28 Jul 2009

Kto faktycznie odkrył Ibrahimovicia?

Dopiero dziś doszły mnie dziś słuchy, iż winą za dynamiczny rozwój kariery Zlatana Ibrahimovicia obarczono Leo Beenhakkera. Odkrywcze stwierdzenie, zważywszy iż ową plotkę można było przeczytać na Wikipedii od dłuższego czasu. Otóż śpieszę wyjaśnić sytuację, uspokoić zaniepokojonego Holendra i ostatecznie wziąć winę na siebie.

Otóż w sezonie 1999/2000, będąc menadżerem Chelsea FC, udało mi się skupić nastoletniego Szweda (a może bośniackiego Chorwata/chorwackiego Bośniaka?) do podpisania kontraktu z londyńskim klubem. Napastnik spisywał się wyśmienicie. W parze z Gianfranco Zolą strzelał aż miło przez pięć sezonów, dopóki save gry w Championship Managerze się nie zepsuł ;-)

A tak na poważnie, dekadę temu wiele się zmieniło w świecie piłkarskiego scoutingu. Choć Internet w popularnej świadomości dopiero raczkował, seria gier Championship Managera otworzyła nowy wymiar dla piłkarskich fanów. Chwała dla ekipy researcherów i ich mozolnej pracy, choć zdarzały się wypadki, jak choćby niejaki Marcin Harasimowicz z Gwardii Warszawa, de facto dziennikarz Życia Warszawy. Abstrahując: właśnie go zgooglowałem i wyskoczył mi arcyciekawy artykuł z Rzeczpospolitej, z którego wynika, że przeprowadził się do LA. Prawda to?

Nie jestem pewien jak to wygląda w obecnych czasach z grami pokroju FM-a, bowiem jakiś czas temu straciłem z nimi czynny kontakt. Z pewnością rozwinęły się natomiast całe strony internetowe i siatki scoutingowe, jak choćby globalna IMScouting czy ScoutingPro z polskiego podwórka. Dlatego cała ta otoczka z pisaniem, że Beenhakker odkrył Ibrahimovicia jest dla mnie śmiesznym napędzaniem serwisów newsowych przez ludzi, którzy sami nic nie wymyślili.

Z nieco innej bajki, w piątek i niedzielę byłem na Wembley Cup. Jak tylko opublikuję wszystkie materiały na iGolu, wrzucę odpowiednią notkę z linkami. Muszę przyznać, iż powoli przestawiam się na angielską formę wywiadów, gdzie wypowiedzi są wymieszane z dawką informacji. Forma przyzwyczajenia, bowiem jako samouk sztuki dziennikarskiej o teoretycznych aspektach pisania wiem raczej niewiele. Całe szczęście, że porady można znaleźć w Sieci. Czy model się sprawdzi, zobaczymy. Właśnie pracuję nad rozmową z Eidurem Gudjohnsenem, jutro powinna się ukazać na iGolu. Czekam na Wasze opinie.

W niedokończonej pogoni za Ibrahimoviciem i wiadomościami o nim, za niecałe dwa tygodnie lecę na pięć miesięcy do Malmö, aby dowiedzieć się więcej o jego rodzimym mieście, dzielnicy Rosengård oraz problemach etnicznych, z jakimi ten region Szwecji musi sobie radzić. Szczerze wierzę, iż w okolicach Bożego Narodzenia będę mniej więcej rozumiał, co mówi w tym wywiadzie z 2000 roku.

17 Jul 2009

Śmierć szacunku

Jeżeli Brytyjczycy powinni być z czegoś dumni, ja proponuję im BBC. To, jak British Broadcasting Corporation wywiązuje się ze swojej misji, uważam za wzorowe.

Najwyższej jakości materiały, zawsze przygotowane z pełnym profesjonalizmem. Nawet, jeżeli miałyby opowiadać o faunie i florze w domowym ogródku. Od radia, przez telewizję, po nowoczesne technologie związane z Internetem - BBC niczym Gwiazda Północy wskazuje kierunek dla konkurencji. Co ciekawe, często wynika to z czytania potrzeb odbiorców. Czytania, jak by powiedzieli w szkole, ze zrozumieniem.

Nie tak dawno jako przedstawiciel międzynarodowych na mojej uczelni, dostałem e-mailem zaproszenie na spotkanie z przedstawicielami światowej sekcji BBC. Ot, chcieli się dowiedzieć, czy prezentowane informację są klarowne, zrozumiałe dla zagranicznych odbiorców oraz jak lepiej można do nich dotrzeć, aby efektywnie spełniać globalną misję BBC. Taka filozofia robi wrażenie.

Naturalnie, jak każde ogromne przedsięwzięcie, BBC nie każdemu musi się podobać i zdarzają się rysy na szkle - choćby niedawna debata o finansach pochłanianych przez Korporację, jej dyrektorów oraz największe gwiazdy. Inna sprawa, bez stronniczej cenzury można przeczytać o tym choćby na stronie brytyjskiego nadawcy. BBC, jako medium publiczne, otwarcie publikuje także negatywne informacje na swój temat. Specjalne programy zajmują się opiniami odbiorców, także tych bardzo krytycznych. Jeżeli coś się nie podoba, dany producent/dziennikarz musi wytłumaczyć, dlaczego podjął takie, a nie inne, decyzje przygotowując konkretny materiał.

Ciężko mi jednak sobie wyobrazić, aby Korporacja otrzymała wiele skarg na wyemitowaną wczoraj pierwszą część dokumentu „Death of Respect”. John Ware, znany ze śledczego programu „Panorama”, w bardzo klarowny sposób prezentuje dlaczego we współczesnym świecie upadają zasady moralne. Aby równie doskonale przedstawić wszystkie argumenty Ware'a, musiałbym krok po kroku streścić cały program. Proszę mi więc wybaczyć, iż owy problem bardzo zgeneralizuję.

