraz francuskie „Supreme”. Mam nadzieję, iż mile zaskoczą. Powinienem także dodać piosenkę „Rock DJ”, ale po prostu jej nie lubię. Podobno jej słowa zostały zainspirowane osobą wspomnianego już Iana Dury’ego, który zmarł kilka miesięcy przed premierą tego wydawnictwa.

4 Aug 2008

Nie taki Ole straszny, czyli Solskjær a Chelsea

Jako że Ole Gunar Solskjær zakończył oficjalnie swoją karierę, można napisać o nim kilka ciepłych słów. Michał Zachodny obiektywnie i pozytywnie wypowiedział się o Tottenhamie, ja pozwolę sobie nadmienić kilka słów o legendzie United.

Zazwyczaj pisząc o innych klubach potrafię być obiektywny. Odkładam emocje trybun na bok i opisuję wydarzenia jako postronny obserwator. Ale nie chcę zanudzać kolejną obiektywną notką, bowiem takich o Ole na polskiej blogsferze pojawiło się ostatnio mnóstwo. Nudy, Barcelona ‘99, nudy, morderca o twarzy dziecka, nudy, cztery bramki z ławki, nudy i odgrzewane kluchy. Spójrzmy na Solskjæra oczami fana Chelsea. Jest to opowieść bogata w detale. Zapraszam do tej nieco przydługiej lektury.

Transfer norweskiego snajpera na Old Trafford zbiegł się z początkiem świetnej ery na Stamford Bridge, która trwa aż po dziś dzień. Od momentu, kiedy Ole stanął na ziemi brytyjskiej nie byliśmy na koniec sezonu niżej niż na szóstej pozycji. Zważywszy na wcześniejsze 20 (znowu ta „20-tka”) lat, wynik świetny.

Minęli się

Niewiele zabrakło, aby pierwszy mecz Solskjær przeciwko „the Blues” zbiegł się z debiutem Gianfranco Zoli w naszych barwach. Franek podpisał kontrakt 8 listopada 1996 roku, natomiast mecz z Czerwonymi Diabłami odbył się sześć dni wcześniej. Co ciekawe, obaj piłkarze odznaczyli się w historii obu klubów jako symbole przełomu wieków. Zola jako najlepszy obcokrajowiec niebieskich wszechczasów, Ole jako najlepszy czerwony joker. Owego 2 listopada Norweg mógł na własne oczy przekonać się, iż potęga Chelsea powoli się buduje. Drużyna dowodzona z ławki przez Ruuda Gullita pokonała na wyjeździe United 2:1. Jedne z ostatnich spokojnych dni w Klubie przeżywał Gianluca Vialli, dla którego przyjście rodaka oznaczało walkę o pierwszą jedenastkę. Były napastnik Juventusu zaprezentował się rewelacyjnie biorąc udział w akcji, po której Michael Duberry otworzył wynik spotkania, a następnie samemu podwyższając na 2:0. Mecz zakończył się wynikiem 2:1 dla przyjezdnych, a Solskjær przez 90 minut nie potrafił znaleźć sposobu na dobrze wówczas dysponowanego Kevina Hitchcocka.


W sezonie 96/97, Czerwonym Diabłom nie udało się już zrewanżować, choć Norweg ponownie zagrał pełny mecz. Na Stamford Bridge już w 2. minucie bramkę zdobył Zola, pewnie kroczący po tytuł piłkarza sezonu. W drugiej połowie wyrównał David Beckham i mecz zakończył się podziałem punktów. Co ciekawe, niemalże rok później Becks strzelił na the Bridge dwie bramki i po meczu został przedstawiony podziwiającej go z trybun Victorii Adams.