Autorzy programu cofnęli się do lat 60., zmian kulturowych oraz początku mediów komercyjnych. [Abstrahując: na tym etapie, skojarzył mi się króciutki dokument (dosłownie 6 minut) Adama Curtisa - geniusza w opowiadaniu o współczesnym świecie, który także pracuje dla BBC.] Nic odkrywczego, można by początkowo powiedzieć. Faktycznie, każda generacja powtarza, że „za moich czasów było lepiej”, dlatego ekipa Ware'a zdecydowała się skupić nie na absolutnych liczbach, ale ich jakości. Dlatego głównego argumentu nie oparto ani na spadającej od 1972 roku liczbie małżeństwo ani na rosnącej od tego momentu liczbie ludzi umierających samotnie. Ponadto, autorzy potrafili zachować zdrowy dystans do Kościoła, choć ciężko jest ocenić „śmierć szacunku” bez analizy zeświecczenia społeczeństwa.
Jednym z licznych argumentów Ware'a jest narzucenie stylu życia klasy średniej na robotniczą. Media zaczęły tworzyć szczęśliwy świat celebrities, w którym każdy ma szansę na pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. One bowiem, choćby zarabiane wedle filozofii pecunia non olet, dają klucz do „telewizyjnego” życia. Tym samym, propagowane są liberalne wartości wzbogacania się jako celu samego w sobie. Kiedy wszystko ma swoją cenę mierzoną w danej walucie, zanika potrzeba sąsiedzkiej pomocy. Chwilowa chociaż imitacja życia z seriali [Telewizja Aspiracyjna – polecam swoją drogą] przeważa w generalnej świadomości nad klasycznymi wartościami utożsamianymi z rolą religii w społeczeństwie: tak protestanckim, katolickim, jak i choćby muzułmańskim. Zagadnienie więc jest ogóle i globalne. Zjawisko pauperyzacji i wyobcowania społeczeństwa rozprzestrzenia się podobnie jak najpopularniejsze filmy: z USA oraz Zachodniej Europy na wschód oraz południe. Myśl może nie odkrywcza, ale warta kolejnego powtórzenia.

Ekipa BBC spędziła tydzień w Bibliotece Narodowej w Londynie analizując w jaki sposób „Daily Telegraph” opisywało zbrodnie współcześnie oraz te popełnione w latach 60. Owe badania wykazały, iż teraźniejsi przestępcy częściej kierują się bezmyślną głupotą oraz czystą agresją (jeżeli w ogóle można się tym kierować). Ponadto, wiele pospolitych kradzieży popełnianych jest pod wpływem impulsu, chęci wzbogacenia się szybko i dorównaniu innym w statusie społecznym. Konsumeryzacja społeczeństwa jednych zachęciła do częstszych zakupów, innych - do częstszych włamań do domów sąsiadów.
Oglądając dokument Ware'a, nie mogłem odgonić od siebie jednej myśli. W Wielkiej Brytanii cywilizacyjny regres można kontrolować poprzez niesamowicie rozwiniętą sieć kamer przemysłowych (CCTV) oraz policję, która cieszy się względnym szacunkiem w społeczeństwie. Co się jednak stanie, kiedy podobne zjawiska na dobre dotrą do społeczeństwa, którego nie będzie można tak łatwo kontrolować?

BBC: „Death of Respect”
Część druga (zarazem ostatnia) będzie wyemitowana na BBC Two w czwartek 23 lipca o 23.20 GMT. Część pierwszą można obejrzeć do końca lipca na BBC iPlayerze.

Nieco bardziej krytycznie, o filmie można także przeczytać na blogu Telegraph.

Nie zdarza się, aby do napisania notki zainspirował mnie film dokumentalny. Także tym razem chodzi bardziej o pretekst, aby przebudzić blog po dwumiesięcznej przerwie.

9 May 2009

Żegnając Ligę Mistrzów

To nie przypadek, że dopiero dziś opisuję moje wrażenia ze środowego meczu. Po raz pierwszy obudziłem się rano nie widząc przed oczami dramatycznych wydarzeń z doliczonego czasu gry. Chciałbym powiedzieć, iż zostawiłem już niedawną traumę za sobą. Raczej bym skłamał, choć tego właśnie chcę. W jakiś sposób jestem jednak wdzięczny, ponieważ po raz pierwszy zaliczyłem wszystkie domowe mecze Chelsea w Lidze Mistrzów i zaprawdę była to przygoda warta wszystkich kosztów, jakie poniosłem. Od efektownego zwycięstwa nad Bordeaux, przez wyszarpane z Romą i Cluj, niepewne przeciwko Juventusowi, historyczne spotkanie z Liverpoolem, po pełne napięcia z Barceloną. Od otwierającej kampanię bramki głową Franka Lamparda, po zamykającą Andrésa Iniesty. Od szalonej radości na trybunach, przez wszystkie stadia ludzkiej psychiki, po gorzkie rozczarowanie. Sześć meczów, cztery zwycięstwa, dwa remisy. Jakiekolwiek najgorsze epitety można by teraz wygłaszać, Liga Mistrzów to miejsce, do którego każdy w piłkarskim chce przynależeć. Jako kibic Chelsea miałem przyjemność cieszyć się z pięciu półfinałów tych rozgrywek w ciągu sześciu ostatnich lat, ale to nie z powodu tych statystyk uważam, iż miejsce Klubu w tym sezonie było w finale.

To miał być wieczór wieczorów. Nie oczekiwałem fajerwerków i bramek, ale emocji, które wciskają serca do gardeł zapierając dech tłumów. Liczyłem się z wielką niepewnością przez dwie godziny i po cichu zaciskałem kciuki za pozytywne rozstrzygnięcie. Z tego właśnie powodu na stadionie pojawiłem się wyjątkowo wcześnie (jak na moje standardy) z wydrukowanymi artykułami z angielskiej prasy i meczowym programem. Przed pierwszym gwizdkiem chciałem wiedzieć wszystko to, co i tak komentatorzy powtarzali telewidzom w trakcie spotkania. Chciałem wiedzieć, iż ewentualna porażka gości byłaby ich setną w europejskich pucharach, a potencjalna czerwona kartka byłaby pierwszą od czasów wyrzucenia z boiska Pep Guardioli przeciwko Brøndby Kopenhaga przed jedenastu laty. I nieskromnie powiem, wiedziałem to wszystko, z jednym wyjątkiem – całkowicie pominąłem sylwetkę sędziego. Nic by to nie zmieniło, ale jakaż to była moja naiwność oraz ironia losu. Kilka godzin po ostatnim gwizdku znałem go lepiej, aniżeli moich własnych znajomych. W Internecie opublikowano jego adres, e-mail, sylwetkę rodziny, a ja sam zamieściłem znaleziony gdzieś wiersz. Nie bez kozery mówią, że potrzeba jest matką wynalazku.

Dla wszystkich tych nie-facebookowych, wklejam go i tutaj:
On a night at the Bridge we were robbed of our dream
Of a visit to Rome with our proud football team.
We were robbed of a final for one certain reason -
UEFA said no to the same as last season.
A ‘blind’ man from Norway ignored every claim.
One penalty scored would have finished the game.
But he was an expert on stitching us up
To make sure we’d no chance of lifting that cup.
Our die-hard support is no stranger to loss,
We’ve lived through the bleak years when games were pure dross.
We’re no glory hunters who think we’ve a right
To land every trophy and win every fight.
We’re real fans, not plastic, who follow our club
And not from an armchair, and not from a pub.
We sing loud and proud and we sing in the stand
Whatever the fixture, all over the land.
We smile in our glory, we suffer the bad -
But this smells of corruption and that’s why we’re mad.
UEFA have got what they wanted (for now.)
We will be back one day and win it somehow.
Then Mr Plantini can kiss Drogba’s arse
But meantime, the Champion’s League is a FARCE.

Carol Ann Wood, May 6th 2008
W ostatnim czasie, moim ulubionym miejscem na Stamford Bridge jest wschodnia trybuna – ta, gdzie są ławki rezerwowych oraz tunel na boisko. Widok zazwyczaj jest świetny, lekko ukośna perspektywa daje świetny przegląd całego boiska, a i ewentualna bliskość fanów gości dodaje animuszu przy dopingu. Tym razem siedziałem dokładnie na linii końcowej, oddzielony od fanów z Katalonii jedynie rządem funkcjonariuszy policji. Naturalnie więc, kilka razy zdarzyło mi się poćwiczyć mój hiszpański. Nadal widzę, jaki linię bramkową przekracza odbita od poprzeczki piłka uderzona przez Michaela Essiena. Moja reakcja? Jeden z tych momentów, kiedy zapomina się, kim się jest, gdzie się jest, co się robi. Najczystsza forma dziecinnej ekscytacji, dla której nie ma jutra, ani wczoraj, jest tylko dziś i teraz. Na goal.com, oceniając zawodników, napisano, iż otwierająca spotkanie bramka była ładniejsza, niż ta Zinedine'a Zidane'a przeciwko Leverkusen w Glasgow. Obie uwielbiam, ale trudno mi się nie zgodzić.

Tom Henning Øvrebø sędziował ten mecz źle. To jest fakt. Tylko polityczna poprawność i osobista kultura nie pozwala mi przyznać, iż słowa Didiera Drogby o „f**king disgrace” są absolutnie prawdziwe, choć ubrałbym to w bardziej wysublimowane słowa. Faul na Florent Maloudzie doskonale widziałem w polu karnym, podobnie jak późniejsze zagrania ręką – choć siedziałem po przekątnej boiska. Nikt nie musi mi mówić, że ich nie było. Faulu na Nicolasie Anelce, po którym czerwoną kartkę dostał Éric Abidal nie widziałem – byłem perfekcyjnie zasłonięty. Tym niemniej, francuski napastnik Chelsea jest ostatnim zawodnikiem w Klubie, które posądzałbym o nurkowanie. Jak było dokładnie – nie wiem, bowiem od środy nie widziałem jeszcze meczu na wideo, choć też nie mam takiej potrzeby. Może kiedyś w przyszłości, opowiadając dzieciom/wnuczkom, dlaczego tata/dziadek jest tak zgryźliwy wspominając tamten mecz, wspólnie obejrzymy go na DVD (lub jakimkolwiek innych nieodkrytym jeszcze nośniku). Historia oceni błędy popełnione w tym meczu oraz ich rezultat.Na długo w pamięci pozostanie mi widok siedzącego niedaleko mnie mężczyzny, który odwrócony tyłem do boiska, ze łzami w oczach, na kolanach bił pięścią w krzesełko. Iniesta właśnie wyrównał, fani Chelsea zamilkli, a sektor Barçy eksplodował. Cała drużyna gości świętowała ten moment o rzut telefonem komórkowym ode mnie. Przyznaję bez bicia, jestem strasznym gadułą i potrafię coś powiedzieć w każdym momencie i w każdej sytuacji, ale nic mi nigdy tak nie odjęło mowy, jak ta trzepocząca w siatce piłka. Nie mam żadnych animozji do katalońskiego klubu, jak bardzo bym chciał, nie znienawidzę ich. Inna sprawa, iż strasznie irytujący są „telewizyjni” fani Barcelony, których chyba nikt inny nie ma więcej. Mogę wytykać wszystkie błędy sędziego, ale i tak mięliśmy tyle okazji do strzelenia drugiej bramki i „zabicia” dwumeczu, że sami sobie możemy pluć w brodę. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że gramy z pupilkami świata i na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć. Wszystko leżało w naszej gestii. Nad Chelsea w Lidze Mistrzów ciąży jakieś fatum. Zawsze przegrywaliśmy w jakiś dziwnych okolicznościach. Bądź to kontrowersyjnie uznano bramki Hugo Ibarry czy Luisa Garcíi, z boiska wyrzucono Asiera del Horno, lub mecz rozstrzygano w karnych – tak na Anfield, jak i w Moskwie. Zaprawdę wolałbym przegrać u siebie 0:3 i wiedzieć, dlaczego „oni”, a nie „my” gramy dalej, aniżeli bić się z myślami, dlaczego nigdy nie sprzyja nam ten minimalny, ostateczny łut szczęścia.

Właśnie z tego powodu trochę zazdroszczę kibicom Arsenalu, których jutro odwiedzę na Emiratach. Ich marzenia zostały zrównane z ziemią przez buldożery z Manchesteru, ale nikt nie pozostawił złudzeń, dlaczego tak się stało. Za dwie szybko stracone bramki w rewanżu „Kanonierzy” mogą obwiniać samych siebie. W defensywnie, przez cały dwumecz, Chelsea nie popełniła choćby jednego błędu. Żaden inny zespół w Europie nie potrafił tak skutecznie powstrzymać podobno najbardziej ofensywnej współcześnie drużyny. My nie przegraliśmy żadnego z tych meczów. Może i ucierpiało na tym widowisko, ale, psia mać, mięliśmy pięknie przegrać po otwartym meczu i zostać poklepanymi po plecach przez wszystkich, czy walczyć o finał? Inna sprawa, iż w „normalnym” meczu wszystkie te zmarnowane przez nas okazje spokojnie zamienilibyśmy na gole i wygralibyśmy różnicą dwóch-trzech goli. Jak fatum, to fatum.