A Solskjær czekał aż do września 1997 roku, aby zdobyć gola przeciwko Chelsea. I był to kolejny mecz „z historią”. Pierwszy na Old Trafford strzelił Norweg... Henning Berg, ale było to uderzenie do własnej siatki. Dość szybko odpowiedział z dystansu Paul Scholes i zrobiło się 1:1. W drugiej połowie na prowadzenie wyszła Chelsea po golu legendy... United. Mark Hughes, który strzelił 163 gole dla Manksów (7. miejsce w klubowym rankingu wszechczasów) wykorzystał błąd duetu Berg-Pallister. Chelsea wygrałaby drugi mecz z rzędu na Old Trafford, gdyby nie wchodzący z ławki Solskjær. 86. minuta mecz i...



Na kolejną bramkę przeciwko Chelsea Solskjær kazał sobie czekać aż do sobotniego popołudnia 24 kwietnia 2000 roku, dokładnie godziny 12:39. United przystąpiło do tego meczu żądne rewanżu za blamaż pół roku wcześniej na Stamford Bridge. Zdobywcy potrójnej korony zostali upokorzeni 0:5, a Norweg pojawił się wówczas na boisku. Ale Chelsea łatwo ograć się nie dała. Na bramkę Dwighta Yorke’a odpowiedziała uderzeniami Dana Petrescu i Zoli. Gwoli ścisłości, z prowadzenia nie cieszyliśmy się długo, bo właśnie w 39. minucie wyrównał Ole. W drugiej połowie bramkę dołożył Yorke i United odniosło wymarzone zwycięstwo. Summa summarum, obie drużyny uznały tamten sezon za udany. „Czerwoni” obronili ligowy tytuł, a „Niebiescy” wygrali Puchar Anglii. W meczu o Tarczę Dobroczynności na Wembley wygrała Chelsea 2:0. Solskjær wystąpił w podstawowej jedenastce.

Cios za cios

Sezon 2001/02 to kolejny ciekawy pojedynek między oboma klubami. W Mikołajki 2001 roku Chelsea pokonała United 0:3 na Old Trafford, choć sir Alex Ferguson wystawił najlepszy możliwe skład (z Solskjærem wchodzacym z ławki). Kolejna wyprawa na południe miała więc oznaczać dla jego podopiecznych kolejną walkę o honor i rewanż. Gwoli ścisłości – udaną. Ten statystyczny pojedynek na cyferki i liczby zakończył się wynikiem 3:3. W kwietniu ‘02 na Stamford Bridge mięliśmy niewiele do powiedzenia. Claudio Ranieri wystawił niemalże ten sam skład, co kilka miesięcy wcześniej, natomiast SAF musiał się obejść bez Becksa. Wynik niestety odzwierciedlał przebieg wydarzeń na boisku.



Posiłkując się Soccerbase.com, przedostatni mecz ligowy w karierze Solskjær zagrał właśnie przeciwko Chelsea, 9 maja 2007 roku. Zazwyczaj pisząc o moich wyprawach na the Bridge używam słów „miałem przyjemność być”, ale tym razem była to stypa. W przeciągu sześciu dni przegraliśmy po karnych półfinał LM z Liverpoolem oraz szanse na mistrzostwo remisując na Emiratach. Serce bolało, zwłaszcza, iż na Anfield wówczas byłem i przykre wspomnienia nadal były świeże. Do meczu z Chelsea ManUtd przystępowało jako nowokoronowany mistrz kraju. Wszyscy myślami byli przy finale Pucharu Anglii, więc na murawie można było zobaczyć rezerwy. Cudicini, Diarra, Morais, Sinclair, Sahar, Kuszczak, Lee, Eagles, Richardson, Dong i… Solskjær. To właśnie Norweg został mianowany kapitanem zespołu, kto wie czy nie po raz pierwszy, bo na pewno ostatni. Wynik 0:0 zupełnie oddaje przebieg wydarzeń na boisku. Głęboko żałuję, iż opieszale śledziłem jego grę. Więcej szans ku temu już mieć nie będę.