Choć to wyjątkowo długi wpis, pozwolę sobie jeszcze na ciekawostki o legendach obu klubów. Choć współczesna Barcelona to zespół pełen niesamowitych gwiazd, wśród wszystkich fanów Blaugrany których widziałem na Stamford Bridge najpopularniejsza była koszulka z numerem ósmym i nazwiskiem pewnego Bułgara na plecach. Zaskakujące i nie, kiedy pomyślę o miłości kibiców Chelsea to pewnego filigranowego Włocha. Ależ go brakowało w tą środową noc w niebieskim trykocie! Od dawna marzy mi się za to o koszulce Eiðura Guðjohnsena. Kiedy Barcelona świętowała, Islandczyk zachował zimną krew pokazując, iż nie zapomniał, gdzie jest nadal uwielbiany. Kapitan John Terry (pokreślmy: Kapitan) także dał fanom Chelsea powód do dumy, a także wzór do naśladowania. Nie musicie go lubić, ale to zaszczyt, mieć takiego Kapitana. O postawie pewnego napastnika teraz celowo pomilczę i zostawię to na inną okazję. Skupmy się teraz na jutrzejszym meczu o trzecie miejsce w Lidze Mistrzów. A mówili, że z niej odpadliśmy! Znowu zagraliśmy na nosie UEFA – ha!
Zapraszam do galerii „Chelsea Poland” na facebooku, aby zobaczyć więcej zdjęć ze środy. Podziękowania za nie dla Herona.

29 Apr 2009

Dwa zwycięstwa i zagadka

Między Wembley i Upton Park, choć myślami w Barcelonie

Minęło kolejne dziesięć dni walki na trzech frontach. Od czasu historycznego już remisu z Liverpoolem, sezon nabrał dodatkowych rumieńców. Na drugi plan zeszła walka o Puchar Anglii, a jeszcze dalszy, o ironio, kwestia mistrzostwa Premier League. Dla fanów Chelsea najważniejsze jest wygranie Champions' League – naszego Świętego Graala.

W swoim pierwszym sezonie na Stamford Bridge, José Mourinho opowiadał jak to pewnego dnia zapukał do drzwi jego mieszkania przy Belgrave Square sąsiad dziękujący Portugalczykowi za wygranie po 50 latach ligi. Krajowe rozgrywki porównał wówczas do ciasteczka, a rozgrywki w Europie jedynie do wisienki na tymże ciasteczku. Wiele wody upłynęło od tamtej pory w Tamizie, wiele się zmieniło tak w Klubie, jak i świadomości jego kibiców.

Doskonale przekonałem się o tym podczas wyprawy na Wembley. Spodziewałem się licznego śpiewania „Que será, será” oraz celebrowania ogólnego piękna najstarszych na świecie piłkarskich rozgrywek. W drodze na mecz nie obyło się bez przeszkód, choćby kiedy ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa w pociągu na West Brompton. Na półfinał FA Cup musiałem w pośpiechu przedzierać się metrem, by zdążyć dosłownie na pierwszy gwizdek sędziego. Co ciekawe, dosłownie na minuty przed meczem, kiedy okolice stadionu pustoszały, widziałem tłukące się grupki fanów – widok raczej rzadki, jak i powszechnie pogardzany.

To już była moja trzecia wizyta w nowoczesnej wersji angielskiej świątyni futbolu, ale dopiero pierwszy raz w pełni zaimponowała mi atmosfera stworzona przez fanów. Na dolnych trybunach fani przez cały mecz stali za bramkami, góra także nie pozostawała dłużna niemalże bez przerwy śpiewając. A priori zakładam, iż fani Arsenalu musieli zachowywać się podobnie, bowiem huk stworzony przez kibiców Chelsea zagłuszał odgłosy z drugiej strony boiska. Inna sprawa, iż kibice „Kanonierów” wydawali się być niewidzialni, wtapiając się czerwonymi koszulkami w równie czerwone krzesełka nowego Wembley. Co ciekawe, tak w trakcie, jak i po meczu, fani Chelsea nie śpiewali typowych przyśpiewek Pucharu Anglii, ale „F%$k your history, we are going to Rome” - utarte już rok temu po półfinale z Liverpoolem, choć z Moskwą.

Po Arsenalu miał być Everton na the Bridge oraz ewentualnie zlot Chelsea Poland w Poznaniu, ale wszystko spaliło na panewce. Trzy uczelniane deadline'y w jedynym dniu uderzyły na tyle mocno, iż nie pojechałem na mecz przeciwko niebieskiej odmianie scouse. Natomiast jeszcze w czwartek wieczorem polowałem na jakieś last minute połączenie z Poznaniem/Warszawą/Szczecinem, aby razem z polskimi fanami Chelsea spędzić wieczór. Nie jestem pewien czy o gorączkę przyprawiło mnie akademickie przepracowanie czy ceny lotów, ale ostatecznie zdecydowałem się zostać w Anglii i odwiedzić Upton Park. Kiedy tylko pojawi się relacje ze zlotu, nie omieszkam napisać o tym na łamach tego bloga - wierzę, iż wszyscy bawili się w stolicy Wielkopolski szampańsko!

Wyprawa do wschodniego Londynu upłynęła mi w podobnym tonie jak ta tydzień wcześniej do północnej części miasta. Derby z West Hamem to był typowy angielski day-out z futbolem. Stojąc w nasłonecznionym, jednym z pierwszym rzędów Centenary Stand najzwyczajniej się opaliłem. Sporo śpiewania, kilka znajomych twarzy i dużo dyskusji o... Barcelonie. Zazwyczaj nie piszę o przebiegach meczów, ale tym razem wieczorne skróty w „Match of the Day” mnie przeraziły. Chelsea zdecydowanie dominowała grę, zwłaszcza w pierwszej połowie. West Ham najdłużej potrafił przetrzymać piłkę przez góra minutę, stworzył jedną okazję, choć de facto najgroźniejszą. Obejrzawszy skróty BBC byłem zdumiony selekcją fragmentów, które przedstawiono widzom. Jeżeli ktoś nie widział pełnych 90 minut, wyobraźcie sobie skrót dzisiejszego meczu Barcelona-Chelsea, kiedy pokazano by jedynie akcję Didiera Drogby, jako ważną odnotowania oraz odzwierciedlającą przebieg gry. I wracamy do punktu wyjścia – najczęściej śpiewaną przez kibiców Chelsea piosenka na Upton Park było „We are going to Rome”... Inna kwestia, iż to piosenki fanów gospodarzy wywołały w mediach znacznie więcej komentarzy. Sprawa na tyle się rozwinęła, by Frank Lampard osobiście się pofatygował i zadzwonił do jednej z rozgłośni by, pardone my French!, ochrzanił prowadzącego audycję dziennikarza. Ciężko w to uwierzyć, dlatego sami posłuchajcie.