W ostatnim meczu Premiership 06/07 United niespodziewanie przegrało przed własną publicznością z West Hamem 0:1. Dzięki temu „cudownemu” wynikowi „Młoty” nie spadły, a uratowała ich bramka Carlosa Teveza. Do Championship poleciało Sheffield United dowodzone przez Neila Warnocka, który na znak protestu odszedł z klubu i chciał się nawet wycofać z futbolu. Okazało się, iż gra Teveza w londyńskim klubie była nielegalna, za co FA nałożyła rekordową w historii karę 5 milionów funtów. Ale i tak w dół poleciały „Szable”. Po kilku tygodniach poleciał także Tevez. Do Manchesteru. Solskjær rozegrał wówczas ostatnie pełne spotkanie w karierze, żegnając się z Premiership przed własną widownią.


W kilkanaście dni później Chelsea pokonała United 1:0 w finale krajowego pucharu na Wembley. Solskjær wszedł na boisko w 112. minucie (foto powyżej), aby przechylić szalę zwycięstwa, ale to Didier Drogba był bohaterem dnia strzelając jedynego gola cztery minuty później. Nowoczesna mekka futbolu, 90 tysięcy widzów oraz finał najstarszych piłkarskich rozgrywek świata. Faktycznie, byłoby romantycznie, gdyby to Ole wówczas zdobył bramkę. Ale „futbol jest okrutny”.

Idealny na Premiership

Solskjær wystąpił przeciwko Chelsea 18 razy, ale tylko trzy razy udało mu się umieścić piłkę w siatce. Pozostałe 123 gole strzelił komuś innemu ;-) Tym niemniej, jeżeli już nam strzelał, to United nie przegrywało. Co ciekawe, za każdym razem kto inny był menadżerem Chelsea. We wszystkich pojedynkach Chelsea-United, kiedy Norweg wpisywał się na listę strzelców, uczestniczyło tylko czterech piłkarzy: Ed de Goey (raz jako rezerwowy), Zola, Gary Neville oraz Scholes. Ostatni z nich wziął właśnie udział w pożegnalnym meczu Norwega.

Miałem nie zanudzać, a wyszły mi trzy strony w Wordzie i pewnie tylko fanatycy dotarli do końca tej historii o Solskjærze i jego rywalizacji z Chelsea. Nie wiem czy los da mi okazję coś jeszcze o nim napisać. Jego wielkość wcale nie objawia się tylko w ilości strzelonych bramek. To kwestia talentu i daru od Boga. Ole imponował przede wszystkim wytrwałością w walce z kontuzjami oraz pasją do powrotu na boisku. Ponadto, był jednym z tych niewielu współczesnych ikon jednego klubu, które wzbudzały sympatię wśród fanów drużyn przeciwnych. Nikt nie pamięta, aby norweski napastnik pyskował na sędziego lub teatralnie przewracał się w polu karnym. Choć fizycznie jego organizm nie wytrzymał trudów kariery, mentalnie był piłkarzem idealnym na ligę angielską. Zawsze grał do końca. Choć może dlatego, iż wchodził tylko na końcówki?

3 Aug 2008

Wow!

Wynika mecz z AC Milanem doprawdy mnie miło zaskoczył. Bardzo miło. Rezultat w dużej mierze odzwierciedla przebieg gry, a to jest sygnał. Sygnał dla rywali na Wyspach i kontynencie. Sygnał Luisa Felipão Scolariego. „Wszystko jest pod kontrolą, wiemy o co gramy”, można wywnioskować.

Przypomnę przystawkę do tej notki, gdzie w kilku słowach skomentowałem postawę defensywy AC Milan. Bez wątpienia słabi, starzy i pozbawieni formy piłkarze to główny powód straty aż pięciu bramek. Za brak napastników w kadrze nie winiłbym ani kontuzji, ani barona de Coubertina bądź Seppa Blattera. Winny jest Adriano Galliani oraz jego świta. Wszak napastników można było kupić. Bramkarza zresztą też. Do zamknięcia okna transferowego zostały jeszcze cztery tygodnie.