Mecz z Barceloną zasługuje na oddzielną notkę. Tak jak zwykł robić to Guus Hiddink, tak i rozegrałem spotkanie na Camp Nou kilka razy. W jednym ze scenariuszy uwzględniłem nawet samego siebie! Bilet na mecz kupiony, kursor myszki na ostatnim przycisku potwierdzenia rezerwacji lotniczej – zabrakło tylko ostatniego kliknięcia. Summa summarum, bilet odkupił ode mnie znajomy, a pieniądze, których nie wydałem, przechodzą na budżet operacji „Rzym”. Oby!

15 Apr 2009

Szaleństwo w wesołym miasteczku

Kilka słów o najlepszym meczu, na jakim w życiu byłem. Pisząc je, jadę już pociągiem do domu. Wszyscy śpią, tylko ja mam oczy jak pięć złotych. Jeżeli dla jakiś momentów warto zarywać noce, pasjonować się dzień po dniu wszelkimi doniesieniami prasy, stawiać pod znakiem zapytania przyszłość oraz naciągać przyjaźnie oraz miłość Najbliższych, kiedy futbolowa pasja jest wysoko na drabince priorytetów – tak, dziś wiem, że warto.

Kiedy w wesołym miasteczku rusza rollercoaster, najpierw powoli pchnie się w górę, by dopiero po kilku chwilach spadać coraz szybciej w dół. Mój rollercoaster zaczął dziś w tym późniejszym momencie. Dwie bramki, odważna, ale słaba zmiana Salomona Kalou na Nicolasa Anelkę i pozbawione nadziei pierwsze minuty drugiej połowy. Kiedy kolejny gol dla Scousers wisiał w powietrzu, Chelsea strzeliła trzy. Niczym w windzie na ostatnie piętro Burj Al Arab w kilka minut byłem na dachu świata, ciesząc się i śmiejąc do rozpuchu. Było tak źle, a jest tak dobrze. Rafael Benítez, wydawałoby się, podjął właściwą decyzję zdejmując Fernando Torresa, a kibice Liverpoolu na piętnaście minut przed końcem cicho wymykali się z trybun Stamford Bridge. Byłem, widziałem.

Wielki oddech ulgi i świętowanie. „Liverpool musi strzelić teraz trzy” - mówił rozentuzjazmowany Steven, karnetowicz Chelsea od 22 lat. Przed meczem bardzo się zdziwił, kiedy rozwiesiwszy flagę Chelsea Poland usiadłem obok niego w trzecim rzędzie East Upper. „To Jima dzisiaj nie będzie?” - zapytał, myśląc o znajomym karnetowiczu, z którym wspólnie przeżywali wzloty i upadki „the Blues” w ostatnich latach. Ale rollercoaster znowu sobie zażartował z wszystkich. Także tych fanów „the Reds”, którzy już tego meczu nie oglądali. Kolejne dwie bramki, które wszystkim otworzyły usta – goście ryczeli z radości jak szaleni, a kibice gospodarzy patrzyli z niedowierzaniem. Od 85. minuty czułem znowu tą kibicowską adrenalinę niepewności. Kilka minut i jeden przypadkowy gol może wysłać jednych do nieba, a drugich do czeluści. Bogu dzięki, padł dla Chelsea. Jak bym się teraz czuł, gdyby znowu trafił np. Dirk Kuyt? Albo Ryan Babel dzięki jego bombom posyłanym lewą nogą? Zapewne nie pisałbym teraz tych słów, załamany siedząc w kącie wagonu, nie patrząc na nikogo.

Od tygodnia siedzę nad książkami pisząc eseje. Codziennie pochłaniam kilka kaw, ale nawet dziesięć nie obudziłyby mnie tak, jak te dwie godziny futbolu. A ciśnienie na Wyspach w ostatnich dniach jest wyjątkowo niskie i jakoś trzeba sobie radzić. „Mecz z mlekiem i cukrem dla kogoś”? Starbucks może pomarzyć o takim produkcie.
Zapewne padną słowa, że futbol jest okrutny. Bolton strzelił na Stamford Bridge trzy bramki, by przegrać. Tydzień temu angielscy dziennikarze nie wierzyli, aby Liverpool był w stanie trafić tyle razy na stadionie Chelsea. Goście znad Mersey zdobyli cztery gole, ale i tak nie awansowali. Benítez, o ironio, potrzebował braku Stevena Gerrarda, a potem Torresa, aby pobudzić swój zespół, a uśpić rywali. Na dowód pierwszego przedstawiam pierwsze 50 minut meczu, a drugiego – dwa szalone trafienia i stan rywalizacji 3:4. W Chelsea działa to zupełnie inaczej – chimerycznie, nie ma presji, Johna Terry'ego, Franka Lamparda czy Didiera Drogby, zespół siada na murawie i dyskutuje o zakupach swoich WAGsów.

Awansowaliśmy, ale nie możemy tracić kontaktu z rzeczywistością. Pepe Guardiola obejrzy z pewnością ostatnie trzy mecze „the Blues” i przeanalizuje. A o wnioski mogę już napisać Wam teraz:
  • rzuty wolne bić w światło bramki;
  • uśpić Chelsea powolnym rozgrywaniem akcji, by nagle przyśpieszyć (pamiętacie tego gola?);
  • kiedy można, nacierać kontratakami;
  • posyłać prostopadłe piłki do napastnika, którego kryje Alex;
  • wywierać presję na Ricardo Carvalho;
  • atakować flanką Florenta Maloudy;
  • posiadając piłkę wyciągać Lamparda na połowę rywali.
Dzisiejszy mecz z pewnością oglądał także Arsène Wenger i on już to wie. Ale dla francuskiego menadżera najważniejsza jest teraz potyczka z Villareal. O półfinale na Wembley na poważnie zacznie myśleć chyba dopiero w czwartek. Muszę dodać, że praca sędziego dzisiaj to był dowcip, który oprócz słowa politowania nie zasługuje na dalszy komentarz.

Ten mecz sezonu chyba zakończył marudzenie o nudnej Chelsea i jej potyczkach z Liverpoolem. Menadżerem jest Holender, który zapewnił kibicom futbol totalny w najlepszym wykonaniu. Rinus Michels by się nie powstydził tego meczu, a Alfred Hitchcock nie wymyślił, panie Hiddink! Czy to był „Stambuł” Chelsea? Może jeszcze nie? Klub wydał dziś kolejny (który już znowu?) komentarz, iż Chelsea będzie miała nowego menadżera od przyszłego sezonu. A szkoda, bowiem wreszcie się pojawiła osoba, która potrafiłaby zepchnąć do cienia samego José Mourinho. Może jednak?