Azjatyckie wyniki nie okazał się wyjętymi z kontekstu. Rywale wówczas byli słabi, ale Drużyna przepracowała ten okres efektywnie. Warto dodać, iż niemal wszyscy gracze z pola angażowali się w grę ofensywną, by po chwili razem wracać do obrony. Słowa uznania dla Scolariego, który przyjął założenia podobne do tych José Mourinho. Z tą różnicą, iż w obecnych planach kadrowych Klubu, miejsca dla Didiera Drogby nie widzę. Choć już sierpień, niektóre klasowe zespoły nadal szukają wzmocnień w linii ataku. Weźmy na przykład taki AC Milan...

To była typowa sytuacja spoza kadru. Bodajże mecz u siebie z Newcastle. Jedno z tych nudnych 1:0. Mourinho raz po raz podbiegał do linii bocznej i darł się. Na Drogbę i Arjena Robbena. Nie wracali się do obrony, nie chciało im się, a Portugalczykowi się to nie podobało. Holendra, który później zamknął nam drogę do finału LM, bez żalu się pozbyto, robiąc przy okazji dobry finansowo biznes. Drogbę w defensywnie widziałem chyba raz, de facto podczas ostatniego półfinału przeciw Liverpoolowi. Jemu udało się wprowadzić CFC do finału europejskich rozgrywek klubowych. Ale tam już było tylko gorzej. Tym niemniej, miniony sezon pokazał, iż Afrykanin to piłkarz tylko na Ligę Mistrzów. W lidze leniwy, grać przeciwko Readingom, Evertonom czy Aston Villom już mu się nie chciało.

Płakać za tym napastnikiem nikt raczej teraz nie będzie. Chyba że zapatrzeni nastoletni fani, którzy mają szczęście pamiętać tylko miłe i chwalebne wydarzenia z przeszłości. Podczas przedsezonowych przygotowań zszokował mnie Anelka. Od jego debiutu w Chelsea, wchodząc z ławki przeciwko Tottenhamowi, mógł liczyć na wspaniały doping fanów. Doskonale pamiętam tamten mecz. Francuz rozgrzewa się – trybuny skandują jego imię. Wchodzi na boisku – wrzask, szał, burza braw. Ma piłkę przy nodze na 40. metrze od bramki – wszyscy krzyczą: „strzelaj!” ;-)

Cztery bramki przeciwko Milanowi to nie jest przypadek. Runda wiosenna 07/08 była zupełnie nieudana. Piłkarz zgubił formę i nie mógł jej odzyskać, grając na skrzydle. Formę buduje się na zasadzie pewności siebie. A tej zdobyć nie mógł, ponieważ musiał dryblować i mijać rywali. Nie dawał rady, ponieważ był bez formy. Błędne koło. Każdy wiem, kto wówczas wyrządził Francuzowi tą taktyczną krzywdę. Scolari od początku zaufał Anelce i wystawia tam, gdzie piłkarz preferuje najbardziej: na szpicy. Minąć jednego obrońcę, głową zgrać piłkę do tyłu bądź dołożyć nogę. Puchar Kolejowy w Moskwie doskonale pokazał, gdzie drzemie potencjał Francuza. Asysta jednego dnia, cztery bramki drugiego.

W obwodzie pozostaje także Franco di Santo. Kto? Faktem jest, iż mało osób słyszało o Argentyńczyku, ale młody piłkarz jest niesamowicie utalentowany. Dołączył do nas, podobnie jak Anelka, minionej zimy, ale od razu został skierowany do zespołu rezerw. W trzy miesiące został najlepszym strzelcem i piłkarzem tego zespołu, kilka razy w pierwszej linii partnerował mu powracający po kontuzji Andrij Szewczenko. (Gracz za 130 tysięcy funtów tygodniowo w drużynie rezerw – welcome to Chelsea!) Już wówczas di Santo prezentował się o niebo lepiej od Claudio „call me wooden” Pizarro, ale ówczesny menadżer nie odważył się dać Argentyńczykowi szansy występu. Scolari jest zupełnie inny, dzięki czemu młody piłkarz w Azji zaprezentował się rewelacyjnie. Będzie z niego pociecha.