Byłem na różnych meczach piłkarskich. Widziałem różne style gry, wiele drużyn i jeszcze więcej piłkarzy. Mnóstwo emocji i dramaturgii. Jeżeli dobrze liczę, dzisiejszy mecz był moim pięćdziesiątym z Chelsea. Dodam kilkadziesiąt spotkań w Polsce oraz na Wyspach i mogę pokusić się o stwierdzenie, iż na mój wiek mam relatywnie duże doświadczenie. Niespełna 23-letni piłkarz z około 140 meczami na koncie – robiłoby wrażenie, prawda? Jeżeli więc uważam ten remis przeciwko Liverpoolowi za najlepszy mecz, na którym byłem, to wiem, co mam na myśli. Co czyni „najlepszym”? De gustibus non est disputandum.

PS. Poniżej teledysk o moim ulubionym rollercoasterze :)

10 Apr 2009

Narodziny legendy

"Życie to nie bajka, synu". I dobrze, bo nigdy bym nie uwierzył, że pokonamy Liverpool na Anfield w minioną środę. Na długo przed meczem obawiałem się porażki 0:2 z golami na "dzień dobry" i "do widzenia". Po cichu liczyłem na bramkowy remis, aby z nadzieją jechać we wtorek na Stamford Bridge. W jakimś stopniu, z przepowiednią trafiłem. Na szczęście, nie do końca.

Zostało już dużo napisane o tym meczu, więc nie chcę zanudzać Was kolejnym tekstem. Choć była taka możliwość, nie pojechałem do Liverpoolu. Wyprawa pociągiem przez całą Anglię i powrót po 24 godzinach (z zegarkiem w ręku) najzwyczajniej mi się nie uśmiechała. Kto wie, może na barceloński półfinał będę miał więcej determinacji? Już raz miałem przyjemność tam być przy okazji Ligi Mistrzów - w październiku 2006 roku. Pamiętacie ten strzał Lampsa z zerowego kąta, późne wyrównanie Drogby i świętującego na kolanach Jose? Właśnie wtedy.

Jestem dumny z Branislava Ivanovića. Przyznaję, iż początki były sceptyczne, kiedy przez ponad pół roku po transferze nie zadebiutował w Chelsea. Było to o tyle dziwniejsze, iż pierwotnie zmagał się nie z kontuzją, a słabym przygotowaniem technicznym. Dziś Lampard w rozmowie z "the Sun" powiedział, że Branko jest najsilniejszym zawodnikiem w zespole. Podobno Terry i Drogs przy nim to paniusie, więc wtf? Tym niemniej, od debiutu w Portsmouth, na który także się udałem, Serb zawsze prezentował się świetnie - tak na środku czy prawej stronie obrony. Kiedy kontuzjowany był (on zawsze jest..,) Ricky Carvalho, postrzegałem byłego obrońcę Lokomotiwu za lepszego partnera dla Terry'ego aniżeli Brazylijczyk Alex.

Żyła mi wychodziła, kiedy we wczesnych fazach sezonu Luiz Felipe Scolari preferował Paolo Ferreirę nad Ivanovića. Oddając się football fiction, jeżeli ów szkoleniowiec zachowałby pracę, a portugalski obrońca nie uległ poważnej kontuzji, szczerze wątpię, aby Serb przeciwko Liverpoolowi zagrał. Na szczęście to tylko gdybanie, widmo Scolariego zostało już (wreszcie) rozwiane, a nasz obrońca stał się natychmiastową legendą Chelsea - premierowe dwa trafienia w niebieskiej koszulce na Anfield, toż to marzenie!

Ostatnie dni to powiew optymizmu w szeregach "the Blues". Jeżeli jutro wygramy u siebie z Boltonem, nadal mamy realne szanse 'chasing the title' do samego końca sezonu. Jesteśmy w półfinale FA Cup (bilety na Wembley już kupione), oraz jedną nogą na tym samym szczebelku Ligi Mistrzów. Patrząc cztery miesiące wstecz, potraktowałbym to jako co najmniej miłą niespodziankę! Jutrzejszym meczem będę ekscytował się w wieczornym Match of the Day. Będę za to na kolejnych czterech spotkaniach Chelsea - przeciwko Liverpoolowi, Arsenalowi, Evertonowi i West Ham. I tylko sobie życzę, aby wraz z początkiem maja ciągle móc marzyć o udanym zakończeniu sezonu 08/09. Udanym, czyli z trofeum.

4 Apr 2009

Ślepa uliczka przy St. James' Park

Alan Shearer stoi przy bocznej linii, kurczowo trzymając ręce w kieszeniach spodni. Raz po raz odrywa wzrok od wydarzeń na boisku i spogląda na ławkę rezerwowych. Wszystkie głowy są nisko spuszczone, starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z nowym menadżerem. Nawet asystent niemalże rozkłada bezradnie ręce. Mike Ashley medialnie uderzył w sentymentalne zakamarki serc kibiców Newcastle, ale ta chwilowa euforia zapewne zamieni się w długoletnią batalię Srok o powrót do Premier League.

Nie chcąc bawić się w ctrl+c oraz ctrl+v, zapraszam na strony iGola, aby przeczytać o wchodzącym w ślepą uliczkę Shearerze. Uważam, że nawet jego legenda i najszczersza miłość do biało-czarnych barw nie uratuje Newcastle United przed degradacją. Utrzymanie czy spadek, będą to wydarzenia spektakularne dla angielskiej piłki.


Bycie menadżerem Newcastle United to bardzo specyficzna praca. Aby to lepiej przybliżyć, polecam także lekturę felietonu sprzed ponad pół roku.

Komentarze na stronach iGola są bardzo mile widziane. Chciałbym poznać Wasze opinie.

31 Mar 2009

Pędzące Jurostary

Nad podzielonymi na równe części polami unosi się jeszcze poranna wilgoć, a ja pędzę pociągiem na lotnisko Schiphol. Obok mnie usiadł pewien pięćdziesięcioletni Holender i zaczęliśmy gawędzić. Ów dyrektor jakiegoś muzeum historycznego w Amsterdamie dumnie opowiadał o swoim synu, w moim wieku de facto, który właśnie wrócił z konferencji geograficznej na południu Niemiec. Dobrze trafiliśmy w temat. Dzień wcześniej skończył się pięciodniowy WorldMun 2009, w który brałem udział.

Ów jegomość (wybaczcie moje maniery - jeszcze zaspany się nie przedstawiłem, ani nie zapytałem o godność) dzielił się spostrzeżeniami o współczesnej Unii Europejskiej oraz możliwościami, jakie otwiera ona przed młodym pokoleniem. Naszym pokoleniem. Cztery filary współczesnej Europy otworzyły niemal wszystkie granice; podróżowanie oraz pracowanie stało się banalnie proste i uniwersalnie dostępne. Wszystko zależy od chęci i ambicji jednostek, a "the sky is the limit", jakby powiedzieli nadal eurosceptyczni Brytyjczycy. O smakowaniu owoców z tej kiści europejskiej integracji słyszałem już wielokrotnie rozmowach z Rodzicami i Bliskimi. Nie dalej jak miesiąc temu, jeden z moich wykładowców wskazał na aulę pełną studentów mówiąc, że to my jesteśmy przyszłością Starego Kontynentu. Mobilni, znający języki, nie bojący się zmian otoczenia.

Współczesna generacja, niczym Eurostar, szybko pokonuje wzdłuż i wszerz Europę - pola Beneluksu, Kanał La Manche, podnóża Alp. Nie pamiętając nawet, że kiedyś było inaczej.

Kolację zjadłem w Hadze, na party pojechałem do Amsterdamu. Następnego dnia byłem już umówionym ze znajomymi na lunch w nadmorskiej kawiarence w Brighton, aby przedyskutować pomysł wypadu na kilka dni "w stronę słońca", na południe Europy. Większość delegatów na haski WorldMun, przed powrotem w rodzinne/uczelniane strony, znowu rozjechała się po całym kontynencie. Skandynawia, Alpy, Europa Wschodnia, Bałkany, wybrzeże Morza Śródziemnego - aby wymienić tylko najbardziej oczywiste kierunki i nie wspominać tych, którzy polecieli do Azji czy za Ocean. Sam też pewnie byłbym teraz gdzieś w drodze, gdyby nie koncert Simply Red podczas ich pożegnalnej trasy koncertowej. Zagonieni (zalatani? zajeżdżeni?) zapominamy, jak poszerzyły się horyzonty możliwości i wyborów; a także formy kształtowania osobowości oraz przyszłych ścieżek - kim jesteśmy, kim być chcemy.

Konferencja, o której wyżej wspominałem, była stymulacją obrad różnych międzynarodowych komisji, głównie zrzeszonych wokół Organizacji Narodów Zjednoczonych. Model United Nations (MUN) cieszy się coraz większym zainteresowaniem, tym razem znowu pobito rekord – 2500 delegatów. Warto dodać, że pierwsza na światową skalę edycja harwardzkiej konferencji miała miejsce w Polsce - w Międzyzdrojach (1992r). Śmiało padały hasła mówiące o generacji przyszłych liderów. "Moja" Światowa Organizacja Handlu dyskutowała kwestie barier handlowych i wyrównaniu szans między globalnym Południem a Północą. Smaczku dyskusji dodawał zapewne fakt, iż przyszło mi reprezentować Wenezuelę. Nie brakowało pokazywania palcem na Stany Zjednoczone, czerwonych krawatów, cytatów z Josepha Stiglitza oraz anty-imperialistycznych określeń. Nieco wysublimowana forma rozrywki oraz praktycznego treningu dla młodego pokolenia.

Konferencja była też znakomitą okazją, aby zdobyć kolejne argumenty w dyskusji „Holandia a Niderlandy”. Nederlands składają się z 12 prowincji. Dwie z nich są zarazem najbogatsze i najpopularniejsze historycznie – Holandia Północna (Amsterdam) oraz Południowa (Haga, Rotterdam). Reprezentacji Holandii nie reprezentuje więc całego narodu, a jedynie sześć milionów mieszkańców tychże prowincji. Miło się zaskoczyłem, kiedy znalazłem specjalnie poświęconą temu zagadnieniu podstronę na Wikipedii. Podobny błąd popełnia się także względem Wielkiej Brytanii. Anglia, wszak, nie jest wyspą. Kiedy będziecie pędzić Eurostarem przez Europę i przypadkowo zagadany towarzysz podróży powie, że jest z Holandii, dopytajcie: „Czy aby na pewno?

PS. Nie napisałem m.in. o:
  • Fryzjerze, którzy zachwycał się nazistami;
  • Muzułmaninie w koszulce Ajaksu, który krzyczał na placu Dam, że nienawidzi Jezusa;
  • Zakurzonym mieście nad kanałami;
  • Zakazu sprzedaży alkohol wysokoprocentowych po 17.
  • Nie-wizycie w muzeum Van Gogha

18 Mar 2009

Nikogo nie zgwałcił

Mieszkam w Anglii, ale sprawa, choć lokalna, dotarła do mnie z Polski. Najpierw poprzez Warszawę, a następnie Kraków. Wśród angielskich znajomych temat kontrowersji wokół wypowiedzi Alana Pardew podczas niedzielnego "Match of the Day 2" w żaden sposób nie jest ciekawy. BBC, zgodnie ze swoją polityką informowania o wszystkich skargach złożonych na korporację, opublikowała oficjalne przeprosiny za określenia walki o piłkę mianem "gwałtu". Dopiero wówczas, w poniedziałkowe popołudnie, o sprawie napisały wszystkie angielskie media. A dalej sprawa była tylko wyolbrzymiana.

Powiedzieć, że "nas zgwałcili" w kontekście futbolowej rywalizacji to rzecz absolutnie normalna w Anglii, acz potoczna. Przegrywasz do przerwy 0:3, a drużyna przeciwna z defensywy robi ser szwajcarski : "oni gwałcą nas!" - ktoś w końcu krzyknie, aby uzmysłowić kolegom z zespołu, że to najwyższy czas wziąć się w garść i zacząć walczyć, grać lepiej, etc.

Nie bronię określania "gwałtu", ale Anglia to w jakiś sposób kraj politycznie 'ponad-poprawny'. Te 35 osób, które złożyło skargę, jest promilem widzów MotD2. Zakładam się, że na 99 procent byli to członkowie tak protestującej "Rape Crisis England and Wales" - ich grupa na samym facebooku liczy prawie półtora tysiąca członków. Wystarczyło napisać do nich wiadomość, aby kilka, lub 35, osób zareagowało... Fani piłki nożnej (kobiety bądź mężczyźni) piłkarskie określenie "gwałtu" znało wcześniej.