Pomimo licznych perypetii, AC Milan ostatecznie nie zagra w Lidze Mistrzów, choć długo się na to zanosiło. Z jednej strony szkoda, byłby to wymarzony rywal do wylosowania w fazie grupowej i ponownego rozbicia, z drugiej – sprawiedliwości stało się zadość. Finansowo zostaną wzmocnione słabsze ligi, a rossoneri są po prostu za słabi na chwilę obecną. Tsunami na Atlantyku (tak, jasne) nie pozwoli pewnego razu wrócić brazylijskim piłkarzom do Mediolanu, i pozbawiony południowoamerykańskiego importu zespół z kretesem przegra mecz ligowy lub Pucharu UEFA.

Kamyczek do ogródka: Puchar Kolejowy to też jest puchar. I go już przegraliśmy. Natomiast nawet Claudio Ranieri potrafił zdobyć przedsezonowe trofeum. Po serii rzutów karnych i decydującej jedenastce wykorzystanej przez ówczesnego kapitana Johna Terry’ego! Konia z rzędem temu, kto powie ilu menadżerów w historii Chelsea wygrało mecz po karnych! Viva Ranieri! Mięliśmy już ostatnio okazję kilka razy wspomnieć imię włoskiego szkoleniowca, ale wobec kontuzji José Bosingwy, do Juventusu ze Stamford Bridge nikt podczas tego okienka transferowego nie trafi.

PS. Straszna wiadomość: Drogba ready to pen new Chelsea deal

Prześmiesznie. Milan potrzebuje bramkarz(y)

Entrée do właściwej notki o wyniku Chelsea podczas Pucharu Kolejowego w Moskwie.
Poniżej można obejrzeć popis umiejętności pierwszego bramkarza AC Milan na sezon 08/09. W akcji Željko Kalac:



Cudnie, prawda?

Ich drugi bramkarz, Dida, to legenda kiksów. Miałem dać jakiś jego filmik z youTube’a, ale wybór był zbyt duży i nie mogłem się zdecydować. Chyba tylko z sentymentu trzymają go w kadrze, bowiem w wieku 35 lat raczej nagle nie nauczy się bronić.

Czyżby do łask miał powrócić Christianoczy mnie jeszcze ktoś w Milanie pamiętaAbbiati? Ostatni sezon w Atletico Madryt miał naprawdę udany.



Wiem, że 8 lat temu nawet Dida był dobry, ale wyżej umieszczone video jest faktycznie z sezonu 99/00. Wspomnień czar. Właśnie wówczas Chelsea po raz pierwszy zagrała w Lidze Mistrzów. Dennis Wise, strzelając na San Siro wyrównującego gola, unieśmiertelnił się w pamięci fanów CFC. Galatasaray, z którym u siebie męczyli się Rossoneri, pokonaliśmy na wyjeździe 5:0.
Oh Dennis Wise scored a f**** great goal at the san sirooo
With 10 minutes to gooooo
Oh Dennis Wise scored a f**** great goal at the san sirooo
With 10 minutes to gooooo
Wracając do mediolańskich bramkarzy, albo wzorem linii napadu wystawią juniora między słupkami, bądź trzeba będzie wydać grube miliony. Funtów? Jeżeli nawet management Milanu, na czele z Carlo Ancelotti, chciałby uciąć wszelkie spekulacje transferowe, ich piłkarze sami zachęcają swoją grą do kolejnych plotek. Ludzie podobno uczą się na błędach. Władze Milanu, na tych bramkarskich, już nie.

Btw. Weterani obrony zagrali równie słabo. Dobrze, że UEFA się opamiętała i przy zielonym stoliku nie dała im Ligi Mistrzów w tym sezonie. A José ich zniszczy w derbach Mediolanu.

1 Aug 2008

Coś się dzieje "over the Pond"

Przypominając sobie jedną z wcześniejszych notek, nie wiedziałem, iż Manny Ramirez po prostu lubił chować się w tablicy z wynikiem. Okazało się, że i literka "O" i "U" pasowały. Zdjęcie powyżej pochodzi z 30 lipca, a już dziś basebalista stał się zawodnikiem LA Dodgers. I choć jest w Bostonie uwielbiany, z władzami klub z Fenwey Park dogadać się nie mógł. Podziękował kibicom za wsparcie i przeniósł się na Zachodnie Wybrzeże.