Co więcej, gdyby o sprawie nie napisało samo BBC to nikt by się nie zorientował, że wypowiedź Pardew wywołała jakieś kontrowersje. Dopiero po opublikowaniu oświadczenia, pozostałe angielskie gazety wrzuciły informacje na swoje strony internetowe. Dzień później, we wtorek, poszło to do druku - po 40 godzinach od kontrowersji na antenie. Jakoś strasznie problem wyolbrzymił w Polsce Onet. De facto, w ten właśnie sposób dowiedziałem się o sprawie.

Są duże szanse, aby Alan Pardew nadal pojawiała się w "MotD", choć i tak nie bywał tam często. Jonathan Ross, po żenującej aferze wespół z Russellem Brandem, i ponad 1500 zażaleniach, utrzymał pracę w BBC. Inna sprawa, że British Broadcasting Corporation niedawno wyrzuciła na bruk córkę baronowej Thatcher, Caroline. Intencje miała dobre, ale nie wszystkim podobało się metaforyczne porównanie/opis czarnoskórego tenisisty z maskotką, podobno nacechowaną rasizmem. Nie przeszkodziło to massmediom przez kolejne kilka dni powtarzać jakże obraźliwego słowa "golliwog" - w celach informacyjnych rzecz jasna.
(fot. Daily Mail / Złapany na gorącym uczynku, gwałciciel Michael Essien )

16 Mar 2009

Coś więcej

Morten Gamst Pedersen do granic możliwości rozciągnął próby wymuszania rzutów karnych. Kilka tygodni temu było mi strasznie szkoda tak Norwega, jak i ekipy Blackburn. Dzielnie walczyli na Old Trafford, a sędzia nie odgwizdał im słusznego karnego. Moja sympatia i życzliwość zostały jednak brutalnie rozwiane w sobotę, oglądając mecz Rovers na Emiratach. Pedersen "poleciał" i "odleciał" myśląc, że ktoś da się nabrać.

Lubię się zgadzać z Alanem Shearerem, ale jego komentarz o "najgorszym nurkowaniu jakie widział" może posłużyć za dowód na anglocentryczny sposób myślenia "tutejszych". Prawdę mówiąc, to jest materiał na dłuższą historię. Jeżeli w angielskich gazetach/mediach pojawiają się jakiekolwiek rankingi czegokolwiek (mam nadzieję, że brzmi to wystarczająco ogólnie), można na ich podstawie wywnioskować, że świat kręci się do okoła Londynu. Kopernik, słyszałeś? Opinia byłego snajpera m.in. Blackburn właśnie była niesamowicie typowa. Na liście 10 najładniejszych bramek, 5 padło w Anglii, a zwycięska musi być z meczu Anglików na MŚ lub finału FA Cup. Mówimy o modelkach - najładniejsze są zawsze z Anglii, ewentualnie są dziewczynami angielskich piłkarzy. Najlepsi politycy w historii? Większość premierów Wielkiej Brytanii ma tam miejsce, nawet jeżeli o nich nigdy nie słyszeliście. Przykładów mogę mnożyć i mnożyć. Choć naturalnie w tym samouwielbieniu przewodzi bulwarowy the Sun (mają nawet specjalną zakładkę dla wszelkich rankingów), to w rywalizacji dzielnie pozostają "poważne" tytuły, z the Timesem i Guardianem na czele grupy pościgowej.

Naprędce kończąc ten wątek, przypomnę Shearerowi, że Pedersen ze swoim upadkiem nadal mógłby czyścić buty dla Alberto Gilardino. Co więcej, ówczesny napastnik AC Milan próbował popełnić tę zbronię przeciwko kibicom i piłkarskiemu fair play na brytyjskiej ziemi. W Szkocji, dokładnie. Na szczęście - nie udało się. Ale tak Włoch, jak i Norweg, zasługują na Nagrodę Darwina w kategorii: "Najśmieszniejsze próby wywalczenia rzutu karnego". Z drugiej strony, jak długo można tolerować boiskowe oszukiwanie? Nie, nurkowanie nie jest elementem współczesnej piłki nożnej i nie trzeba się z tym godzić.

Jestem winien sobie i moim Czytelnikom relację z niedzielnego meczu z Manchesterem City oraz z wyprawy kilkanaście dni temu do Portsmouth. Obie, wierzę że ciekawe nie tylko dla mnie, nie dadzą się napisać, dopóki nie będę miał spokoju duchy ze sprawami uczelnianymi. Rozpoczyna się ostatni tydzień wiosennego trymestru, po którym nastąpi miesięczny rozbrat z murami akademii. Taki ten brytyjski system szkolnictwa wyższego pod rządami New Labour - skasować jak najwięcej pieniędzy za jak najmniej godzin zajęć oraz tygodni nauki.

Odchodząc od anglocentrycznego spojrzenia na futbol, zaciekawił mnie ostatnio opublikowany na polskiej blogosferze filmik o irakijskim futbolu i jego "potyczce" z terroryzmem. Ambitna PR-owa próba walki o zmianę zagranicznego wyobrażenia o krajowej sytuacji polityczne ("Terrorism has no homeland"), w mniejszym stopniu - podejścia do sportu w tym kraju. Wysiłek o tyle ciekawy, co nieudany. BBC doniosło dziś, że w Iraku kibic zabił piłkarza podczas meczu. Sytuacja niecodzienna, bowiem ofiara była podobno o krok od strzelenia gola. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale wielbiciele jakże brytyjskiego czarnego humoru powiedzieli by, że jedna z drużyn ma bardzo skuteczną linię obrony.

Piszę to myśląc choćby o meczu reprezentacji Polski w Irladnii Północnej, oraz fanach Celtiku i the Gers, którzy znowu okładali się pięściami przed i po finale Pucharu Ligi. Tak mi się tli w głowie, że element piłkarski jest cały czas ważnym elementem układanki "religia a terroryzm", choć w duchu wolę wierzyć, że to tylko "najważniejsza z nieważnych rzeczy".

Dla ciekawskich jeszcze wspomnę, że ostatnio na facebooku próbowałem połączy z futbolem:
Tak przy okazji, czy tylko ja nie mogę się doczekać premiery fabularnej ekranizacji wydarzeń podczas burzliwych 44 dni Briana Clougha w Leeds? The Independent opublikował niedawno ciekawy artykuł o "The Damned United".