Podczas meczu Minnesoty Twin z White Sox'ami, kibice zaczęli wrzucać na boisko czapki i piłki. Pałek przy sobie nie mięli. Spotkanie przerwano, a obie strony komentują zachowanie fanów jako skandaliczne. Żeby wiedzieli, co się dzieje na Starym Kontynencie. Niech spytająLuisa Figo.

Inny klub z Minnesoty, Timberwolves, zmieniają stroje. Sacramento King również. Magic także. Podobnie spora część ekip z NHL. Niedługo mają się pojawić nowe kroje bluz kilku ekip NFL. Amerykanie podchwycili europejską modę na robienie z fanów bałwanów i teraz rok w rok będą wydawali nowe modele. Czasy koszulek Chicago Bulls aktualnych przez 10 sezonów - minęły. Podobnie jak hegemonia tej drużyny. Zmieniają się mistrzowie, zmieniają barwy. "Ciemny lud", zapatrzeni fanatycy i tak (dosłownie) to kupi. A w kasach dolarów, funtów, euro nigdy za mało. Tylko w Ojczyźnie "ciemni" to nadal ci rządzący i tego potencjału nie potrafią odkryć. W sumie, ich strata.

Już się nie mogę doczekać aż dołączę do tegosezonowej armii "ciemnych consumerów" i kupię dwa nowe modele koszulek Chelsea. Muszę się pośpieszyć, bo i tak za rok coś zmienią.

PS. Bardziej fachowo na lepszej wersji krykieta znają się tutaj. Jakby notki były pisane bardziej w publicystyczny sposób, więcej osób zainteresowałoby się tą egzotyczną w Polsce dyscypliną sportu. Widać amerykańska miłość do cyferek zawładnęła i w Europie.

Kupmy van der Vaarta!

Roboczo można dać temu przedsięwzięciu nazwę: negatywna polityka transferowa. Chodzi o strategiczne przeanalizowanie sytuacji i kupno piłkarza osłabiając przy tym rywala. Próbka z dziennikarskiego football fiction oraz menedżerskiego football factory. W sezonie ogórkowym mi wybaczą.

Pytanie: dlaczego United sprzątnęło nam sprzed nosa puchary Premier League oraz Champions’ League?
Odpowiedź: z dwóch powodów. Chelsea miała najsłabszego menadżera od 25 lat, United miało Cristiano Ronaldo.

Pierwsza przyczyna ubiegłosezonowego niepowodzenia została już usunięta. Ale Ronaldo, choć saga trwała i trwała, w Manchesterze jest nadal. Ostatnie doniesienia sugerują, iż barw na białe nie zmieni. Czy jest coś, co Chelsea FC może w takiej sytuacji zrobić? To już pole do dywagacji.

Plan B

Z obozu w Madrycie docierają głosy, iż CR jest tam zbędny. Ostatnio nawet jego rodak Pepe miał powiedzieć:
"Gutí jest jak Cristiano
Wesley Sneijder gwiazdy z Północy Anglii widzieć w klubie nie chce. Podobno nie jest im potrzebna. Holender w kwestii krajana Rafaela van der Vaarta oznajmia już coś zupełnie innego. Jest wręcz zachwycony możliwością gry razem z nim! Średnio to do siebie pasuje, zważywszy na bądź, co bądź podobny charakteru obu piłkarzy będących w kręgu zainteresowań „Królewskich”.

Van der Vaart to plan B dla nieudanych prób skaperowania Ronaldo. Co by się stało, gdyby holenderski pomocnik jednak nie trafił na Estadio Santiago Bernabeu? Gdybam, iż Ronaldo znowu by się znalazł na hiszpańskim celowniku. Na pewno w nadchodzącym meczu o Tarczę Wspólnoty nie wystąpi. Tak jak odpuścił sobie afrykańską tournée na koszt pracodawcy, ominie go ligowa premiera sezonu na Wyspach.

„Lojal...-co?”

Muszę nadmienić kilka słów o Rafaelu, który jest i był jednym z moich ulubionych piłkarzy. Pierwszy raz o nim napisałem, jakby nie było, sześć lat temu (!), debiutując w iGolu. Od tego czasu, oprócz boiskowych umiejętności, Holender zasłynął także totalną nielojalnością wobec pracodawców. I w tym upatruję szansę na powodzenie planu. Już w pierwszym sezonie w barwach HSV, RvdV całował klubowy herb. Ubiegłego lata brał udział w sesji zdjęciowej z koszulką Valencii. Zaprosił fotografa do domu, wyjął koszulkę hiszpańskiej drużyny i, już jako kapitan zespołu z Hamburga, tako rzekł:
"Już nie mogę doczekać się szans gry w koszulce Nietoperzy. To by było spełnienie marzeń
Źródła tych słów niestety nie znalazłem, wierzcie lub nie. Z transferu na wybrzeże Morza Śródziemnego – nici. Nie zabrakło gorzkich słów ze strony kibiców, ale nieskruszony piłkarz potrafił sobie z tym poradzić. Ba, utrzymał godność kapitana, a hamburczyków ponownie prowadził do europejskich pucharów. Ale nowy sezon to nowe wyzwanie. Wyzwanie znalezienia lepszego klubu. Podobno kierunek hiszpański jest oczywisty, ze względu na pochodzenie matki oraz (uwaga) bliskość dziadków. To tak, jakby Claude Makélélé chciał grać w lidze kongijskiej. Rafael już udowadniał, że poczucie humoru ma.

Weźmy przykład innych piłkarzy Chelsea z dwóch minionych sezonów. Wszak londyński klub to świetny przystanek przed transferem na Półwysep Iberyjski! Czy kontuzjogenny Arjen Robben wywalczyłby taką gażę na SB, gdy wcześniej nie rozegrał świetnych sezonów na innym SB (Stamford Bridge, Santiago Bernabeu)? Czy słynna FC Barcelona zainteresowałaby się jakimś islandzkim piłkarzem, gdyby nie zaliczył rewelacyjnych występów w niebieskim trykocie? Śmiem wątpić.
Wybaczymy ci

Rafaelu, przyjedziesz do Londynu (już w sobotę!), usiądziemy na miejscu i pogadamy. Będziesz regularnie grał w Lidze Mistrzów, a w lidze twoimi rywalami będą najlepsze obecnie klubowe zespoły Europy. Zbijesz kasę od wujka Romana i w glorii chwały przeniesiesz się po dwóch sezonach do Hiszpanii. Kwestię nielojalności też się przyda. I tak każdy piłkarz „the Blues” jest oskarżany o granie dla pieniędzy. Jakby mięli grać dla talonów na zakupy w Tesco lub Ikei! Możesz nawet przestrzelić dwustuprocentową szansę w 95. minucie mecz o awans do finału LM (Guddy, trzeci maja ‘05 nadal mi się śni!), bądź zmarnować wapno w serii rzutów karnych (Robin, byłem za tamtą bramką!). Wszystko na Anfield! Dlaczego? Ponieważ pomożesz nam osłabić Manchester United. Cristiano Ronaldo to 75 procent siły Czerwonych Diabłów AD 2007!

Lepiej, aby do Chelsea trafił RvdV, aniżeli przepłacone gwiazdy á la Robinho czy Kaká. Przecież te 9 milionów euro to jakieś śmieszne pieniądze! Z resztą, tego pierwszego będziemy mogli sprowadzić za dwa sezon w ramach wymiany: Holender i walizka kasy za Brazylijczyka. Wilk syty, owca cała, United osłabione. Naturalnie, o zwycięstwo należy walczyć na boisku, w uczciwej rywalizacji. A poza nim? Piłkarski zachód nadal jest Zachodem Dzikim. Pięści i kije, zamieniono na krawaty i pióra.